Mam rodzinę, męża, dwójkę dzieci, pasierba i całą resztę.
Jednak nie mam siebie. Jestem fajna, kiedy jestem potrzebna . A tak jestem samotna, między ludźmi samotna. Nie oczekuję dużo (a może jednak dużo?), nie chcę super prezentów, nie wiadomo czego jeszcze. Chcę czuć się kochana, a nie czuję. Kiedy padły podejrzenia, że może mąż coś gdzieś na boku (nie złapałam za rękę), to nagle byłam przytulana, całowana, komplementowana, aż nie wiedziałam jak mam się zachować… ale szybko minęło.
Jestem sama, niezauważalna. Nie mam już siły na próby zwrócenia na siebie uwagi. Przestałam dbać o siebie, widzę to i nie podoba mi się, ale nie mam na to siły.
Nie mam siły na nic.
Tak, wiem, zalatuje depresją. Mam ją… ale nie radzę sobie z nią. Wymyka mi się spod kontroli. Chcę poczuć się kochana bez względu na wszystko. A zawsze jestem w zamian za coś.
Jakiś czas temu przyjęto u mnie w pracy nowego kasjera (do znanego sklepu z robaczkiem w logo). Koleś po studiach, wyraźnie zmęczony życiem, ziejący niechęcią do wszystkiego, co się rusza.
Do naszego sklepu często wpada dziewczyna z na oko trzyletnim dzieckiem w wózku i drugim maluchem uczepionym ręki, a z jakiegoś powodu koleś bardzo się na nią uwziął. Co i rusz rzucał jakieś komentarze.
– Ooo, pani znowu o dziewiątej, nie pracuje pani?
– Ooo, ile dzisiaj zakupów, no tak, no tak, rządzący trochę ułatwili życie.
– Ooo, gdybym ja miał czas, żeby latać tak po sklepach, ale ja tutaj cały czas siedzę...
I tak dalej. Kierownictwo, również na moją prośbę, zwracało mu uwagę, ale on sobie z nic tego nie robił, każdy komentarz okraszając uprzejmym uśmiechem (swoją drogą, była to jedyna klientka, do której się uśmiechał). Dziewczyna nie reagowała w ogóle, co najwyżej odwzajemniała uśmiechy. Po jakimś czasie zaczęła przychodzić tylko z tym dzieciakiem w wózku.
Pewnego dnia mały się rozpłakał, bo zobaczył jakąś zabawkę, matka odjechała z wózkiem, coś mu tam nagadała i się uspokoił. Kolega nie omieszkał się skomentować na głos: „No, mnie by ojciec przez kolano przełożył, że przez trzy dni nie mógłbym chodzić, no, ale bezstresowe wychowanie...”. Innego dnia znowu powiedział: „Jakby mnie mama woziła w wózku tak długo, to bym chyba na nogach nie ustał, he, he”.
Aż pewnego dnia cała sytuacja miała finał.
Wyjątkowo dziewczyna wpadła do nas po południu, jak zwykle z wózkiem. Stała już przy kasie, a ja kasowałam jej zakupy, kiedy zobaczyłam mojego „kolegę”, jak wyraźnie rozeźlony idzie w naszym kierunku.
– Ze trzy butelki z sokiem na napojach leżą rozwalone – rzucił. – I oczywiście ludzie pracujący teraz muszą posprzątać po czyimś dziecku. No, ale butelki trzeba policzyć.
Matka zaczęła się bronić, że jej syn tego na pewno nie zrobił, koleś zaczął mówić, że to przecież oczywiste, bo innych dzieci w sklepie nie ma teraz, ja próbowałam go uspokoić i wyszedł niezły harmider. Kierownik już był w drodze, bo zadzwoniłam, jednak wcześniej „bitwę” wygrało dziecko, kiedy koleś powiedział:
– Biegają potem po sklepie takie dzieci, jak się je cały czas w wózku trzyma, zamiast wypuścić na plac zabaw i nawet odpowiedzialności nie chce pani ponieść.
Na te słowa mały zrzucił z wózka koc, którym były przykryte jego nogi i wrzasnął:
– Ja nie biegam, ja nie mam nóżek!
I faktycznie. Nie miał.
No i tak się zakończyła ta historia. Kolegi nie pozdrawiam, tego samego dnia złożył wypowiedzenie, bo „robią z niego durnia, a on tylko dba o porządek”.
