#LCkag
Rozumiem, gdybym obnosił się pieniędzmi i dookoła gadał o swoich podróżach (których notabene za dużo nie ma) czy pokazywał każdemu stan konta. Otóż nie. Gdy kupiłem (dla czepialskich – dostałem od rodziców) telefon, nikomu nic o tym nie powiedziałem, w końcu nie ma o czym, telefon to zwykła rzecz. Okazało się, że chyba nie dla nich. Wyciągnąłem go z kieszeni, nie minęła minuta i już słyszałem „To iPhone X?” z wyraźną, nie wiem, pogardą w głosie? Innym razem, gdy ojciec przyjechał po mnie pod szkołę nowym samochodem, niestety znajomi z klasy to zauważyli. Myślałem, że mnie zamordują wzrokiem.
Ludzie, czy to, że moi rodzice są bardziej zaradni życiowo, czyni ze mnie innego człowieka? Nigdy się nie obnosiłem swoim (ba, nawet nie swoim, tylko rodziców) stanem majątkowym, w klasie mam tylko jedną osobę, z którą rozmawiam na co dzień, mimo to nigdy nie zachowywałem się wobec nich jakkolwiek nie w porządku. Skąd to podejście, że jak mam lepiej, to trzeba mnie jakoś „dojechać”?
Dobre pytanie. Ale to i tak lepiej niż jak ktoś, kogo rodzice są biedni jest alienowany. Ty przynajmniej otrzesz łzy plikami banknotów, a temu biednemu to wiatr w oczy.
Serio? Musisz dodawać jakąś fałszywą dychotomię, nie możesz po prostu współczuć dzieciakowi( lub przemilczeć)?
Czy ja wiem czy fałszywą? Ze mnie się śmiali jak miałem spodnie z 3 paskami (ale badziewne a nie Adidasa, i pytali gdzie mi czwarty spiedrolił) bo i tak wiedzieli, że moich rodziców nie było stać na oryginalne ubrania Adidasa. To było w latach 90-tych, wtedy miały kosmiczną cenę a zarobki były rzędu 500 czy 600 zł. A ja za nic w swiecie nie rozumiałem (i dalej nie rozumiem) co to za różnica, czy ktoś ma markowe ubrania czy nie? Nie że mam traumę, ale to nie jest nic fałszywego. To się działo kiedyś i dzieje teraz.
Nie o to mi chodzi. Jak ktoś ma realny problem, to nie mów mu, że ktoś ma gorzej, bo to uja daje. To jakbyś dziecku, które straciło wzrok, tłumaczył, że na onkologii mają gorzej.
Oczywiście, że wykluczenie mniej zamożnych występuje i trzeba z tym walczyć, ale w drugą stronę też jak widzisz po wyznaniu to działa. Są problemy, na które stan konta nie ma wpływu.
Ale dla mnie to nie jest problem. Nie chcą mnie w jakiejś grupie to się tam nie pcham na siłę i nie próbuję udawać fajnego. Znajdę innych znajomych którzy będą dla mnie lepsi i nie skreślą mnie z jakiegoś byle powodu, który tylko w ich głowie uparta do rangi problemu. Ja sam nie lubię wszystkich więc nie wymagam też od wszystkich, żeby mnie lubili.
Dla ciebie to nie problem, dla niego tak, nie każdy ma grubą skórę, plus chyba masz więcej niż 17 lat. Jako dorośli mierzymy się ze sprawami, które z reguły, są dużo bardziej złożone i wymagające niż problemy nastolatków czy dzieci. Jednak nigdy bym nie powiedział swojemu dziecku, że to z czym się mierzy to pikuś. Po prostu z wiekiem i doświadczeniem zmienia się perspektywa.
Maniack37 - dlaczego uznajesz to za złotą zasadę, że nie można zauważyć, że ktoś ma gorzej, albo że czyjś problem to prawdziwy problem? Trudności w życiu są różne, jeśli ktoś na jakąś trudność reaguje nieadekwatnie mocno, nadaje jej nieadekwatnie dużo sensu, to jak najbardziej można to w ten sposób skomentować. To nie jest mądre, żeby nad każdym problem pochylać się z identycznym współczuciem i zaangażowaniem. Waliduje się wtedy rzeczy, które nie powinny być walidowane.
Jak usuniesz wszystkie kamienie spod nóg swoich dzieci, to w przyszłości potkną się o piasek. Twoją rolą jako rodzica jest wychować dzieci tak, by były samodzielne a nie chować je pod kloszem. To co, zmusisz tych ludzi z wyznania żeby polubili z dnia na dzień autora?
Chyba masz syndrom oblężonej twierdzy, skoro jako historyjki potwierdzające jak to klasa cię „dojeżdża” wybrałeś to, że ludzie mieli „pogardę w głosie” pytając o twój telefon albo „mordowali cię wzrokiem”. Naprawdę? Już pomijając, że to kwestia uznaniowa jak interpretujemy czyjeś spojrzenie. Ale naprawdę to takie straszne i dojeżdżające? 😅
Mam bogatych starych i stary telefon. Prawie mnie nie podwożą. Zegarek trzymam w szufladzie. Nie chcę aby ludzie prosili mnie o kasę na piwo lub chleb.
Czy miałeś bogatych dziadków? Czy masz rodzeństwo? Wystarczy zacząć walczyć z niżem demograficznym i mieć 3 dzieci aby trafić na dół drabiny finansowo-społecznej.
No co ty, przecież jego "rodzice są bardziej zaradni życiowo" XD On nie zrozumie swojego uprzywilejowanej pozycji, woli robić z siebie ofiarę i umacniać się w swoim przekonaniu, że to ci inni są dla niego niedobrzy, niż zmierzyć się z rzeczywistością. Nie dostrzegłby swojego przywileju nawet gdyby przysłowiowo kopnął do w d. Ale szacunek za próbę wywołania jakiejś refleksji w tym łebku
Taka niestety mentalność, ja w rodzinnej miejscowości też jestem nieustannie obgadywana. Mimo że niektórzy faceci stamtąd też dokładają się do mojego majątku
A co, wrzucają ci drobne jak zbierasz na wino czy zrzucają się żebyś wziął prysznic na Orlenie?
niestety, ludzie są potwornie zawistni. czytając twoją opowieść miałam wrażenie, że czytam wyznanie mojego męża. w latach 80/90 jego rodzice wyróżniali się głównie tym, że byli zaradni, przewidujący, i dzięki temu czegoś się dorobili, np. domu. dla licznych rodzin z blokowisk, gdzie kwitła patologia i alkoholizm, było to nie do pomyślenia. a że dzieciaki z takich rodzin stanowiły najliczniejszą część klasy mojego męża, to nie było szans na zdobycie jakichkolwiek kolegów. i do dziś mój mąż słyszy od starych znajomych, że "on miał lepiej". to że miał toksyczną matkę, wiecznie nieobecnego ojca i rodzinę, która umiała wyłącznie pożyczać ciężko wypracowaną kasę, nikogo nie obchodzi. wielu ludzi to strasznie zazdrosne prymitywy. nie trać na nich czasu. normalni ludzie docenią to, jaki jesteś, a nie bedą oceniać cię przez pryzmat rzeczy