#NBieI

Dawno temu w zamierzchłych czasach, to jest trzeciej klasie gimnazjum, postanowiliśmy z kolegami zrobić coś wspólnie na zakończenie roku. Padło na nagranie krótkiego filmu. Miał on w zabawny sposób przedstawiać nasze życie w szkole i karykaturalne zachowania nauczycieli. 
Wszystko szło gładko, aż do kręcenia „lekcji geografii”. Zamysł był taki: ładne koleżanki nic nie umieją, wskazują Niemcy w Ameryce i dostają piątki. Potem do mapy podchodzi wybitnie utalentowany uczeń, odpowiada poprawnie na wszystkie pytania i dostaje jedynkę za niewyjściową facjatę. No i się zaczęło. Dziewczyny ładnie odegrały swoje role, do tablicy podszedł kolega (nazwijmy go Adam). Nauczyciel: „Coś łatwego będziesz miał. Pokaż mi, gdzie jest Afryka”. Adam szuka, myśleliśmy, że to część jego gry aktorskiej, ale on z przerażeniem odwraca się do klasy i mówi: „Ale gdzie jest Afryka?”.

Padliśmy wszyscy, razem z panią od matmy, która była naszym kamerzystą :)

#8hJfi

Odkąd miałam 8 lat, często przeprowadzaliśmy się za granicę z powodu pracy taty. I tak już mieszkałam w Kanadzie, Szwajcarii, Szwecji, Hiszpanii, Norwegii, Singapurze, Korei Południowej. Na końcu mój tata dostał super płatną pracę w Japonii, poza tym razem z tatą i mamą zawsze kochaliśmy ten kraj, mieszkam tu do dziś.
Byłam mała, więc języki opanowałam szybko – teraz potrafię mówić po polsku, japońsku, angielsku, niemiecku, szwedzku, norwesku, hiszpańsku i koreańsku. Co najlepsze, mój chłopak pochodzi z Finlandii, poznałam go na studiach, więc uczę się obecnie fińskiego, w domu z rodzicami mówimy po polsku, czasem przewinie mi się japoński, a jak przychodzi mój chłopak, rozmawiamy po angielsku.

Powiem wam, że czasem mieszają mi się wszystkie języki, jednak cieszę się, że potrafię i opanowałam tyle języków, każdy jest zaskoczony, gdy mówię im, że potrafię porozumieć się w ośmiu, prawie dziewięciu językach. :)

#ZfGY9

Kiedyś wychodząc od kolegi, zobaczyłem obok śmietnika karton kaset VHS pośród stosu różnych bibelotów. Każda kaseta opisana tylko datą, w stylu „17.02.1997” i inne daty z lat 90. Zaciekawiło mnie to, więc załadowałem karton do auta, w domu wygrzebałem z piwnicy swój dobrze zakonserwowany odtwarzacz kaset VHS i zabrałem się do oglądania zdobycznych kaset. 
Nigdy w życiu czegoś tak nie żałowałem. Co było na filmikach? Jakiś osiedlowy psychol postanowił nagrywać wszystkie sesje „karania” swoich małych dzieci. Nie wchodząc w drastyczne szczegóły, powiem tylko, że jedna kaseta wystarczyłaby, by posadzić go w więzieniu na długie lata. Spakowałem te kasety i poleciałem na policję. Nawet dwaj policyjni wąsaci twardziele zbieleli na twarzy, gdy oglądali nagrania. Cwaniak jednak wywinął się od odpowiedzialności w naprawdę skuteczny sposób: zmarł sobie spokojnie dwa miesiące wcześniej. To właśnie dlatego jego rzeczy trafiły na śmietnik, gdy opróżniano mieszkanie. Nikt z jego dzieci po nie nie przyszedł, nie dziwię się dlaczego.
Co do dzieci, to zabawiłem się w detektywa i ustaliłem to: jedno dziecko to alkoholik, „żul uliczny” w tym samym mieście, śpi po bramach albo wygraża samochodom. Drugie dziecko uciekło gdzieś w Polskę, znalazłem profil na FB, ta osoba ma na pierwszy rzut oka normalne życie, ale twarz i oczy ma takie smutne, mroczne, i wygląda starzej o 10 lat od swojego wieku kalendarzowego. Nie ma też partnera ani dzieci.

Smutne.