Moja młodsza siostra chodzi do tego samego liceum, co ja kiedyś. Opowiedziała mi o jednej z legend, która ponoć od jakiegoś czasu krąży po szkole. Zapytała mnie, czy też słyszałem o tym chłopaku, który na ustnej maturze z języka polskiego, gdy zapytano go o parabolę (przypowieść), automatycznie podał wzór na deltę. W odpowiedzi zaśmiałem się i stwierdziłem, że to fejk, bo przecież niemożliwe, żeby ktoś był aż tak głupi.
To byłem ja -.-
Jako małe dzieciaki ja i moja młodsza siostra naoglądaliśmy się na Polsacie jakichś krwawych jatek w stylu „Rambo” czy inny „Predator” i następnego dnia rano postanowiliśmy zagiąć jakoś naszą 70-letnią babcię krzątającą się po kuchni.
– Babciu, a czy ty widziałaś kiedyś wywalony ludzki mózg? – zapytaliśmy rozchichotani, oczekując jakiegoś świętego oburzenia czy konsternacji ze strony seniorki, ale babcia przecierając szklanki, stwierdziła tylko ze spokojem:
– Tak, u mojego kolegi leżącego na polu, zamęczonego przez Niemców.
Nie muszę wspominać, że od tamtej pory odechciało nam się zaginać babcię.
Planuję ślub, a poznałem inną kobietę.
Od 7 lat jestem z swoją narzeczoną, od 3 lat planujemy ślub, w ostatnim czasie zaczęliśmy dopinać wszelkie szczegóły, zamawiać usługodawców. Pewnego dnia na imprezie firmowej poznałem pewną dziewczynę. Okazało się, że mamy tyle samo lat, zaczęliśmy z sobą rozmawiać, po wszystkim jak nigdy nic odprowadziłem ją do domu. Wiedziała, że jestem zaręczony, mimo to dogadywaliśmy się świetnie. Jeszcze nigdy tak wspaniale nie spędziłem z kimś wieczoru, teraz nie mogę przestać o niej myśleć. Zacząłem mieć wątpliwości, czy naprawdę chcę tego ślubu, czy może nie próbować zbudować związku właśnie z nią. W dużej mierze oczarowała mnie swoim charakterem i odpowiedzialnością, czego brakuje mi u obecnej partnerki, która jest kilka lat młodsza; jest moją pierwszą dziewczyną, wcześniej nie miałem innej partnerki.
Wydaje mi się, że może pospieszyłem się z tym ślubem. Nie wiem co mam teraz zrobić, nie chcę jej ranić, a nie mogę przestać myśleć o innej.
Przez wiele lat (oczywiście byłam znacznie młodsza) byłam przekonana, że w piosence „Z kopyta kulig rwie” śpiewają: „Hej, jadą w saniach panny, przy nich jadą siki”. Tłumaczyłam sobie, że tak szybko jechał ten kulig, że aż się panny posikały.
Ot, tak mi się przypomniało, bo dziś usłyszałam tę piosenkę w radio :)
Istnieją takie słowa, które usłyszałam i ciężko mi o nich zapomnieć, w szczególności jeśli wypowiada je moja mama. Nigdy nie miałam dobrego kontaktu z mamą, jest osobą uzależnioną, często zmienia jej się nastrój. W moim domu rodzinnym było jak w wojsku, same nakazy i zakazy. Zdrowie mojej mamy z dnia na dzień się pogarsza, już nie panuje nad tym, co mówi, gdy dochodzi między nami do kłótni, nagle czuję gulę w gardle i nie mogę mówić, za to mojej mamie włącza się słowotok i słyszę, że: jestem nieudacznikiem, starą panną, nikt mnie nie chce. Najbardziej boli wtedy, gdy mówi, że mnie nienawidzi. Ja oczywiście w tych kłótniach nie jestem bez winy, staram się sprowadzać rozmowę i argumentować, ale czasami nerwy też mnie ponoszą, ale nie mówię jej przykrych rzeczy. Często płaczę po rozmowie z mamą, staram sobie wmówić, że to co mówi jest nieprawdą – skończyłam studia, znam języki, mam fajnego psa, rozwijam się w pracy, jestem samodzielna itd. To pomaga tylko na chwilę... gdy i tak w głębi serca zgadzam się z tymi słowami. Nie mam na nią siły, planuję od dłuższego czasu zerwać z nią kontakt, ale za każdym razem się nie udaje, bo jest chwilę miła, a później i tak wszystko wraca do normy. I tak w kółko od 10 lat.
