W naszym osiedlowym sklepie była taka kasjerka Krysia. Starsza kobieta, wścibska i złośliwa. Pracuję w domu, więc moje wizyty w sklepie wypadają o różnych porach dnia, na dodatek najczęściej w stroju niedbałym. Ileż razy Krysia pytała mnie, dlaczego ja nie pracuję, ile zarabia mój mąż, że mnie utrzymuje, a nawet parę razy usłyszałam coś o pasożytach i flejach domowych. Pani Krysia potrafiła też zwrócić głośno uwagę, że czyjeś dziecko jest za duże na wózek albo że jest za grube, bo żre słodycze, co mu matka nienormalna codziennie kupuje. Była też postrachem wśród dzieci podstawówkowych, które przychodziły wymienić patyczek na loda czy odebrać wygraną paczkę czipsów. Zawsze był wrzask, że sklep nie bierze udziału w promocji, chociaż faktem było, że brał. I notorycznie marudziła, że dzieci płacą drobniakami i ona to liczyć musi oraz że dorośli płacą grubymi pieniędzmi, a ona nie ma jak wydawać... W końcu po licznych skargach klientów została zwolniona z pracy.
Spotkałam ją ostatnio. Skarżyła się, że przez ludzką podłość nie może sobie do emerytury dorobić. Mówiła, jak to ci źli ludzie biedną, poczciwą staruszkę skrzywdzili! I pytała, za co to wszystko. No cóż... Życzyłam pani powodzenia i poszłam w swoją stronę.
Słuchawki bezprzewodowe to jednak fajna rzecz.
Kiedy jakiś złodziejaszek wyrwał mi telefon z ręki, to goniąc go, mogłem sobie chociaż nadal słuchać muzyki :)
W klasie mamy chłopaka, któremu tłuszcz wylewa się spod bluzki. Nie mam nic do grubych, bo jestem tolerancyjna i nie miałabym nic do kolegi, gdyby nie to, że jest obleśny. Nie dość, że okrutnie tłusty, to jeszcze zupełnie o siebie nie dba.
Smród alarmuje nas o tym, że chłopak niedługo się przy nas pojawi. Włosy myje chyba raz na kilka tygodni (albo miesięcy), koszulka codziennie taka sama, a paznokcie dłuższe niż u dziewczyn w klasie. Ów grubas doczepił się do mnie od pierwszej klasy. Najpierw próbował zagadać, proponował wyjście gdzieś razem, ale skutecznie go zbywałam. Później się ode mnie odczepił i przez całą drugą klasę nie próbował się ze mną umówić, a nasze kontakty ograniczyły się do "cześć" i "pa". Wszystko zaczęło gdzieś w drugim semestrze trzeciej klasy. Kolega znów stał upierdliwy, tym razem jednak postanowił spróbować innego sposobu. Najpierw rzucał tekstami typu "ładną masz dupkę" albo "pokaż cycki", które postanowiłam olać. Skoro w pierwszej klasie dał spokój, teraz też da, prawda? Niestety, przez cały rok chyba zbierał wytrwałość, żeby teraz pokazać mi, że tak łatwo nie da za wygraną. Jego wstrętne rączki zaczęły mnie dotykać i nieraz klepnął mnie w tyłek. Kiedy złapał mnie za pośladek i zapytał, czy pójdę z nim do łóżka, dobre się skończyło. Powiedziałam mu, żeby się ode mnie odczepił, bo nie jestem nim zainteresowana. Ten wyjechał mi z tekstem "co mi zrobisz?". I co zrobiłam? Z całej siły kopnęłam go w czuły punkt.
Kolega trafił do szpitala, a mi obniżono sprawowanie. Kiedy wytłumaczyłam nauczycielce całą sytuację, ona mi nie uwierzyła, bo "chłopak taki spokojny". Mimo tego jeszcze nigdy nie byłam tak bardzo usatysfakcjonowana. Kolega oczywiście się odczepił i dotychczas żadnej nowej ofiary sobie nie znalazł. Dziewczyny z mojej klasy już wiedzą jak postąpić.