#8MIcG

Jestem mężczyzną w wieku 26-32 lata (celowo anonimizuję nawet wiek, bo chciałbym się zwierzyć). Z jednej strony mam obecnie wszystko, czego mógłbym pragnąć. Mam duży dom, który dzielę z rodzicami, lekką pracę, gdzie pracuję z domu. Zero kredytów, długów, kłopotów. Mam kochającą rodzinę, która zrobiła w życiu dużo dobrego, teraz ja pomagam. Jednak jest pewien mankament, przez który przegrałem część młodości. 
Oboje rodziców pochodzi z tak zwanego awansu społecznego. Dorabiali się od zera, więc mocno stąpali po ziemi. Dodatkowo byli raczej mocno religijni, zwłaszcza mama. Niestety rzutowało to na moje życie w okresie nastoletnim i na studiach. Zwłaszcza w liceum. Miałem prawie tylko siedzieć w domu, uczyć się, żadnych związków, imprez, wakacji z dziewczyną. Najśmieszniejsze, że cieszyłem się powodzeniem całą szkołę, ale pruderyjna propaganda w domu powodowała, że nie doświadczyłem nawet pierwszego pocałunku. Tu się przyznaję, moja też wina, bo dałoby się mieć jakieś młodzieńcze tajemnice przed rodziną, ale wychowanie pod kontrolą nieco upośledza samodzielne działanie. 
Minęły lata, budzę się po ukończeniu studiów, wyszedłem do ludzi i okazuje się, że zostałem wychowany na kalekę jako facet. Tak naprawdę nigdy mi nie zależało, by zaliczać na prawo i lewo, wiem, że dzisiaj dziewczyny mają do 30. po kilku partnerów. I mimo że mam 185 cm wzrostu, jestem ładny, ba, nawet wyglądam na młodszego, niż jestem, jestem w czarnej dupie i w sumie w sprawach związku czuję się jak incel i osoba cofnięta w rozwoju. Moje rówieśniczki są po pierwszych miłościach, przygodach, teraz mają inne priorytety – stały związek, potem dzieci etc. Z dużo młodszymi nie wypada się zadawać. Więc w tym temacie przegrałem życie. 
Zawsze za młodu słyszałem, że inni mogą się bawić, ja nie jestem inni itp. A teraz rodzina się dziwi, czemu nie mam partnerki. Ominął mnie najlepszy okres, jeśli chodzi o związki i relacje damsko-męskie. Młodość ma swoje prawa i swój czas, który dla mnie minął. I co dało mi kościelne wychowanie pod kątem związków? Kiedyś kompleksy, teraz wypalenie. Raz się zwierzyłem koleżance, że nigdy nic, to ona się żachnęła, że ta, ktoś z moim wyglądem to chyba jaja sobie robi. Obserwuję pary rówieśników i pary nastoletnie. Nastolatkowie się przytulają, całują w kinie, wieczorami w galeriach, a moi rówieśnicy już emocjonalnie wypaleni, kłócą się w Ikei o kolor zasłon. 
Mogę brzmieć incelsko, niedojrzale, wiem, ale ciężko myśleć inaczej. Ale od razu zaznaczam, że nie mam pretensji do dziewczyn, że miały swoje przygody. Młodość ma swoje prawa. I też bym tak chciał. Dlatego z powodu wieku na pierwszą miłość raczej szans nie mam, więc pewnie niebawem udam się do... najstarszego zawodu świata.

#uaAVy

Mojego obecnego partnera poznałam w momencie, w którym nie czułam się na siłach, by nawiązać jakieś bliższe relacje. Po prostu się polubiliśmy, a że mamy takie same potrzeby, szybko staliśmy się friends with benefits. Nie było motylków w brzuszku ani innych objawów typowego zauroczenia. Nasze relacje same przerodziły się w związek. Nikt nikogo nie pytał o „chodzenie”. Tak wyszło i od trzech lat jesteśmy szczęśliwą parą planującą wspólną przyszłość. Mimo iż mieszkamy prawie 400 km od siebie, nasz związek nie przechodził żadnych kryzysów, nie kłócimy się. Koleżanka kiedyś spytała, czy się nie boję, że on mnie zdradzi. Nie, nie boję się, ponieważ sama mu na to pozwoliłam.

Teraz pewnie zostanę zlinczowana przez wszystkie kobiety marzące o wielkiej miłości jak z bajki. A ja uwielbiam mojego partnera, ale rozumiem, że ma swoje potrzeby. Powiedziałam mu, że jeśli kiedykolwiek miałby ochotę na skok w bok, to nie będę mieć do niego pretensji, ale niech się zabezpieczy. Z okazji nie skorzystał. A raczej prawie nie skorzystał, bo zdarzyło mu się całować z dziewczyną poznaną na imprezie u znajomych. Nie sprawiło to, że przestał mnie kochać i poleciał za nią. Spełnił swoją fizyczną potrzebę bliskości, którą miał przez to, że nie widzieliśmy się trzy tygodnie. Nasz związek w żaden sposób na tym nie ucierpiał.

