#WCOYr
Tysiące wysłanych SMS-ów, rozmów na fejsie, setki przegadanych godzin przez telefon i kilka spotkań. Oczywiście wszystko w przyjacielskiej relacji. W rozmowach nie było tabu, a zaczynając rozmawiać około 20-21 kończyliśmy około 2-3 nad ranem. Wtedy też dowiedziałem się, że choruje na nieuleczalną chorobę, uratować może ją bardzo skomplikowana operacja. Nie przejmowałem się tym, zawsze dzwoniłem lub pisałem, żeby przypomnieć o zażyciu leków. Tak z dnia na dzień znaczyła dla mnie coraz więcej, wiedziałem, że chce zaryzykować i poddać się tej operacji, bez tego żyłaby maksymalnie 2-3 lata.
W styczniu miała być ta operacja, aż tu nagle w połowie grudnia nasz kontakt zaczął się psuć, może po tym, że wyznałem jej, że ją kocham, ale gdzieś w głębi serca czułem, że ona ma to samo. No, ale nasz kontakt się stopniowo urywał. Ostatnie nasze spotkanie miało miejsce początkiem stycznia, jak po skończeniu pracy wpadła do mnie pod firmę. Chwilę porozmawialiśmy, wsiedliśmy do mojego auta i odwiozłem ją na parking pod jej firmą, żeby mogła zabrać swoje auto i pojechać do domu. Siedząc w aucie na parkingu, wymieniliśmy kilka zdań, powiedziałem jej, że musimy poważnie pogadać, stwierdziła, że dobrze, ale nie teraz, bo trochę słabo się czuje i chciałaby pojechać do domu. Od tego czasu pisaliśmy, ale tylko kilka SMS-ów i koniec rozmowy, wiedziałem, że bardzo stresuje się operacją, więc nie nalegałem na spotkanie.
Po około dwóch tygodniach od kumpla, który zorganizował tamtą imprezę, usłyszałem, że już jest po operacji, że wraca do zdrowia i chce zobaczyć mój uśmiech. Dwa dni później usłyszałem, że miała zapaść, czy jak to się tam fachowo nazywa. Jest w śpiączce, w stanie krytycznym. Gdy po 4 dniach wieczorną porą usłyszałem, że dzwoni telefon, ucieszyłem się jak dziecko, myśląc, że to ona dzwoni. Niestety, jak się okazało dzwonił kumpel, że G. zmarła.
Niedawno była rocznica jej śmierci, ja udaję, że jest ze mną OK, ale jestem rozbity, ciągle mam do siebie żal, że nie byłem przy niej w ostatnich chwilach jej życia. Mam wątpliwości, czy naprawdę nic do mnie nie czuła, czy może przeczuwała, że umrze i zrobiła to specjalnie?
Ale tego już się nigdy nie dowiem :(
Nigdy się nie dowiesz i nie zaprzataj sobie tym głowy. Możesz stracić szanse na szczęście. Nie możesz się też o to obwiniać. Nie wiedziałeś, że tak to się potoczy. Czas leczy rany. Trzymaj się i nie trać czasu na rozmyślania, żyj.
Czas nie leczy ran, on tylko przyzwyczaja do bólu. Ale Princess33 ma racje - w tym momencie analiza nie ma żadnego sensu. Pamiętaj o niej i żyj dalej - myślę, że ona tego właśnie by chciała. Doceń piękno najnormalniejszego z normalnych dni. Wszystkiego dobrego Ci życzę, Autorze wyznania, uszy do góry! :)
Współczuje, najgorsza strata to strata osoby nam bliskiej.... *tuli mocno*
Pewnie tęsknisz za Zbyszkiem
To nie była twoja wina, to był jej wybór. Nie zamartwiaj się tym nie pozwól się przytłoczyć
Kochala Cie, ale bala sie zranić Ciebie.
Najważniejsze, że ona wiedziała co czujesz i mimo, że Cię odtrącała Ty nadal chciałeś być przy niej. Trzymaj się dzielnie i nie rozmyślaj o tym za dużo, to nic nie zmieni. :)
Ostatnie zdanie mnie po prostu dobiło .. płaczę.
Myślę, że wiedziała że ja kochasz, i ograniczała kontakt , żebyś właśnie po jej śmierci mniej cierpiał. 😢
Myślę że pora przestać myśleć o tym co było, co mogło być, zainteresuj się teraźniejszością.
"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą"
Poryczałam się 😥😥😥