Wybiłam palec, podcierając sobie tyłek.
Trzymajcie mnie ode mnie z daleka.
Kocham moich rodziców, ale z mamą bywa trudno – jest bardzo zasadnicza, religijna i ma ciężki charakter. Zero dziewczyn, zero używek, najchętniej by mnie nie wypuszczała z domu, trzymała pod kloszem i zabraniała normalnych kontaktów z rówieśnikami. Na szczęście tata każe jej odpuścić i dać mi trochę luzu, żebym nie skończył jako samotnik bez przyjaciół.
Ostatnio tata mega mi pomógł po mojej pierwszej mocniej zakrapianej imprezie. Wracałem ostatnim autobusem i byłem „deczko” napruty, trudno mi było nawet odczytać numer autobusu. Wchodzę do domu cichaczem, ale rodzice w pokoju nie śpią, leżą w łóżku, oglądając telewizor. I słyszę tatę:
– Chodź no tu do nas...
No to wchodzę do pokoju. Tata mówi:
– Chodź tu i chuchnij.
Ja już zesrany maksymalnie, ale nic, podszedłem i mu chucham.
– Noooo, masz szczęście.
Mamie nic nie powiedział, a na drugi dzień tylko puścił mi oko :)
Piszę do was z pewnym wyznaniem. Od razu chcę zaznaczyć, że żałuję tego, co zrobiłam i jest mi bardzo przykro. Ale zacznijmy od początku.
Swoją przygodę z jazdą konną zaczęłam rok temu. Nie byłam wybitnie dobra, ale dopiero się uczyłam, więc nie zwracałam na to szczególnej uwagi. Stęp i kłus opanowałam dosyć szybko, ale miałam ogromny problem z galopem. Cały czas się wybijałam w siodle i miałam wrażenie, że zaraz spadnę. Po czasie strasznie mnie to denerwowało, bo chciałam już nauczyć się skakać, a galop był dla mnie zmorą. Jeździła ze mną koleżanka z klasy, nazwijmy ją Ania. Tak tylko wspomnę, że nie jestem lubiana w całej klasie, sama nie wiem czemu. Ania również mnie nie lubiła. Naśmiewała się ze mnie i złośliwie komentowała moje treningi. Bardzo jej zazdrościłam, bo jeździła już 6 lat, skakała wysokie przeszkody i miała własnego konia.
Pewnego dnia na jeździe spadłam z konia. Jak to się stało? Kłusowałam na nim, a nagle on się potknął. Zsunęłam się z siodła, ale wciąż trzymałam go za szyję. Byłam zszokowana i krzyknęłam. Koń przestraszył się mojego krzyku i pogalopował. Zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej, a on nakręcał się jeszcze bardziej i zaczął świrować. W końcu bryknął, a ja upadłam i walnęłam głową w ogrodzenie. Na szczęście miałam kask, więc nic złego się nie stało. Instruktorka szybko pobiegła po konia, a Ania, która to wszystko widziała, zaczęła mnie obrażać i mówić, że nie wolno mi krzyczeć przy koniach. Po treningu słyszałam, jak rozmawia z moją trenerką i skarży na mnie, że męczę konie. Byłam wściekła.
Następnego tygodnia przyszłam na jazdę godzinę wcześniej. W stajni nikogo nie było, dlatego wykorzystałam to i podeszłam do boksu Brylanta (tak się nazywa koń Ani). Na jego drzwiach zawsze jest zawieszona kartka z informacją, by pod żadnym pozorem go nie dokarmiać. Chyba ma ścisłą dietę, wrażliwy żołądek albo coś. Nie jestem pewna. Postanowiłam zrobić Ani na złość i dokarmiłam Brylanta garścią smaczków... dla psa. Myślałam, że będzie śmiesznie. Może poboli go brzuch przez krótki czas i Ania będzie zmuszona zrezygnować z dzisiejszego treningu. Nie wiedziałam, że stanie się coś poważnego. Ale ona przyszła do stajni godzinę później i zastała Brylanta leżącego w boksie... Nie mógł się ruszyć. W stajni zrobił się okropny harmider. Wszyscy panikowali. Instruktorka odwołała jazdę, a ja wróciłam do domu. Nikt nie podejrzewa, że to ja.
