#Cb1QS

Żyję od 4 lat w relacji z kobietą cierpiącą na BPD z miłym akcentem WWO. Do tego po dosyć ciężkich i specyficznych doświadczeniach rodzinnych. Kto wie, z czym się to je, ten domyśli się, iż nie brak mi życiowych „atrakcji”.
Los uraczył nas córeczką, niecały rok temu. Uraczył to nie stwierdzenie przez brak świadomości seksualnej z mojej strony, ale nie będę się zagłębiał, gdyż to zbyt obszerna kwestia. W skrócie mogę przekazać, iż kilka lat wcześniej, po ciężkim wypadku, stwierdzono u mnie bezpłodność (praktycznie zerowa ruchliwość plemników). Nie piszę tego, aby się wyżalić, oj nie. Nie ukrywam, że ta relacja jest wyzwaniem, które niejednokrotnie prawie mnie zniszczyło psychicznie, mimo naprawdę wielkiej siły psychicznej. Chciałbym się po prostu podzielić tym, co mam w sobie. 
Trwanie w tym wyniszczającym związku jest moim świadomym wyborem. Od początku wiem, na co się piszę, wiem również o tym, co poświęcam i jak niewiele sam zyskuję, porównując to, co sam ofiaruję. Wybieram taką ścieżkę, ponieważ kocham. Nie twierdzę, że to uczucie jest zdrowe, bardzo dobrze wiem, iż siły tej miłości są ekstremalnie skrajne. Wiem także, czym jest to spowodowane etc. Może moja walka i poświęcenie nigdy nie zostaną nagrodzone, może tak naprawdę walczę o odroczoną w czasie klęskę i na końcu drogi czeka mnie jedynie własna zguba. Ale nie umiem przestać, nie słucham umysłu, rozsądku, nie patrzę na psychiczne i fizyczne konsekwencje takiej ścieżki życia. Osobiście najbardziej cenię spokój, wykluczanie wszystkich niepotrzebnych sytuacji niosących ze sobą stres bądź komplikacje. Mimo tego żyję w ciągłym otoczeniu przeciwieństwa powyższych.
Wyznam szczerze, że to jest moim piekłem, ale również i swoistym niebem.
Korzyści z tego mam przeogromne, a wywodzą się one z tego, co jest mi właśnie piekłem.
Każdy upadek, totalna bezsilność i poczucie bycia pokonanym, wszystko, co mnie niszczyło, to po czasie wstawanie, zawsze będąc silniejszym, bardziej odpornym. Pewność, że już więcej nie wytrzymam, zmienia się w to, że poznaję kolejne poziomy wewnętrznej mocy. Poznałem siebie, zmieniłem siebie, nauczyłem się ogromu nowych rzeczy. Długo by się rozwodzić. Skwituję to tak. Kiedyś byłem pewny, że jestem niezniszczalny, że nic mnie nie złamie. Obecnie wiem, jak słaby wtedy byłem, a od pewnego czasu (narodzin mego Aniołka) wszystko, co złe, nawet nie powoduje we mnie choćby odrobiny stresu. Może ktoś stwierdzić, że przez to stałem się zimny i jałowy. Otóż nie, nawet odrobinę nie straciłem na emocjonalności, na odczuwaniu szczęścia.
Nikomu nie życzę tego, przez co przechodzę, nie chcę, by ktoś wziął z tego wyznania przykład, by trwać w toksycznej i niszczącej relacji, tylko pragnę się podzielić tym, co moje.
Frog Odpowiedz

Czy to nie jest przypadkiem tak, że cierpienie, wynikające z Twoich (opisanych tu pokrótce) przeżyć staje się Twoim sposobem na uzyskanie poczucia kontroli, sensu i potwierdzenia własnej wartości?

Albo może tak, że ból, upokorzenie czy poświęcenie zostały w Twojej psychice powiązane z bliskością (miłością), akceptacją lub poczuciem sprawczości?

W sumie wygląda to wręcz na samoudręczenie z pogranicza masochizmu, ale skoro piszesz, że "Wiem także, czym jest to spowodowane", mogę jedynie życzyć dobrego, w miarę możliwości stabilnego i spełnionego życia - zarówno Tobie jak i Twojej rodzinie.

HansVanDanz Odpowiedz

Dla mnie trochę chaotycznie napisane. Mógłbyś precyzyjniej opisać swoje doświadczenia i odczucia. Rozumiem, że toczysz jakąś wewnętrzną walkę, ale trudno mi się odnieść.
Ja też "odczuwam inaczej", więc mógłbym coś dorzucić od siebie.

Dragomir Odpowiedz

To się nazywa masochizm. A i sprawdź przy okazji genom swojego aniołka.

coztegoze3 Odpowiedz

Matka z borderline, ojciec z problemami... Biedne dziecko. Będzie mieć sieczkę w głowie. Dorosły pisze, że go kobieta z borderline doprowadza do granicy, a co dziecko będzie mogło powiedzieć? Ono też skończy z borderline albo innymi zaburzeniami.

Dodaj anonimowe wyznanie