#Mzufa

Za młodu martwiłam się wszystkim, czym nie powinnam, np. tym, że mama miała być w domu o 18:00, a jest 18:01, że rodzice za dużo wydają i zabraknie im pieniędzy, jak usłyszałam o jakiejś chorobie, to od razu miałam wszystkie jej objawy – tak pokrótce.

Pewnego dnia bawiłam się ludzikami z Kinder Niespodzianki i zauważyłam, że przy hipopotamku nie ma jakiegoś elementu. Przeszukałam cały pokój – nie ma. No i co teraz? Oczywiście jasne dla mnie było to, że jak nigdzie tego nie ma, to musiałam to ZJEŚĆ. Wmówiłam sobie, że zjadłam ten element... Kilka dni wcześniej u sąsiadów dzieciak się zachłysnął monetą, więc ja na pewno zrobiłam to samo. Mało tego, zaczęło mi się robić duszno, zaczęłam się dusić, poleciałam więc do mamy. Skończyło się tym, że cały dzień spędziłam w szpitalu na badaniach tylko dlatego, że byłam zwyczajnie posrana.

#lVlsD

Jestem facetem przed trzydziestką i niedługo biorę ślub. Moi rodzice to przedstawiciele klasy raczej średniej wyższej, więc z kasą nie jest źle, tylko co z tego, jak moi rodzice byli bardziej skłonni dawać prezenty niż okazywać miłość i choć trochę szacunku. Dość często się też kłócą między sobą i wciągają w to mnie bądź brata. Wszystko to, razem z tym, że byłem poniżany w szkole, powoduje, że jestem raczej zamknięty w sobie, nie mówię o tym, co mnie boli, co mi sprawia przykrość, tylko zaciskam zęby i staram się przetrwać, iść dalej. Nie jest jednak tak, że wszystkim się przejmuję, bo jeśli na coś wpływu nie mam, staram się z tym przejść do porządku dziennego, nie martwić się tym. Do instytucji małżeństwa nie jestem przekonany, ponieważ z domu wyniosłem taki, a nie inny przykład. Kocham moją dziewczynę, od ponad roku moją narzeczoną. Oświadczyłem jej się, aby miała pewność, że w przypadku jakiejś (wiadomej) wpadki, jej nie zostawię, nawet proponowałem ślub cywilny. Ale nie, ona chciała kościelny, konkordat. Więc oświadczyłem się, mówiąc, że potrzebuję czasu, aby dojrzeć do ślubu, założyłem sobie okres około dwóch lat, zanim będę gotowy stanąć na ślubnym kobiercu. Tylko co z tego, skoro ona wyskoczyła z argumentami, że jej miejscowość jest mała, wszyscy wszystkich znają, jej dziadek był organistą i w przypadku ewentualnej ciąży ludzie będą mówić, będzie wstyd dla rodziny. Dziadek organista, co ludzie powiedzą, trudno, zacisnąłem zęby, zamiast dwóch lat rok. Ciężko było, ale jakoś się z tym pogodziłem.

Prawda jest taka, że przykro mi, że narzeczoną bardziej obchodziło to, co ludzie powiedzą, niż moje potrzeby. Przykro mi, że z bratem mam kontakt tylko wtedy, kiedy jeden coś potrzebuje od drugiego. Przykro mi, że moja rodzina ma mnie gdzieś i wkurza się, gdy nie mogę być na zawołanie, mimo że mam własne życie.
Przykro mi, że moi rodzice nie nauczyli mnie rozmawiać o tym, co mnie boli, o tym, co mi sprawia przykrość, o tym, jak się czuję, w zamian tylko umiem zaciskać zęby.
Przykro mi, że nie umiem powiedzieć tego wszystkiego moim bliskim.
Przykro mi, po prostu mi przykro...

#B2gyQ

Jest jedna ważna kwestia, której wielu przełożonych gnojących swoich podwładnych zdaje się nie rozumieć – jeśli jest się ogniwem łańcucha, czyli pracownikiem firmy lub obiektu typu supermarket, to trzeba robić wszystko, żeby go nie osłabić. Tacy przełożeni nie widzieli i nie widzą, a co za tym idzie nie rozumieją tego, że ich stosunek do podwładnych miał i ma bezpośredni wpływ na zespół pracowników, a więc również na inne ogniwa tego łańcucha. Demotywowanie często dużo młodszych pracowników bez silnej psychiki podcina skrzydła. Ja rozumiem, praca jest pracą, ale nie wszyscy muszą przychodzić do pracy, by robić w niej wielkie rzeczy, zostawiając po sobie serce i duszę. Wielu pracowników przychodzi do pracy, robi swoje, odbiera wypłatę i tyle. Będąc za zamkniętymi drzwiami w firmie lub na obiekcie widać dużo więcej i dopiero tam człowiek może na własne oczy zobaczyć, jak wszystko funkcjonuje.

