#fQBmn

O aktywistach miejskich słów kilka.

Na co dzień jestem kierowcą, który przestrzega przepisów ruchu drogowego, choć czasami przekroczę prędkość, niekiedy wynika faktycznie z pośpiechu, tym bardziej że pracuję w branży, która polega na jazdach od jednego do drugiego klienta. Zawsze ustępuję pierwszeństwa pieszym, gdy oczekują na możliwość wejścia na przejście. Generalnie traktuję pieszych/rowerzystów tak jak sam chciałbym być traktowany jako pieszy/rowerzysta. Pewnie się zastanawiacie, co w tym anonimowego? Ano to, że udzielam się w grupach na FB dot. aktywistów miejskich i napiszę tak – oni są grupą, którą najłatwiej wytrącić z równowagi, a ja... regularnie wkładam kij w ich mrowisko. Oni domagają się „bezwzględnego pierwszeństwa rowerzystów”, a każdego, który w jakikolwiek sposób zagrozi interesom rowerzystów (de facto ICH), równają z ziemią. Przykładowo, napiszesz komentarz, że od rowerzystów należy wymagać – już dostają białej gorączki. Przytoczysz artykuły i paragrafy dot. ich obowiązków – najchętniej wszystko stąd by wykreślili. Sądzą, że rowerzysta nic nie musi, za to musi kierowca. I ja z takimi prowadzę regularną wojnę.
Niedawno pojawiło się nagranie, jak rowerzysta atakuje kierowcę czekającego na czerwonym świetle (zaczął kopać w jego drzwi, później rzucał rowerem w samochód). Aktywiści miejscy już usprawiedliwiają rowerzystę, że na pewno „puszkarz” coś musiał przeskrobać, a ten biedny rowerzysta chciał wymierzyć sprawiedliwość. Ja zaś rzuciłem komentarz o obowiązkowym OC i tablicach dla rowerzystów. I wtedy rozpętała się burza, a ja otworzyłem wcześniej przygotowany popcorn, delektując się ich bólem dupy.

Nazwijcie mnie jak chcecie, ale uwielbiam ich bóldupienie. Nic mnie tak nie pobudza do życia z samego rana, jak ich komentarze, jest to lepsze niż poranna kawa.
Dodaj anonimowe wyznanie