#AzMl2

Moje gimnazjum było okrutne. Gdy kończyłam szkołę, byłam najszczęśliwsza na świecie. Nie wspomnę o nauczycielach, którzy zniszczyli moją wiarę w ludzkość, bo szkoda gadać. Dziś skupię się na prawdziwym diable, z jakim dane było mi się użerać przez trzy lata mojej edukacji, pani W., dyrektorce szkoły i nauczycielce chemii.

Każda lekcja z nią była torturą. Wszyscy siedzieli cicho jak myszki, czekając na wybuch. Potrafiła drzeć się na nas o najmniejszą głupotę. Kiedy jej coś spadło, nie schyliła się i tego nie podniosła, tylko patrzyła na nas wzrokiem zabójcy i z jadem w głosie pytała, na co czekamy, już dawno powinniśmy to podnieść – mimo że dana rzecz leżała tuż przy jej stopach. Przed każdą lekcją chemii trzęsłam się i prawie mdlałam ze stresu. Modliłam się, aby jej nie było lub by tym razem mnie oszczędziła. Zresztą nie tylko ja tak bardzo się bałam. Mój strach to i tak nic w porównaniu do dziewczyny, która wymiotowała przed każdą lekcją i jakoś funkcjonowała jedynie dzięki lekom uspokajającym.
W. brała swój dziennik, jeżdżąc palcem po nazwiskach i szukając potencjalnej ofiary do tablicy. A gdy tylko ktoś podszedł, nie zdążył nawet wziąć kredy w dłonie, kiedy zaczynała się drzeć, wymachując swoimi pomarszczonymi łapami, że nic nie umie i zaraz dostanie jedynkę. Najbardziej jednak znęcała się na cichych, spokojnych uczniach, którzy starali się jak mogli, żeby nie zwracała na nich uwagi. Takim kimś byłam ja i nie raz przez nią płakałam. Moja koleżanka tak się jej bała, że zawsze idąc do tablicy, całkowicie zapominała, jak ma na imię, a dyrektorka jeszcze z niej drwiła i ośmieszała przed całą klasą. Jak jej się nie spodobał twój styl pisma, to niemal cię nie udusiła, mamrocząc, że ta dzisiejsza młodzież nawet pisać nie umie. Wyrywała z ręki zeszyt, przeglądała go, kręcąc głową, po czym rzucała na stolik jak psu i odchodziła. Pamiętam, jak wchodziła dumnie do klasy, skanując każdego nienawistnym wzrokiem, aż dech zapierał. Zawsze z hukiem rzucała dziennik i się zaczynało... Jacy to my nie jesteśmy głupi, jak to się nic nie uczymy, będzie nam ciężko w życiu i pewnie skończymy na ulicy. A kiedy nadszedł dzień sprawdzianu, miała dwie grupy, tę łatwiejszą z praktycznie samymi zadaniami zamkniętymi, która miała jedynie dwie strony, oraz trudniejszą, z o wiele większą liczbą zadań, w której trzeba było większość obliczać, pisać jakieś nie wiadomo skąd wzięte wzory. Wybierała sobie, kogo w miarę akceptuje, a kogo nienawidzi i taki dawała mu sprawdzian (ja zazwyczaj dostawałam ten trudniejszy). Kiedy lekcja się kończyła i szliśmy zmordowani, lepiący się od potu na przerwę, inne klasy czekające na nieuniknione pytały, czy dziś ma dobry humor. Nigdy nie miała. Przez to gimnazjum zamiast dobrych wspomnień miałam nerwicę.
JodiPicoult Odpowiedz

I nikt nie pomyslal, zeby ja zglosic? Zaden rodzic nie interweniowal?

worm

to były trochę inne czasy - część rodziców uważała, że nauczyciel to niemalże wyrocznia, a nie zwykł pajac (mówię o takich przypadkach jak tutaj w wyzwaniu), który powinien dostać zakaz wykonywania zawodu.

Więc pewnie było to plus standardowe "teraz to ciul, będziesz dorosły to zrozumiesz co to życie, problemy i zatęsknisz! A tutaj wystarczy, że się nauczysz i będziesz mieć 5 i to twoja wina gówniarzu". Oczywiście to nie jestem prawdą ale "starzy wiedzą lepiej" i tak się dzieje życia cud, że potem takie dzieciaki stają się niepewnymi siebie dorosłymi, albo mają masą jakichś innych problemów i o dziwo za tymi czasami nie tęsknią.

SamoZycie Odpowiedz

Potem na mieście będzie was unikać przez 50 lat.

wyzwolonaa Odpowiedz

Obrzydliwe babsko, w moim gimnazjum też było parę takich. Zawsze przy tablicy podśmiewały się ze mnie (głównie z powodu wyglądu) i powtarzały że nic w życiu nie osiągnę. Cóż, myliły się

Dezerter90

Do tej pory się śmieją, podobnie jak wszyscy inni, bo taki pajac rzadko się zdarza.

wyzwolonaa

Trudno, nie przejmuję się opiniami biedaków

Dodaj anonimowe wyznanie