To, że ktoś zdradza, nie zawsze oznacza, że nie kocha. Dla mnie bardziej liczy się emocjonalna wierność niż ta fizyczna.

#VWzRr

Poszłam z moim nowym chłopakiem na basen. Akurat miałam okres, więc zainstalowałam sobie tampon. Podczas pływania sznureczek wyszedł bokiem i wisiał po wewnętrznej stronie mojego uda. Nie zauważyłam tego. Kiedy siedzieliśmy sobie na leżakach i odpoczywaliśmy po przepłynięciu kilku długości basenu, obiekt moich westchnień nagle nachylił się nade mną, spojrzał głęboko w oczy, mocno chwycił za nogę i romantycznie mruknął:
- Niteczka ci wisi…
Nie zdążyłam się nawet zorientować o co chodzi, gdy on chwycił za sznurek i energicznie go pociągnął licząc na to, że uwolni mój kostium od niechlujnie wyglądającej nitki. W ten sposób, zanim zdążyłam zaprotestować, wyszarpał czerwony tampon z mojego wnętrza.
Chłopak był w równie wielkim szoku, co ja. Wydał z siebie urwany krzyk, czym zwrócił na nas uwagę reszty osób obecnych na basenie. Teraz wszystkie główki odwrócone były w kierunku czerwonej jak cegła niewiasty i śnieżnobladego młodzieńca trzymającego przed sobą tampon ociekający krwią.
Wbrew temu co może się wydawać, nasz związek nie rozpadł się, a z tej sytuacji nauczyliśmy się w końcu śmiać. Nigdy jednak nie wróciliśmy na ten basen.

#PbuL3

Wracając autobusem po jakże męczącym dniu, zasłyszałam rozmowę dwóch wędkarzy. Weszli do autobusu z wędkami i chcąc zająć miejsce, zaczęli się przepuszczać. Trzeba dodać, że wyglądali na dość wiekowych ludzi, brak zębów i włosów nic im nie robił.

– Siadaj, Olek.
– Nie, ty pierwszy!
– Weź się nie wygłupiaj i siadaj.
– Ty pierwszy, starszy jesteś ode mnie.
W tym momencie już wiedziałam, że zaraz zacznę się śmiać, ale panowie ciągnęli to dalej.
– Jaki starszy, wcale nie!
– Już sobie nie odejmuj, ja wiem, ile ty masz.
– Tylko dwa tygodnie starszy jestem! Nie postarzaj mnie aż tak!
– Szybciej umrzesz, więc siadaj już.

Humor poprawiony na całe popołudnie :D

#gDdlm

Przeglądając Facebooka, natrafiłam na post mojej byłej nauczycielki niemieckiego, która postanowiła opisać pewną rozmowę z Niemką uczącą historii. A było to mniej więcej tak:
– Czy wy obchodzicie jakieś inne święta narodowe poza Dniem Zjednoczenia Niemiec?
– Żadnych więcej... A co my niby mamy świętować, skoro wszystkie bitwy i wojny przegraliśmy?

Padłam, jak to przeczytałam :D

#45hB9

Moja mama zawsze była wielką fanką krzyżówek. Potrafiła rozwiązać każdą w kilka minut. Tak samo uwielbiała przeróżne telewizyjne teleturnieje – Milionerów, Koło fortuny, Jeden z dziesięciu, Jaka to melodia czy Familiadę. Odpowiadała na pytania szybciej niż uczestnicy. Po prostu miała ogromną wiedzę i świetną pamięć. Ja mam to po mamie. Też uwielbiam rozwiązywać krzyżówki, sudoku i jestem niezły w teleturniejach. Nawet w jednym wziąłem udział kilka lat temu i wygrałem niezłą kasę.