Współczuję wszystkim zespołom pracowników, którym przełożeni popsuli lata ciężkiej pracy i budowania relacji i nawet nie potrafią dostrzec, że podcinają skrzydła swoim stosunkiem do innych pracowników.

#b4QMG

Kilka miesięcy temu podejrzewałam, że mój chłopak mnie zdradza. Dziwnie się zachowywał, często wychodził, oddaliliśmy się od siebie. Gdy dostawał wiadomości, mówił, że to jego siostra. No OK.
Jakiś czas temu, gdy wróciłam wcześniej z pracy, zobaczyłam, że dzwoni jego telefon. Spojrzałam kto dzwoni, było napisane Jola, ale numer nie zgadzał się z numerem jego siostry. Po chwili dostał SMS „Kochanie, czekam na Ciebie jutro w kawiarni”, podała jej nazwę. Zajrzałam do galerii telefonu, były tam zdjęcia jakiejś kobiety. Wtedy już wiedziałam, że moje podejrzenia nie były bezpodstawne. Usunęłam wiadomość i postanowiłam działać. 
Gdy następnego dnia dojechałam do kawiarni, podeszłam do stolika, zdjęłam mój pierścionek, który od niego dostałam, położyłam na blacie i powiedziałam: „Trzy lata związku, pół roku po zaręczynach, Michał lat 34, pies rasy labrador lat 2. On jest twój. Pies zostaje”. Spojrzała na mnie zdziwiona, a ja wyszłam. Nie wiem, czy ona o mnie wiedziała, nie pytałam. Wróciłam do domu. Spakowałam jego rzeczy do walizki i wystawiłam za drzwi. Przez dwie godziny próbował dostać się do środka. Dostałam SMS: „Kochanie, co mają znaczyć te walizki i dlaczego nie mogę dostać się do domu?”. Napisałam mu, że właśnie wyprowadza się do swojej nowej dziewczyny, pies jest mój, pierścionek ma „Jola”, a klucz nie pasuje, ponieważ zmieniłam zamki.


PS On nie ma gdzie mieszkać. Dzwoni do mnie kilka razy dziennie, prosząc o wybaczenie. Nie ma szans. Tak się kończą zdrady.

#wNsL3

Odkąd pamiętam, zawsze zwracałam uwagę na wagę. Nigdy nie miałam nadprogramowych kilogramów, ale zawsze obsesję na ich punkcie. Może dlatego, że moja mama jest otyła, a tata zawsze ją za to gnębił. Nigdy nie chciałam być taka jak ona. W piątej klasie podstawówki przy wzroście 165 cm ważyłam 55 kg. Wtedy przeprowadziliśmy się z centrum miasta na obrzeża. Zaczęłam więcej chodzić, a racja żywieniowa została bez zmian. Schudłam do 45 kg i urosłam do 169. W siódmej klasie wiele osób zarzucało mi, że jestem za chuda, że powinnam więcej jeść. Schlebiało mi to, lubiłam wyglądać jak „wieszak”. Miesiączka zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Do tej pory potrafię policzyć jej częstotliwość na palcach.
Pod wpływem komentarzy i uzależnienia od słodyczy zaczęłam jeść ich więcej. Zaczęło się od czekolady, potem potrafiłam zjeść pięć kawałków ciasta, aż w końcu żadnym problemem stało się zjedzenie naraz 8000 kcal. Zaczęłam tyć. Potem stwierdzono u mnie niedoczynność tarczycy. Tyłam jeszcze szybciej. Przestałam słyszeć, jaka to jestem chuda. Przy 55 kg zaczęłam wymiotować. Nienawidziłam siebie. Moje życie zaczęło kręcić się wokół jedzenia. Co zjeść, kiedy to zwymiotować i jak ukryć wszystko przed rodzicami. Nie mogę powiedzieć o tym rodzicom, nie mówię im o niczym. Wiem, że ich to nie interesuje, skąd?
Gdy w domu chcę coś powiedzieć uciszają mnie i zgłaśniają telewizor, gdy mówię coś do mamy po chwili okazuje się, że wcale mnie nie słuchała, a gdy powtarzam to trzeci raz mówi: „I co?”, „Nie interesuje mnie to”, „To nie moja sprawa”. Nigdy za nic mnie nie chwalą, a gdy sama się im pochwalę, np. 5 z chemii, słyszę: „A czemu nie 6?” albo „Gdyby twój brat chciał, byłby od ciebie lepszy”. Wielokrotnie zwracałam im na to uwagę, ale albo kończyło się to totalnym zbyciem mnie, albo kolejną kłótnią, za którą i tak zawsze ja muszę przeprosić (bo z ich ust jeszcze nigdy tego nie usłyszałam).
Dodatkowo wymagają ode mnie dobrych ocen. Jednak nie mam uczyć się w domu, bo jest to czas, w którym powinnam sprzątać, gotować, doglądać ogródek. Uczyć powinnam się tylko w szkole, po której powinnam iść na medycynę, bo jak nie, to nie będą mi pomagać na studiach.