PS Brylant przez to przeszedł i powoli wraca do zdrowia. Na badaniach u weterynarza potwierdziło się, że ktoś musiał go dokarmić jakimś świństwem i teraz cała stajnia szuka winnego. Nie wiem co robić, bardzo się boję.
Po świętach zacząłem sobie rozmyślać.
Ciągle się słyszy, ilu pijanych kierowców zatrzymano w ciągu świat czy w sylwestra. Osobiście dużo jeżdżę, święta czy sylwester to dla mnie kilkaset, jak nie tysiąc kilometrów drogi, a jakoś od 7 lat nigdy nie trafiłem na kontrole trzeźwości. Oczywiście sam się ich nie boję, jednak nasuwa mi się jedno pytanie: skoro zatrzymano X kierowców, to ilu nie zatrzymano?
Jak miałam 12 lat, razem z kuzynką oglądałyśmy zdjęcia z naszego wspólnego dzieciństwa. W pewnym momencie zaczęłyśmy skakać po kanapie ze zdjęciami w rękach, kuzynka chciała mi jedno pokazać i skacząc, wbiła mi to zdjęcie w oko pod powiekę...
Wyobraźcie sobie minę mojej mamy, jak biegnę do niej ze zdjęciem w oku XD
Poradzi ktoś prawnika od rozwodów?
Właśnie w pokoju obok siedzi kochająca żona. Rozmawia sobie z jakimś kolejnym kolesiem przez internet. Do mnie się nie odzywa. Bo wczoraj nie zrobiłem kolacji.
Wczoraj siedziałem w pracy od 6 do 19. Później pomagałem koledze do 21. No niestety, nie miałem już siły na robienie kolacji.
Żona nie pracuje. Bo nie chce. Nie wymyślili jeszcze dostatecznie dobrej pracy dla niej.
Żona też nie sprząta w domu, gotuje od wielkiego dzwonu. Bo nie ma czasu. Od rana do wieczora jest TV, internet – kupa zajęć, kto by miał czas na jakieś przyziemne rzeczy, takie jak praca czy zajmowanie się domem.
Sam nie wiem, po co ciągle z nią jestem. Chyba jakiś dziwny lęk przed samotnością. Mimo że przynajmniej dwa razy zostałem fizycznie zdradzony. Psychicznie to nawet nie mam pojęcia. Chyba jednak czas z tym skończyć. Coraz częściej myślę o rzuceniu tego wszystkiego. Kredyt na głowie, praca, której nienawidzę. Dołek finansowy taki, że muszę sprzedać co się da. Oczywiście tutaj też jest foch. Bo jak to sprzedać?
Może jak chociaż zrobię porządek z pasożytem w domu, to jakoś się odbiję. Ale nie wiem, czy sam dam radę. Może jakiś ogarnięty prawnik pomoże...
W trakcie wspominania sobie czasów podstawówki, przypomniała mi się moja nauczycielka od matematyki i jej niezawodny sposób na zaangażowanie uczniów w lekcję.
Zasada była prosta – kto zauważy błąd na tablicy, gdy ona rozwiązuje zadanie, dostaje piątkę. Sprawdziany nie były łatwe, więc bonusowa piąteczka była bardzo kusząca. Podejrzewam, że błędy robiła specjalnie, około raz w tygodniu, ale wystarczyło. Pilnie przepisujące dzieci uważały co się dzieje i nieraz zgłaszały swoje uwagi, często nieprawidłowe, co prowadziło do lepszego zapamiętania przykładu. Dla przykładu:
– Proszę pani, a czy tam nie powinno być minus 4x, a nie plus?
– Nie, Teodorku, mnożyliśmy razy minus, a dwa minusy dają plus.
Uważam, że to było genialne!
Dodaj anonimowe wyznanie