Niestety moja mama zachorowała na Alzheimera. Zapomniała, jak się pisze i czyta, zapomniała, jak się ubiera i używa widelca, w końcu zapomniała mnie, pozostałe swoje dzieci, wnuki i swojego męża. Mój tata opiekował się nią przez 10 lat, choć było z nią trudniej niż z dzieckiem. Karmił ją, mył, przebierał, podawał leki. A w zamian słyszał pytania „kim ty jesteś?”, wyzwiska, mama potrafiła go uderzyć czy rzucić się na niego, bo go nie rozpoznawała. Przez ostatnie 2 lata życia mama nie umiała już mówić ani chodzić. Z jej ust wydobywał się jedynie niezrozumiały bełkot. Jeśli oglądaliście kiedyś jakikolwiek film o tej chorobie, to zapewniam was, że nie oddaje on rzeczywistości. Ani „Pamiętnik”, ani „Ojciec”, ani „Daleko od niej”, ani „Strzępy”. Te wszystkie filmy są piękne, wzruszające i smutne, ale nie pokazują całej prawdy. Może początki choroby, ale nie to, co dzieje się z człowiekiem pod koniec. Przy czym ten „koniec” może trwać nawet kilka lat, jak to było u mojej mamy.

Wiele razy czytałem, że rozwiązywanie krzyżówek czy ogólnie ćwiczenie mózgu i pamięci może uchronić przed zachorowaniem na Alzheimera, ale teraz wiem, że to gówno prawda. Mojej mamie nie pomogło. Mi nie pomogło.
Niedawno otworzyłem krzyżówkę i zamarłem. Gapiłem się na nią przez kilka minut i nie potrafiłem odgadnąć żadnego hasła. Widziałem litery, rozumiałem słowa, ale nie wiedziałem, jakie są na nie odpowiedzi. Przerażenie odjęło mi mowę. Bo Alzheimer jest dziedziczny. Mój dziadek, tata mamy, również był chory. Ja mam dopiero 54 lata. Mama zachorowała znacznie później, bo pierwsze oznaki zaczęły być u niej widoczne, gdy była starsza ode mnie o przeszło dekadę.
Strasznie się boję. Nie chcę, żeby moja żona przechodziła przez to samo, co mój ojciec przechodził z mamą. Dlatego rozważam odejście z tego świata. Muszę to zrobić, póki jeszcze mam świadomość.

#pBKKs

Byłem wtedy bardzo młodym nastolatkiem o wyglądzie i budowie jeszcze młodszej/drobniejszej i charakterze emocjonalnym. W moim bloku mieliśmy sąsiada – mundurowca, którego większość dzieci się bała. Wielki, postawny, dominujący w rozmowie facet, często chamski do kobiet. To były czasy, kiedy dzieciarnia bawiła się na podwórkach. Kiedy tak lataliśmy, nagle pojawił się on, zaczął na nas krzyczeć, o coś nas oskarżać, a mając mnie pod ręką, wyżył się, targając mnie tak mocno za ucho, że myślałem, że mi je urwał, bo tak bolało – podniósł mnie za nie. Spanikowany i zszokowany napaścią uciekłem do domu. Nikomu o tym nie powiedziałem. Jak już doszedłem do siebie fizycznie (bolało jak cholera) i emocjonalnie, powiedziałem sobie, że kiedyś się za to zemszczę dokładnie tak samo – kiedy role się odwrócą, kiedy to ja będę duży i silny, a on będzie miał siłę małego dziecka.

Czas mijał (30 lat), cieszę się szczęśliwym życiem, ale o tym jak się wtedy czułem – zlekceważony, napadnięty bez powodu – coraz spokojniej, ale pamiętałem i co kilka lat jak przyjeżdżałem do rodzinnej miejscowości, widziałem go. Widziałem, jak się starzeje, jak słabnie. Jak z człowieka groźnego i pogardliwego dla słabszych, robi się starcem.

Teraz ja jestem duży i silny (od lat, dużo trenuję tygodniowo), o wyglądzie o wiele młodszym niż moi rówieśnicy (wygrałem młody wygląd na loterii genowej i podbijam to treningami – dużym dbaniem o siebie).

Kiedy nadszedł czas zemsty (i dopełnienia się tego, co dopełnić się miało), spierdolił mi. Jak się dowiedziałem, umarł w windzie, jeeebaniutki.

Jeszcze mi zostało wyrównanie rachunków z kilkoma „kolegami” ze szkoły średniej, tylko mi się napatoczą pod rękę, bo widzę na szkolnym FB, jakie stare kluchy się z nich zrobiły. Szkolne osiłki najmniej o siebie, jak widzę, dbają.

Tak, jestem pamiętliwy, a czas? Nie ma dla mnie znaczenia, czy to było wczoraj, czy 30 lat temu.

Lubiliście się znęcać nad kimś, kto był mniejszy od was samych – OK, ale nadszedł dzień zapłaty i tylko mi nie spierdolcie.
Dodaj anonimowe wyznanie