Moja mama kiedyś walnęła mi ponadgodzinny wykład na temat tego, że powinnam się otworzyć na ojca.
Ojca, dla którego byłam służącą w wieku zaledwie 4 lat.
Ojca, który nigdy nie chciał mojej siostry.
Ojca, który nie dzwonił od trzech lat.
Ojca, który gnębił ją i mnie.
Ojca, który nic o mnie nie wie i nawet nie poznaje.
Ojca, który był alkoholikiem.
Ojca, który nigdy mnie nie kochał.
Dlaczego?
Przyjechał na komunię siostry i zachował się „w porządku”, bo pozwolił mojemu ojczymowi siedzieć w ławce dla rodziców i sam został na zewnątrz.
Po tym wykładzie nie tylko nienawidzę go bardziej, ale i mam też żal do mamy, że nie potrafi zrozumieć, jak bardzo on mnie zawiódł.
Stojąc sobie pod prysznicem, przeglądałam się w słuchawce. W trakcie intensywnego wpatrywania w odbiciu zobaczyłam, że ktoś za mną stoi. Szybka myśl: „Kto to? Przecież drzwi są zakluczone. Odwrócić się czy nie?”. Stoję i myślę, ale w końcu w przypływie strachu odwracam się gwałtownie, tracąc równowagę.
Czoło rozwalone o płytki i obite kolano.
Kto za mną stał?
To tylko mój kremowy ręcznik, o którym zapomniałam, wisiał sobie spokojnie na drzwiach kabiny.
Kiedy poszłam do LO, poznałam wielu fantastycznych ludzi. Całkiem szybko zaprzyjaźniłam się z chłopakiem X. Szara myszka, wstydliwy, małomówny. Większość osób myślała, że jest gejem. Mi nie przeszkadzała negatywna opinia innych i spędzałam z nim mnóstwo czasu w szkole i po szkole. Zapoznałam go z moimi innymi znajomymi. Mam tak wiele cudownych wspomnień z nim. Sekrety, rozmowy, żarty. Wymarzony przyjaciel. Myślałam, że to moja bratnia dusza. Z naciskiem na "brat".
Oczywiście, że coś musiało pójść nie tak. X się we mnie zakochał. Widziałam to, ale ignorowałam. Miałam nadzieję, że to chwilowe.
Któregoś słonecznego dnia poszliśmy na imprezę do znajomego. X chciał się popisać przed kolegami i trochę za dużo wypił. Zaproponowałam mu, żeby przyszedł do mnie i wytrzeźwiał przed powrotem do domu. Często tak robiliśmy, żeby nie robić sobie wstydu przed znajomymi. Kiedy przyszliśmy do mnie, nikogo nie było, czego się nie spodziewałam. Wiedziałam, że rodziców nie będzie, ale myślałam, że brat zostanie w domu. Wyszedł na imprezę tej nocy. Szkoda.
X wypił o wiele za dużo. Zaczął się do mnie dobierać. Nie słuchał mojego "nie". Zgwałcił mnie. Mój zaufany przyjaciel... Byłam dziewicą. Sprawy nie zgłosiłam, nasze drogi się rozeszły, ale to już inna historia.
Teraz:
Jakie znaczenie miał mój strój? Sukienka (nie obcisła, nie krótka, bez dekoltu), którą wtedy miałam na sobie, on widział już setki razy. To była moja ulubiona sukienka.
Czy to moja wina, bo przyjęłam go do pustego domu? Swojego przyjaciela?
Czy to moja wina, że nie trzymałam gazu pieprzowego przy nim?
Czy to moja wina, bo mu ufałam?
Ktoś mądry napisał w komentarzu pod którymś wyznaniem, że zamiast karcić kobiety za ubiór i prowokacje, najpierw nauczmy ludzi, że nie mają prawa dotknąć swojej żony, męża, przyjaciółki, przyjaciela, sąsiada czy sąsiadki - kiedy oni mówią "nie".
Dziękuję.
Dodaj anonimowe wyznanie