Gdy miałam 18 lat nie podobało mi się, że większość moich znajomych ma chłopaka/dziewczynę, a ja nie. Byłam tak zdesperowana, że założyłam fałszywe konto na Facebooku, pozapraszałam trochę znajomych, polubiłam jakieś najpopularniejsze strony ze sportem i samochodami. W miejscu zamieszkania wpisałam miejscowość znajdującą się około 100 km ode mnie, żeby nie wzbudzać pytań dlaczego tak rzadko się widujemy. Zaczęło się niewinnie, komentowałam swoje zdjęcia, a w telefonie zostawiałam zawsze na wierzchu dymek czatu z tego konta. Później zaczęłam prowadzić monologi na messengerze, żeby każdy myślał, że ciągle piszemy, następnie dodawać z „jego” konta posty, no bo przecież nie może być jakimś nudziarzem. Dochodziło do sytuacji, kiedy to odwoływałam spotkania ze znajomymi, bo jechałam do miejscowości mojego „chłopaka”, a tak naprawdę siedziałam cały czas w domu. Trwało to kilka miesięcy, stworzyłam na jego temat tyle historii, że sama się zakochałam w nieistniejącym, ale idealnym chłopaku. Wtedy stwierdziłam, że zaszło to nieco za daleko.
A jaki był płacz po rozstaniu...
Do dziś nikt nie zna prawdy, a ja wciąż czasem za nim tęsknię.
Gdy się urodziłam, moja mama wpadła w poważną depresję poporodową. Po latach mi wyznała, że myślała wtedy o zabiciu siebie i mnie. Że raz rzuciła mną z całej siły o łóżko. Miała rzucić o podłogę, ale w ostatniej chwili zmieniła tor lotu.
To było ponad 30 lat temu, na małej wsi. Nikt wtedy nie mówił o depresji poporodowej i psychoterapii. Nikt nie wiedział, co to takiego.
Na szczęście mój tata jest bardzo mądrym człowiekiem. Zauważył, że coś jest nie tak z mamą, porozmawiał z nią, w końcu postanowił ją wysłać za granicę do jej siostry, żeby mama odpoczęła. Miałam wtedy 6 miesięcy. Mama wyjechała i nie było jej ponad pół roku. W tym czasie opiekował się mną tata, pomagali mu dziadkowie i ciotki z wujkami. Praktycznie cała rodzina się przejęła i zaangażowała. Robili zmiany przy opiece nade mną, gdy tata szedł do pracy albo potrzebował się przespać. Mama wróciła, gdy miałam trochę ponad rok i już chodziłam. Przegapiła moje pierwsze kroki, pierwsze wypowiadane słowa. Ale nigdy nie miałam do niej o to żalu. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że zadbała wtedy o siebie i swoje zdrowie. Cieszę się, że mam na tyle dużą i zgraną rodzinę, że moja mama miała taką możliwość. Decyzja, którą wtedy podjęli, świadczy o ogromnej miłości do mnie i do siebie wzajemnie.
Dziś mam świetny kontakt z mamą, zawsze zresztą miałam. Kocham moich rodziców, są najwspanialszymi ludźmi na świecie. Ich relacja to dla mnie przykład tego, jak powinien wyglądać związek i prawdziwa miłość. Są małżeństwem ponad 30 lat, a wciąż chodzą wszędzie za rękę, siedzą przed telewizorem wtuleni w siebie, wyznają sobie miłość każdego dnia, dbają o siebie wzajemnie i we wszystkim się wspierają. Mnie i moje rodzeństwo też. Dali nam mnóstwo miłości i ciepła, za co będę im wdzięczna do końca życia.
Cieszę się też, że w dzisiejszych czasach kobiety mają możliwość skorzystania z pomocy psychologów, psychoterapeutów. Cieszę się, że świadomość na temat zdrowia psychicznego wciąż rośnie, a same choroby coraz rzadziej są piętnowane. Gdy moja mama po latach zrozumiała, że to, przez co wtedy przechodziła, było depresją poporodową, w końcu była w stanie sama sobie wybaczyć.
Piszę to wyznanie, patrząc na moich rodziców lepiących pierogi na Wigilię. Śmieją się, żartują i popijają grzane wino z omączonych i oblepionych farszem kubków. W tle lecą świąteczne piosenki. Schowam sobie ten obraz w specjalnej szufladce na najpiękniejsze wspomnienia z mojego życia.
