Gdy byłam w zerówce, moja rodzicielka postanowiła, iż przydałyby mi się lekcje pływania. Zapisała mnie na basen i skrupulatnie pilnowała, bym uczęszczała na każde zajęcia. Ja jako dziecko pełne energii niczym królik z reklamy Duracell ochoczo i z bananem na ustach pobiegłam na pływalnię. Tu zaczęły się schody... Tak strasznie bałam się wejść do wody, co najmniej jakbym miała skoczyć do lawy. Kiedy już siłą zostałam wepchnięta przez trenerkę, to przyssałam się do murku niczym pijawka. Przekonywanie mnie, że wszystko będzie dobrze się, że się nie utopię i mi się spodoba, trwało bardzo długo. Wiele razy chciałam zrezygnować, poddać się, uciec. Zrobić cokolwiek, bylebym nie musiała pływać. Niestety (albo stety), moja mamusia była nieugięta, stała na trybunach i jak oszalała biła brawo, gdy po raz pierwszy przepłynęłam sama (!) całą długość, gdy udał mi się piękny skok na główkę, kiedy brałam udział w moich pierwszych zawodach pływackich.
Dzisiaj trenuję pływanie od wielu lat, uwielbiam to. W wodzie czuję się jak rybka, mogę w niej siedzieć godzinami. Basen jest dla mnie odskocznią od rzeczywistości, nie myślę wtedy o problemach, staję się kimś innym, zamkniętym w swoim małym świecie. I pomyśleć, że chciałam się poddać, bo mi nie wychodziło, i gdyby nie moja cudowna mama, która dopingowała każdy mój krok, to pewnie dzisiaj nie osiągnęłabym tego, co mam teraz i z czego bardzo jestem dumna :)
Dodaj anonimowe wyznanie
To była pszemoc i niereagowanie na potszeby dziedzka.
Taa, a przecież ojciec mógł za pomocą pasa krótko wytłumaczyć co i jak, to pływałaby od razu jak w zegarku, bez tych głupich akcji typu klaskanie na trybunie.
Czyli zmuszałby dziecko do pływania, którego ono nie chciało. To też byłoby złe.
Potszeby ?