#HZrt2
Kiedy wczoraj na dyżurze po wypadku z pękniętą śledzioną trafił do mnie jeden z nich, zobaczyłem w jego oczach prawdziwy przestrach - obaj się rozpoznaliśmy. Próbował nie wyrażać zgody na zabieg, ale poinformowałem go, że wtedy najzwyczajniej w świecie umrze, bo w zasięgu dość dużym nie ma żadnego innego chirurga (tak, w nocy zostaje jedna sztuka, przynajmniej w moim szpitalu).
Kazał ściągać kogoś innego albo przetrzymać się do rana. Poinformowałem go, że oczywiście, że spróbuję ściągnąć, bo zabieg jest duży, ale zanim dotrą, muszę zacząć. Przerażenie w jego oczach sprawiało mi taką radość, że aż mi wstyd.
Wiem, że nie powinienem się mścić, ale... O ironio, nawet tego nie robiłem, naprawdę ratowałem mu życie. Nikt z moich kolegów nie dojechał, musiałem sobie poradzić. Udało się.
A mógł go zwyczajnie zabić.
Umierający facet po 30 latach myślami był pochłonięty silną pamięcią o jakimś chłopaku z dzieciństwa i rozpoznał go w chirurgu.
Z której to telenoweli?
To wtedy by odpowiadał za niedopełnienie obowiązków, nieudzielenie pomocy, czy błąd w sztuce.
Ty jesteś gość, a on głupi lelak.
Wybacz, ale ci nie wierzę. W polskich realiach rzadko używa się sedesu do dręczenia rówieśników.