Wczoraj odbyła się impreza. Firma, w której pracuję, urządziła ją dla swoich pracowników. Nic niezwykłego, trochę potańczyliśmy i wypiliśmy. Mój odział nie liczy wielu osób, więc wszystkich dobrze znałem. Czułem się świetnie, w końcu mogłem wyluzować. Ostatnio nie układało mi się najlepiej, ciągły stres, szef cały czas czegoś ode mnie chciał. W tym momencie wszystko to zostało za mną. Wolność.
Przy filarze stała dziewczyna, koleżanka z pracy. Niedawno się tu przeniosła, więc nikogo jeszcze dobrze nie znała. Podszedłem i zagadałem, wszystko powoli się kleiło.
Do czasu, gdy jeden z moich mniej lubianych „kolegów” poczuł chęć na odrobinę agresji. Zaczął się do niej przystawiać, w końcu nie wytrzymałem i go odepchnąłem, zaczęła się walka. Nie trwała długo, po chwili przyszedł jeden z kierowników i nie wiedzieć dlaczego mnie uszczypnął. Rozmazał mi się obraz i wszystko zawirowało.
Obudziłem się w łóżku, otaczały mnie białe, chłodne ściany, pokój zamknięty od zewnątrz. Odzyskałem świadomość – tak, to mój pokój. Cała ta firma to wymysł mojej wyobraźni, moi „współpracownicy” to inni pacjenci psychiatryka. Co jakiś czas tracę świadomość i staję się kimś innym, czasami pamiętam co robiłem, a czasami nie, czasami jestem kimś innym przez miesiąc, czasami przez dzień.
W tym momencie siedzę w bibliotece na jedynym dostępnym przez godzinę komputerze, czas na kontakt ze światem. Nie wiem nawet, czy to co teraz piszę jest prawdą, czy kolejnym wytworem mojego chorego umysłu.
O wdzięczności ludzkiej.
W naszym bloku mieszka bardzo miła sąsiadka, pani Danusia. Kobieta uwielbia zbierać grzyby, ale ze względów zdrowotnych nie może ich jeść, więc rozdaje po znajomych i sąsiadach swoje zbiory.
Ze dwa lata temu pani Danusia zaczęła podupadać na zdrowiu – coś z sercem, z kolanami też nie najlepiej. W tym rok nie miała siły na wycieczki do lasu, nawet blisko domu jakoś rzadziej ją widać. Przed Bożym Narodzeniem spotkałam ją w sklepie. Pogadałyśmy sobie chwilę i wtedy pani Danusia z żalem w głosie powiedziała mi, że sąsiedzi mają do niej pretensje, że PRZEZ NIĄ nie mają grzybów do potraw wigilijnych...
Szczękę zbieram do tej pory.
Mimo wielu niefajnych sytuacji, których doświadczyłam, potoczyło mi się dobrze w dorosłym życiu. Mąż, dzieci, samochód, dom za miastem i wakacje za granicą. Może nic specjalnego, ale staram się doceniać i cieszyć tym, co mam. Problem polega na tym, że mam spore grono znajomych, którym się nie ułożyło tak, jak sobie wymarzyli. A ja nie wiem jak reagować na teksty koleżanek, które narzekają, że wszyscy faceci są beznadziejni. A to że nikogo nie znajdą, na dzieci robi się za późno itp. Czuję empatię i smutek, ale zupełnie nie wiem, jak pocieszyć osoby, które marzą o partnerach/ domu/ rodzinie, a jakoś nie znajdują. Co mówić???
Za każdym razem czuję się jak debil, kiedy jestem w gronie singielek/ starających się o dziecko/ skrzywdzonych przez byłych itd.
Mój najlepszy kumpel, a zarazem świadek na moim ślubie, zorganizował mi niezapomniany wieczór kawalerski... Była to sobota, tydzień przed ślubem z moją wybranką. Paweł, mój drużba, jako prezent ślubny wynajął apartament w hotelu, zaprosił trzy piękne panie... Lał się najlepszy alkohol w mieście, wszystkiego co dusza zapragnęła pod dostatkiem. Wszyscy dobrze się bawili, każdy już nieźle porobiony, panie tańczą, rozbierają się, jak to na wieczorze kawalerskim. Jedna z pań usiadła Pawłowi na kolanach, zaczęła się z nim zabawiać... Ten porobiony do bólu ledwo wybełkotał, żeby przestała. Wyszedł do łazienki. Myślę – OK, rozumiem go. Jest wierny żonie. Mija pół godziny, a ten dalej siedzi w łazience. Słychać jakieś rozmowy. Myślałem, że rozmawia z żoną przez telefon. W końcu nie wytrzymałem, zaniepokojony co się tam dzieje, wchodzę do łazienki, a ten siedzi w wannie w garniturze i... rozmawia z kranem. Woda lekko kapie, trzyma kran, przeprasza i prosi, żeby nie płakał...
