#S8k89
Każdy dzień zaczynał się od narzekania na wszystko.
"Znowu pada deszcz, ja nie wytrzymam, co za życie"
"Baba chciała mnie oszukać w sklepie o złotówkę, zrobiła to specjalnie!"
"Xxx zmarła na raka, jakie życie jest kruche. Dziś jesteś, jutro cię nie ma"
"Trzeba sprzątać, bo co ludzie powiedzą"
"Nikt mi w tym domu nie pomaga"
"A w kraju xxx jest wojna, tam ludzie umierają, zobacz jaki ten świat jest zły"
"Boli mnie głowa, ja chyba umieram, to koniec, to już mój kres"
I tak od rana do wieczora. Wszystko złe, niedobre, wszędzie problemy. To wyglądało tak, że moja mama nigdy niczym się nie cieszyła, nie potrafiła docenić tego co ma, powiedzieć coś pozytywnego, że fajnie, że ma dach nad głową, po prostu wszystko było źle.
Przez to sama byłam ciągle zdołowana, nie miałam chęci do życia, jak tak się od rana nasłuchałam o wojnach i problemach. Ojciec milczał, po prostu wychodził do pracy i go nie obchodziło, pewnie też miał już dość.
Nie od razu wiedziałam, że z moją matką jest coś nie tak, myślałam, że takie narzekanie jest normalne i po prostu trzeba narzekać. Dopiero jakoś w wieku 18 lat zdałam sobie sprawę z tego, że tak nie powinno być.
Kiedy zaproponowałam wizytę u psychiatry, odmówiła i stwierdziła, że z nią jest wszystko w porządku, tylko świat jest zły i ma złe dzieci, które chcą ją wykończyć.
Ręce mi opadły.
Od tamtej pory przestałam po prostu z matką rozmawiać, gdy narzekała. Dopóki mówiła normalnie i do rzeczy, mogłam z nią gadać, ale kiedy zaczynała narzekać na to, na co i tak nie miała wpływu, po prostu wychodziłam i na odchodnym mówiłam jej, że wrócę, jak przestanie.
Wyprowadziłam się wkrótce, ale matka potrafiła do mnie dzwonić i opowiadać jak to gdzieś tam jest wojna, że ktoś umarł, że jest silny wiatr i na pewno to koniec świata, że gdzieś tam jest jakaś epidemia i ona na pewno też zachoruje i umrze. Szybko rozłączałam taką rozmowę, bo nie chciałam tego słuchać, znowu wpadałam przez to w doła. Matka potem pisała mi SMS-y z wyrzutami, że jej nie kocham i jej smutno. Odpowiadałam, że owszem, możemy rozmawiać, ale nie w taki sposób, może mnie oczywiście poinformować, że ją boli głowa, bo nie ma nic złego w samej takiej informacji, ale nie na zasadzie, że już umiera i to koniec i świat jest zły.
Ja chcę się cieszyć życiem. I w zasadzie dużo sił mnie kosztowało, bym sama przestała mieć pesymistyczne nastawienie do życia, bym nauczyła się cieszyć tym co mam i to doceniać. I nie chcę, by narzekanie matki czy kogokolwiek innego, począwszy od warunków pogodowych, skończywszy na ludziach, znowu mi to odebrało.
Minęło 15 lat, moja mama nadal nie poszła do psychiatry, bo uważa, że nie musi. Ale robi postępy, w rozmowach ze mną przestała narzekać.
Jakbym o swojej babci czytała, nawet teksty dokładnie takie same. Brawo dla Ciebie, że się od tego uwolniłaś, bo to bardzo trudne, jeśli nadal chce się utrzymywać relacje z taką osobą
U mnie dodatkowo padały teksty:,,Wszystkie moje dzieci mnie olały. Już na zawsze zostanę sama że starym ojcem i nikt mnie nie będzie odwiedzał. Tyle poświęciłam a teraz nikt się mną nie interesuje. ''
No cóż, dzieci nie są nam niczego winne ;)
Takie zachowanie może mieć podłoże genetyczne. Już dawno temu zidentyfikowano geny odpowiedzialne za intensywny neurotyzm i pesymizm. Z tego co się orientuję, to są to zaburzenia wydzielania pewnych substancji w mózgu i odpowiednie leki zmieniają takich ludzi w szczęśliwych i zadowolonych. Znam przykłady.
To, że ktoś lubi narzekac nie znaczy, że musi isc do psychiatry.
Życie z taką osobą i samemu się potrzebuje psychiatry
To jest niesamowicie toksyczne i jak najbardziej trzeba nad tym pracować. Jeśli ktoś nie potrafi zrobić tego sam, to powinien poszukać pomocy.
I jeśli ktoś widzi życie głównie w tak ciemnych barwach to też nie jest normalne, a już na pewno nie jest przyjemne. Dlatego warto udać się do specjalisty, bo może to diametralnie poprawić jakość życia.
O matko... mogłabym napisać takie samo wyznanie. Ale mam taką samą metodę! I podobne podejście. I też w podobnym wieku zauważyłam, że u innych w domach jest bardziej pozytywnie. Pozdrawiam Cię Autorko! :)
To jest nerwica. Pokolenie jej rodziców miało ciężko, dużo się tego obserwuje. Biegusiem na terapię.
No masz Ci los okropny...a za oknem koronawirus hula.
Normalnie, jakbym teciową słyszała. Też wieczne narzekania, straszenie chorobami, wypadkami itp. Jeszcze gorzej się jej zrobiło odkąd Fakt zaczął wychodzić, bo tam już same gównosensacje wypisują a ona to łyka i potem narzeka, że świat taki zły i strach nawet do sklepu wyjść bo zabiją. Już nawet przez telefon z nią nie rozmawiam bo mam dość tego wysłuchiwania, a jak od święta się spotkamy to potem trzy dni muszę dosłownie odchorować bo rozmowa z nią wysysa ze mnie energie.
proste poradzenie z sytuacja, granica pokazana
ja szanuję
Pozytywne zakończenie.