Mój ojciec był nieprzytomny, umierał. Wszyscy do mnie dzwonili, żebym go pocieszał i wspierał, żeby choć trochę mu się poprawiło. Ale wiedziałem z moich wcześniejszych rozmów z nim, że już się poddał, to były jego ostatnie godziny. Byłem mocno sfrustrowany całą tą sytuacją, jakbym stał między życiem a śmiercią. W pewnej chwili, zmęczony, rozczarowany, powiedziałem na głos "Jeśli masz odejść, to po prostu idź teraz, kurwa".
Tata odszedł o 3 nad ranem następnego dnia.
Czasami mam wrażenie, że go przekląłem, że odszedł, bo się poddałem i "już go nie chciałem", czasami myślę, że dałem mu pozwolenie, aby wreszcie w jakiś sposób poszedł, nawet jeśli bezpośrednio tego nie słyszał.
Dodaj anonimowe wyznanie
Zapewne nie ma to ze sobą żadnego związku, choć niektórzy popierają wersję drugą. O pierwszej nawet nie wspominam, bo to niepotrzebne wkręcanie sobie do głowy.
Jeśli był chory (a tak przypuszczam) i się męczył to tak naprawdę tylko mu ulżyło i jest mu teraz lepiej, bo nie cierpi.
Wiem, że jest się często z tym trudno pogodzić, ale dasz radę.
Jak można pocieszać nieprzytomnego?
Tak jakbyś miał władzę nad życiem i śmiercią...
Nie wiem jak to działa, ale często ludzie umierający potrzebują spokoju żeby mogli odejść, tak mi tłumaczyły pielęgniarki. Często proszą rodzinę o ty by wyszła wcześniej, jeśli widzą ze pacjent zbiliza się ku końcowi, aby mógł odejść odrazu
Raczej pozwoliłeś odejść ;) . Głupi nie był, wiedział, że jemu ciężko i wam. A tak na spokojnie mógł to zrobić ;)