Od tamtego momentu minęło prawie 6 lat. Ostatnio przypomniałem mu to przy jego żonie. Jej mina, jak się dowiedziała, jakiego ma wiernego mężusia – bezcenna :)
Wydarzenie sprzed kilku miesięcy, gdy byłam jeszcze w klasie maturalnej. Pewnego dnia uczennica z mojej szkoły została napadnięta przez grupkę chłopaków, gdy wieczorem wracała z imprezy. Nie została zgwałcona, ale dotkliwie pobita i okradziona. Z racji tego dyrekcja postanowiła zorganizować w szkole kurs samoobrony dla wszystkich dziewczyn. Był obowiązkowy, co mnie nie ucieszyło, bo już takowy ukończyłam, a ponadto od lat trenuję judo, a ostatnimi czasy również k1. Nie przyznawałam się nikomu do tego, ponieważ uważałam wtedy, że jest to mało kobiece zajęcie, a w szkole uchodziłam za jedną z najpopularniejszych dziewczyn.
Postanowiłam więc brać w tym kursie jedynie bierny udział, przyglądać się, być, żeby mieć obecność.
Ubrałam się na sportowo (jak tego wymagano), czyli w zwykłe legginsy i koszulkę na ramiączkach. Dodam nieskromnie, że jestem atrakcyjna - wysoka, szczupła, z bardzo obfitym biustem, który nie umknął uwadze młodego instruktora. Facet nie odrywał ode mnie wzroku podczas części teoretycznej, puszczał do mnie oczka, uśmiechał się, podchodził bliżej, rozbierał wzrokiem, co nie podobało mi się... Po wykładzie powiedział:
- Dość teorii, przejdźmy do praktyki. - spojrzał na mnie z pożądaniem, po czym wyciągnął rękę w moją stronę i poprosił na ochotnika. Niechętnie, ale zgodziłam się.
- Mamy tu piękną dziewczynę. Bardzo dobrze... - jego wzrok zatrzymał się na moim biuście - ....wyposażoną. Ta oto piękna dziewczyna wraca sama w nocy do domu, nagle podchodzi do niej mężczyzna - w tym momencie stanął za mną - i chwyta ją za biust. Co robicie?
Facet po prostu złapał mnie za piersi. W wyjątkowo niedelikatny sposób. Tego było za wiele. Najpierw uderzyłam go łokciem w brzuch, gdy się wyprostował, dostał pięścią w twarz, potem jakoś udało mi się dosięgnąć stopą jego krocza (nie miałam litości), a na końcu przerzuciłam cwaniaczka przez ramię tak, że z hukiem opadł na materac. Po całym zajściu, gdy instruktor zwijał się z bólu na podłodze, powiedziałam:
- Co robimy? Nie chrzanimy się z cwaniaczkami! Uderzamy w czułe punkty. A co robią cwaniaczki? Uważają, bo takie cycate panienki też potrafią zrobić krzywdę.
I udałam się do wyjścia, przy aplauzie moich koleżanek. Odwróciłam się tylko na chwilę w drzwiach:
- Rozumiem, że kurs mam zaliczony?
Mam 26 lat. Mieszkam i pracuję za granicą od 4 lat. Dwa lata temu sama podjęłam decyzję o adopcji dziecka. Dziś z dumą mogę powiedzieć, że jestem samotną mamą 14-letniej dziewczynki. Jest córką mojej siostry, dlatego miałam większe szanse na adopcję (nie pytajcie dlaczego i gdzie jest jej matka, po prostu wybrała inne życie). Poznałyśmy się dopiero tutaj, za granicą, jak przyjechałam. Wcześniej widziałam ją raz w życiu, kiedy była bardzo malutka. Pokochałam ją całym sercem. Zrezygnowałam ze swoich najpiękniejszych lat dla niej, bo jest cudowną osobą i gdybym miała podjąć decyzję jeszcze raz, nie wahałabym się ani chwili. Chodzę na wywiadówki, poznaję jej przyjaciół, znam jej najmniejsze tajemnice. A najbardziej cieszy mnie to, że mi ufa pod każdym względem i wiem o każdym problemie czy też rzeczach, które ją cieszą (a na początku nie było łatwo). Jestem najszczęśliwszą mamą na świecie, a moje dziecko od roku zaczyna się uśmiechać (przeżyła dużo w swoim życiu, za dużo).
