#csrLM

Czasy podstawówki, duża wieś.
Pewnego razu w naszej szkole pojawiła się nowa wuefistka, pani z wielkiego miasta. Od razu potraktowała nas z góry, jakbyśmy gorsi byli, dało się to odczuć, więc nikt jej nie polubił. Pewnego dnia chciała się przed nami wykazać i uznała, że doskonałym pomysłem będzie zrobienie nam na lekcji biegu przełajowego. Kazała nam się dobrać w pary i biegać po lesie. Ale my, wychowani w tym lesie, znaliśmy jego każdy kąt, więc jej w środku lasu zwialiśmy... Babka została sama i się zgubiła, wróciła po trzech godzinach, cała zapłakana.
Chyba uznała, że nie dla niej wiejska szkoła, bo nigdy więcej jej potem nie widziałem.

#QLcF0

Jestem żołnierzem zawodowym. Ostatnio z kumplem z woja sobie gadaliśmy na fajce i podszedł do nas jakiś nowy gość. Kumpel zaczął mówić mi o tym, że nowego porucznika nam przysyłają, że podobno kawał z niego męskiego narządu i plecak jakich mało, a na koniec rzucił, że on to by go na mieście szybciutko naprostował. I wtedy nagle ten nowy rzucił: „A pan szeregowy to chyba dawno przeje**ne nie miał?”.
Chcielibyście zobaczyć minę mojego kumpla. Już mu współczuję xD

#Vc0Lk

Od dzieciaka miałam nadwagę. W domu mieszkałam z rodzicami, rodzeństwem i dziadkami (rodzice mamy). Zanim poszłam do szkoły, wiadomo, praktycznie w ogóle nie rozumiałam problemu. Z racji że w domu mieszkała babcia, ciągle twierdziła, że jem za mało, więc wielokrotnie na siłę musiałam jeść („zjedz, bo nie urośniesz”, „zjedz, bo mi będzie bardzo przykro” itp). Kiedy już poszłam do szkoły, zauważyłam, że jestem nieco większa niż pozostałe dzieci w klasie, szybciej się męczę, nie umiem zrobić wielu ćwiczeń na WF-ie. Nawet moja ówczesna wychowawczyni powiedziała mamie na wywiadówce, że dla mojego dobra powinna coś z tym zrobić. Mama uznała jednak, że wyglądam normalnie – tak, jak powinnam.

Dzieci w szkole ciągle mi dogryzały, że jestem gruba, a ja chciałam coś z tym zrobić, tylko nie wiedziałam jak. Przy odwiedzinach rodziny czy znajomych rodziców byłam obiektem do wyśmiewania. Wszyscy zwracali uwagę na to, że moi rodzice są szczupli, a po kim ja taka gruba? Zaciskałam zęby, bo rodzice mi mówili, że to przecież tylko takie żarty i żebym przestała z ich powodu być taka obrażalska. Miarka się przebrała w momencie, kiedy mieliśmy rodzinnego grilla pewnego dnia. Nałożyłam sobie warzyw i polałam to keczupem, a jedna z ciotek siedząca naprzeciwko mnie wypaliła tak, żeby wszyscy słyszeli: „O, bierzesz sobie warzywka? Dobrze, widzisz sama, jak wyglądasz? Jak tucznik! Ile to już waga pokazuje, stówkę, więcej...?”. Popłakałam się i wyszłam. Miałam wtedy 14 lat. Oczywiście rodzice potem do mnie do pokoju przyszli i zrobili awanturę, że nie powinnam była tego robić, bo cioci było przykro. Ta, a mi nie?

Postanowiłam się odchudzać. Kiedy waga zaczęła mi spadać, uznałam, że można szybciej, i niestety zaczęłam się głodzić. Pogorszył mi się stan włosów, skóry, samopoczucie, miałam problemy z koncentracją, zdarzyło mi się kilka razy zasłabnąć, ale po dwóch latach udało mi się. Czułam się okropnie, ale przynajmniej w moich oczach wyglądałam dobrze. Rodzice zaczęli się czepiać, że jestem za chuda. Kiedy wypomniałam im sytuacje, gdzie inni śmiali się z mojego wyglądu, rodzice powiedzieli, że nic takiego nie było i pewnie wymyśliłam sobie. Nie reagowali natomiast, kiedy mój młodszy brat spasł się do wagi 90 kg w wieku 12 lat, a siostra do około 70 kg w wieku 11 lat.

Minęło parę lat, ja dzięki studiowaniu dietetyki odbudowałam swoją relację z jedzeniem. Próbuję pomóc rodzeństwu, proponuję ćwiczenia i jakieś zdrowe posiłki, jednak na nic. Im nawet nie chce się ruszyć sprzed telefonu/komputera. Rodzice mówią, żebym brata i siostrę zostawiła w spokoju i niech sobie wyglądają, jak chcą. Sama już nie wiem, co mam zrobić...

#GRCPa

Gimnazjum było dla mnie traumą. Najgorzej wspominam jedną dziewczynę.
Wymyśliła „kawał” – porozwieszała w szkole karteczki z moim numerem telefonu do zerwania. Treść karteczki to: Uprawiam seks za 2 zł.
Na jednej z przerw chłopcy rzucali mi siedzącej pod ścianą monety.

Chcę powiedzieć tej dziewczynie, że zniszczyła moje poczucie własnej wartości na zawsze.

Nastolatki są okrutne.