Czuję się wykończona psychicznie i fizycznie, bo nie potrafię sama sobie poradzić ze swoimi problemami, a nie mogę o nich nikomu powiedzieć, bo wiem, że dotrze to do rodziców. Całe wakacje pracowałam, by opłacić kurs z biologii i chemii. Może dostając się na medycynę, zaskarbię sobie ich sympatię...
Pozdrawiam wszystkich rodziców, którzy potrafią wysłuchać swoich dzieci.

#IYcUf

Cierpię na pewny specyficzny lęk, o którym wie tylko moja rodzicielka i narzeczony. Mieszkam w mieszkaniu po zmarłym ojcu i z tym miejscem mam więcej negatywnych skojarzeń niż dobrych. Czasami, niezależnie od pory dnia czy nocy, dopada mnie koszmarny lęk, przyspiesza mi oddech i serce, kręci mi się w głowie itp. Próbowałam różnych sposobów na przezwyciężenie, np. zapalania światła w pomieszczeniach, puszczanie muzyki, oglądanie filmów, czytanie czy cokolwiek, jednak nic nie pomaga. Jednak gdy wychodzę na spacer, to im dalej jestem od domu, tym jestem spokojniejsza. W dzień nie jest to problemem, jednak czasem wychodziłam koło 23 na spacer, bo nie mogłam wytrzymać, a mieszkam w dość niebezpiecznej dzielnicy. Chodziłam do psychologów, psychiatrów, a nawet byłam w szpitalu psychiatrycznym (miałam więcej lęków, które w tej chwili są już w miarę opanowane), jednak nikt mi nie pomógł, a nawet oskarżali o wymyślanie. Gdy mój narzeczony jest w domu lub mama, przytulam się do nich i czasem pomaga, a jak nie, to luby wychodzi ze mną (jest dość dobrze zbudowanym facetem). Cieszę się, że oni jedyni mi wierzą i rozumieją, że nie daję rady. A czego konkretnie się boję? Nie mam pojęcia, gdybym miała, to prawdopodobnie bym przezwyciężyła lęk, jak te poprzednie, jednak nie mam pojęcia czego się boję i to jest chyba najgorsze.

Ostatnio pomalowałam i przemeblowałam mieszkanie, by nie wyglądało jak za życia taty (nie myślcie sobie, że on mnie bił czy robił coś innego. Był alkoholikiem i się zapił w mieszkaniu, ale ja go bardzo kochałam), a także przygarnęłam kotka ze schroniska. Jest troszkę lepiej od tych paru dni.

Piszę to nie dlatego, żeby się użalać, ale by wyrzucić to z siebie, bo czasem bywają takie sytuacje, że ktoś do mnie przychodzi, a ja po chwili dość mocno naciskam na spacer. Wstydzę się wspomnieć o mojej przypadłości, ale nie jestem w stanie normalnie funkcjonować w domu.

#wCoB4

Chciałem sobie zrobić test na różne choroby weneryczne – miałem może z 18 lat, ale kilka dziewczyn już było. Nie, żebym miał jakieś podejrzenia, po prostu stwierdziłem, że warto się przebadać, że to dojrzałe. Spytałem więc starszego brata, jak to wygląda. Powiedział mi, że to nic strasznego, dają kubeczek, trzeba dać im próbkę, oglądają sprzęt i robią podstawowe badania lekarskie. Poszedłem więc dziarskim krokiem do kliniki na badanko, starsza pani dała mi słoiczek i wskazała łazienkę. „Wiesz, co masz z tym robić?” – spytała, ale zamiast jej odpowiadać, tylko porozumiewawczo skinąłem głową. W łazience, no cóż, sądziłem, że będą jakieś gazetki albo chociaż plakaty, no ale nic nie było, więc sobie sam poradziłem i jakoś poszło. Spojrzałem na słoiczek – no, bycza, królewska rzekłbym,  ilość. Moja duma.
Starsza pani oglądała potem ten mój dumny wytrysk w słoiczku, potrząsnęła nim kilka razy, popatrzyła na mnie, na słoik, na mnie, na słoik, znowu na mnie i spojrzała z miną, jakby chciała pogratulować mi wygrania konkursu na największego ziemniaka na targu warzywnym, po czym powiedziała: „Ale ty wiesz, że jedyne czego od ciebie chcemy, to próbka moczu?”.

Wyobraźcie sobie wtedy mój wstyd i zażenowanie.
Dodaj anonimowe wyznanie