Mimo trudności, jakie musiałyśmy pokonać we dwie, dziś mogę powiedzieć, że dla słów, które wypowiedziała pewnego poranka warto żyć, dzielić swoje życie i szczęście z takimi zagubionymi i skrzywdzonymi przez los istotkami jak ona. A mianowicie: „Dzień dobry, mamo. Chciałam ci coś powiedzieć... Wiesz... tak naprawdę to ty jesteś taką moją prawdziwą mamą, bardzo cię kocham i dziękuję ci za wszystko, co dla mnie zrobiłaś, jestem z tobą bardzo szczęśliwa”.
W 100% czuję się matką. Kocham ją jak własne dziecko. Staram się jej dać to, czego nie miała, czyli miłość i zrozumienie. Nigdy tego nie miała, bo przez kilka lat mieszkała w rodzinie zastępczej, gdzie traktowano ją jak kogoś obcego (dom bez miłości i poczucia bezpieczeństwa), ale to już historia. Na szczęście teraz jest szczęśliwa.
To największy cud, jaki mnie spotkał w życiu. I każdego dnia dziękuję za to Bogu :)
Dzisiaj odkopałam swoje stare wypracowania z trzeciej klasy. Postanowiłam je poczytać. Jedno z nich polegało na opisaniu swojego sąsiada. Co tu dużo mówić... zacytuję wam kawałek:
„[...] Na jednej działce obok mnie mam sąsiadów, którzy są ogromną rodziną. Są bardzo spokojni. Wręcz sztywni. Nie awanturują się z nami nigdy [...]”.
Mieszkam obok cmentarza...
Mam prawie 26 lat. Niektórzy powiedzą, że młoda i całe życie przede mną, niektórzy, że już powinnam się ustatkować i wiedzieć, czego chcę w życiu.
Skończyłam mega prestiżowy kierunek, jakim jest stomatologia i aktualnie jestem na stażu i CHYBA kompletnie tego nie czuję. Każdy dzień na stażu okropnie mnie stresuje, bo wiem, że już od stycznia muszę przyjmować pacjentów sama. Ja najchętniej chciałabym od tego uciec, z charakteru jestem osobą dość nieśmiałą (ale mocno z tym walczę i idzie mi coraz lepiej!). Będąc na stażu, widzę ilu rzeczy nie potrafię, bo faktycznie po studiach potrafimy tyle co nic. Przeraża mnie wręcz świadomość, że zaraz będę leczyć ludziom zęby sama, a ja nie mam pojęcia, czy wszystko zrobię dobrze, czy ktoś mnie uratuje, jak coś pójdzie nie tak. Wracam do domu po pracy i albo po drodze płaczę, albo po powrocie kompletnie nie mam na nic siły i mam załamkę i szukam jakichś pomysłów na siebie.
Nie wyobrażam sobie pracować w takim stresie i trybie całe życie. Wiadomo, podobno z czasem stres maleje, ale stomatologia to niestety dość nieprzewidywalna dziedzina i wszystko może pójść nie tak, a każdy przypadek jest zupełnie inny. Przeraża mnie to, że nigdy się nie odnajdę.
Czuję się trochę jak przegryw, bo idąc na studia, myślałam, że spełnię się w „lepieniu ząbków”, na studiach było mi mega ciężko, ale znajomi i rodzina przekonywali mnie, że praca a studia to dwie róże rzeczy i tak jakoś dotrwałam do końca studiów. Od zawsze mam duszę artystki i robótki ręczne, wycinanki, malowanie, rysowanie to moje małe hobby. Robię to wszystko bardzo amatorsko i w ramach odstresowania. Nie jestem w stanie na ten moment tak się przebranżowić, żeby na tym zarabiać.
Stąd chyba pojawił się pomysł stomatologii – kreatywny zawód. Ta. Na ten moment dla mnie to nie ma nic wspólnego z kreatywnością niestety... Jestem dosłownie na rozdrożu.
Dodaj anonimowe wyznanie