#SoI1f

O upadku nemesis mojego psa.

Na jednym z wielkomiejskich blokowisk naszym sąsiadem był typowy Janusz-wędkarz, Grażynka z papieroskiem w łapie i ich kot Jacuś (nazywany również pomiotem szatana). Spasiony jak świnia, kilkuletni kot upatrzył sobie za życiowy cel dręczenie mojego ciapowatego labradora, który muchy by nie skrzywdził i włamywaczowi pokazał lodówkę. Za każdym razem, gdy tylko wychodziliśmy z klatki, kot zeskakiwał z balkonu (parter.) Jak capowaty ninja czaił się w odległości 2-3 metrów co chwila sycząc i jeżąc się, jakby ktoś go paralizatorem popieścił. Pies na to, jak to na pipę przystało, chował się i skomlał, bo się szatana zwyczajnie bał. A pchlarzowi w to mu graj.

Wszelakie przeganiania skutku nie dawały. Kot, mimo że spasiony, jak się go chciało smyczą odgonić, uciekał jak Usain Bolt, żeby równie szybko wrócić. Nieraz potrafił drapnąć psa, a później zwiać, jak się nie patrzyło za siebie. Pies chudł w oczach ze stresu, na spacer trzeba było go siłą zaciągać. Z sąsiadem nie było co nawet rozmawiać. Januszek był z kota nawet dumny, że taki odważny. "Nie moja wina, że pies się kota boi". Dzwoniliśmy do SM, ale zawsze kończyło się to niczym, bo przesadzamy.

O sprawie powiedziałam mojemu koledze ze szkoły. Znajomy stwierdził, że da mi psa na weekend. Nalegał. Pies nie ma gdzie od piątku do soboty przybywać. Dobra. Trzeba sobie pomagać. Teraz wiem, że kolega pomógł bardziej mnie niż ja jemu.
"Mikusiem" okazał się rosły owczarek niemiecki. Trochę za późno było na wymigiwanie się, więc bez szemrania przygarnęłam pod dach pięćdziesiąt kilogramów futra i merdania ogonem. Pies był bardzo karny i przyjazny. Zapowiadało się dobrze.

Wieczorem, wiadomo, szybkie siku. Dwa psy w rękę, serce w gardle. Standardowo na szatana nie trzeba było długo czekać. Przez cały spacer czyhał na moment nieuwagi, żeby zaatakować. Mikuś złożył się w scyzoryk. Jacuś uznał to za chwilę życia. Przyzwyczajony do gnębienia, rzucił się na ofutrzony tyłek Mikusia, który momentalnie w przykucu złapał za tłusty kark i po prostu potrząsnął nim na boki (nadal sra... załatwiając się.)
Koci wrzask całe osiedle usłyszało. Sąsiad, dotąd głuchy na wszystkie prośby, zjawił się w tempie natychmiastowym, wraz z moją matką. Sytuację udało się szybko opanować.

Szatan wyszedł z sytuacji z kilkoma szwami na karku. Januszek straszył policją. Jak można się domyślić, na straszeniu się skończyło. Pies na smyczy był? No był. Kot dozoru odpowiedniego nie miał.
Od tamtego czasu kot trochę spokorniał. Sąsiad też. Zamiast się głupio śmiać z mojego psa, zamyka balkon.
Nowiencjestem Odpowiedz

A morał z tej historii?
Nie drażnij psa gdy sra.

SokoliWzrok Odpowiedz

Bałem się, że faktycznie wyznanie zakończy się śmiercią któregoś zwierzaka, ale na szczęście, mamy szczęśliwe zakończenie.

HansVanDanz Odpowiedz

To, że twój pies nie radzi sobie z kotem nie oznacza, że sprawiedliwym jest by kot został za to pogryziony.
Poza tym ty nie "ułożyłeś" swojego pupila, a sąsiad nie kontrolę swojego.
W takich sytuacjach, winni są ludzie

Shift

Sprawiedliwym jest natomiast to, że agresor dostał nauczkę.

Awtroil Odpowiedz

Jakieś z 20 lat temu też miałem takiego kota, co znęcał się nad okolicznymi psami. Te mniejsze uciekały na jego widok, te większe które chciały mu "pogonić kota" kończyły z podrapanymi pyskami. Kot był właściwie taki trochę pół dziki, do domu przychodził tylko nażreć się i wyspać, a zdarzało się, że szwendał się gdzieś i wracał po tygodniu. Kiedyś niestety nie wrócił - zaginął bez wieści.

Dodaj anonimowe wyznanie