#seYoj

Zazdroszczę innym posiadanie umiejętności gotowania czegoś z niczego, ja niestety nie potrafię, nie mam takiego zmysłu. Całe życie u mnie w domu rodzinnym gotowała babcia i raz na tydzień moja mama. Jakoś nigdy nie było u nas takiego wspólnego gotowania, tylko ewentualnie coś pokroić w kostkę na sałatkę. Dzisiaj wiem, że gotowanie nie sprawia mi przyjemności, tylko jest to dla mnie przykry obowiązek.
Mąż za każdym razem krytykuje moje dania, że są niedobre, ale ja gotuję w szczególności dla naszego dziecka. Przecież nie zrobię na obiad jakiegoś mega ostrego jedzenia, bo mężowi się przywidziało. Od kiedy pracuję, staram się wywrzeć na nim presję, żeby to on zastanawiał się nad posiłkami i gotował, jeżeli mu nie smakuje.
Tak czy siak, spotkałam już w swoim życiu kilka osób, które mając przysłowiowe tylko światło w lodówce, wyczarowały coś dobrego do jedzenia, ja natomiast widzę tylko światło w lodówce.
Od nowego tygodnia postaram się wprowadzić jadłospisy, tak żeby każdemu pasowało, i oczywiście żeby czyścić lodówkę z jedzenia do samego zera.

#ryTNZ

Od jakiegoś czasu pracuję w jednym z większych sklepów odzieżowych. Nie jest to długi okres, jednak pokazał mi, że niektóre panie myślą o sobie jak o boginiach – oczywiście nie mówię tu o wszystkich. Dlaczego? Oto kilka przykładów:

1. Stojąc na przymierzalni, wydaję numerki, doradzam, a także przyjmuję ubrania, na które klientki się nie zdecydowały. Podchodzi do mnie kobiecina z sukienką i pyta, czy są dłuższe. Odpowiadam, że owszem, są, ale długie, do kostek. Pani tłumaczy, że chodzi jej o sukienkę o jakieś 10-15 cm dłuższą od tej. Po udzieleniu jej odpowiedzi, że takiej niestety nie mamy, musiałam wysłuchać litanii podniesionym tonem, że to głupota, że jak tak może być, że to oszczędność na materiale! Że gdyby sukienki były dłuższe, sprzedawałyby się lepiej (gdzie akurat ta sukienka w przeciągu dwóch dni praktycznie zeszła ze sklepu i magazynu). Grzecznie tłumaczę, że to nie od nas zależy, taka jest moda, a my wystawiamy taki towar, jaki otrzymamy. Kobieta się oburza jeszcze bardziej i wyskakuje na mnie, że jestem niemiła (?) i że zgłosi to kierowniczce.

2. Przychodzi inna kobieta, ze śnieżnobiałą bluzeczką, pyta, czy jest rozmiar większa, spokojnie sprawdzam i informuję, że niestety nie mamy na stanie, ale w innym salonie owszem, jest. Kobieta podziękowała i poszła przymierzyć. Gdy oddaje mi bluzkę, nie jest już śnieżnobiała, a... PUDROWA. Tak. Cała tapeta odbiła się na bluzce, a ona z żalem do mnie, że jak możemy takie rzeczy dawać, że powinnyśmy je prać i dopiero wystawiać. No tak, może jeszcze wyprasować i trzymać w folii ochronnej, by się nie brudziły? Mniej tapety na twarzy, to i ubrania będą czystsze...

3. Wchodzi starsza pani ze stertą rzeczy, miała ich około 13. Informuję, że niestety, ale maksymalnie można wnieść 6, jednak pozostałe rzeczy może tu odwiesić i je wymieniać. Pani ze zniesmaczoną miną odłożyła resztę rzeczy i poszła je przymierzać. Ja musiałam odwiesić inne rzeczy, ponieważ był duży ruch na przymierzalni. Kiedy wróciłam, kobieta wyskoczyła na mnie, że gdzie są jej rzeczy, dlaczego nikt ich nie pilnuje (!). No żeż kurwa. Nie jesteśmy od PILNOWANIA rzeczy. Jeżeli maksymalnie jest SZEŚĆ, to wnosimy SZEŚĆ, a nie PIĘTNAŚCIE. Tak ciężko zrozumieć? My tylko wydajemy numerki, sprawdzamy, czy jest porządek, przyjmujemy rzeczy i odwieszamy je na salon dla pozostałych klientów.

4. Kolejna pani, kolejna sterta rzeczy. Nie było nikogo na przymierzalni, więc z nią weszła. Nagle przychodzi do mnie jej synalek i wręcza, a dokładniej rzuca mi na ręce stertę zawiniątek, bo ubraniami nazwać tego nie można. Obrócone na lewą stronę, wieszaki połamane, sznurki poplątane i pełne supłów...

Drogie panie, następnym razem myjcie twarze, to nie będzie problemu z brudnymi ubraniami. I wyciągnijcie kij z tyłka, bo nie jesteście damami świata. ;)

#UdUI0

Rodzice uważają, że coś biorę.
Dlaczego?
Niedawno po raz pierwszy wypiłam kawę. Dostałam lekkich drgawek, czułam się okropnie pobudzona, nie mogłam usiedzieć w miejscu, a serce biło mi jak oszalałe. Czułam się, jakby wszystko wokół nie było realne.

Tak więc dowiedziałam się, że kofeina źle na mnie wpływa, a jednocześnie zapewniłam tym sobie dożywotnie szlabany i kontrole, bo nikt nie chce wierzyć w moją wersję.
Dodaj anonimowe wyznanie