Pewnego razu, kiedy wracałem akurat z dość mocno zakrapianej imprezy, zauważyłem, że nie mam kluczy do mieszkania. Było około godziny 3 w nocy, a mój pies ma brzydki nawyk maniakalnego szczekania, kiedy ktoś dzwoni do domu. A że nie chciałem nikogo obudzić, to musiałem znaleźć inne wyjście z sytuacji.
Pomyślałem, że jedyną osobą, która może mi w tym wypadku otworzyć dyskretnie drzwi, jest moja siostra, która zawsze siedzi na kompie do późna. Niestety nie miałem jak do niej zadzwonić, ponieważ padła mi komórka. Wtem, mój pijany mózg podsunął mi "genialny plan". Mieszkanie znajdowało się na parterze, a moja siostra siedziała akurat w pokoju, w którym jest balkon! Przecież mogę się wdrapać tam i zapukać, a ona po prostu mnie wpuści!
Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Patrzę, światło się świeci, więc siostra nie śpi. Wdrapałem się na nieszczęsny balkon i zapukałem dyskretnie. Czekam dłuższą chwilę, aż tu nagle odsuwa się roleta, a za nią w samych majtkach i z pozycją obronną stoi mój ojciec, a za nim w przedpokoju cała moja przerażona rodzina.
Otóż moja siostra tak się przestraszyła mojego pukania (nie dziwię się w sumie, no ale wtedy nie byłem w najlepszym stanie i nie analizowałem dokładnie tego co robię) i pobiegła obudzić wszystkich.
Nigdy nie zapomnę ich min, kiedy Tato odsłonił roletę spodziewając się Bóg wie kogo, a tam tylko jego synek. Nawalony jak świnia i wesoło machający na przywitanie.
Nie lubię kota mojej dziewczyny. Nie, wróć - NIENAWIDZĘ tego futrzanego skurwysyna, zresztą z wzajemnością. Już za pierwszym razem kiedy byłem u niej nie przypadliśmy sobie do gustu, ale odkąd zamieszkaliśmy w trójkę ten mały skurwysyn CIĄGLE uprzykrza mi życie. O zostawianiu sierści na ubraniach (jest biały), wyjadaniu mojego mięsa, zostawianiu upolowanych myszy w moich butach czy rozsypywaniu żwirku po moich ubraniach już nie wspomnę.
Wytrzymałem nawet, gdy ten głupek porwał surowe mięso z którego miałem zrobić dziewczynie kotlety i "zapanierował" je w żwirku (nawet gdyby zjadł- pół biedy, ale KONIECZNIE musiał zrobić mi na złość i je zmarnować). Sprawdzałem nawet w internecie, o co chodzi, ale przeczytałem tylko, że "kot odkrył, że nie jest już oczkiem w głowie swojej pani i jest o mnie zazdrosny". Mimo wszystko Anka ( imię zmienione jak zawsze ;) ) kocha tego debila i nawet, jeśli tylko odepchnę go nogą od mojego mięsa mówi, że "nie mogę się pogodzić z tym, że nie jest tylko i wyłącznie moja". Nawet jeśli mam ochotę zamordować tego głupa gołymi rękami, muszę się opanować, bo inaczej Anka zamorduje mnie. Na dłuższą metę można się jednak przyzwyczaić- kot mnie wkurza, ja wkurzam się na niego, donoszę do Anki, ona kręci głową i mówi "Och, kochanie, to tylko kot, przecież cię nie zabije...", a ja w końcu odpuszczam. Jednak miarka się przebrała, gdy pewnego ranka zobaczyłem, że moja ulubiona skórzana kurtka została jakże pięknie ozdobiona wzorem kocich pazurków, a moje buty pachniały jakże wyrafinowaną i zróżnicowaną kompozycją zapachową (czyt. kocim moczem). Uznałem, że przyszła pora na zemstę.
Postanowiłem skorzystać z jednego ze sposobów znalezionych na Anonimowych i już tego samego dnia kupiłem sobie ulubiony obiad kota (wielkie udo, frytki +mizeria). Korzystając z nieobecności Anki, zamknąłem się z głupkiem w pokoju i zacząłem jeść obiad. Kot najpierw patrzył na mnie wzrokiem "Daj gryza!", potem "Jestem biednym kotełem z trzeciego świata, nakarm mnie", a na końcu "Ty sku*rwysynie, dawaj mięcho albo twoje serce nie zazna spokoju". Zaśmiałem się tylko i dokończyłem obiad, ba! nawet wylizałem talerz! Po tym wszystkim otworzyłem drzwi, a kot czmychnął do innego pokoju. WYGRAŁEM! Do tego przez cały dzień kot miał megafocha i nic mi nie zrobił. Świat jest piękny!
Następnego dnia jak zwykle wstałem do pracy, ubrałem się etc. No dobra, czas wychodzić. Wkładam buty i... O NIE. NIEEEEEEE.
KOT NASRAŁ MI DO BUTÓW.
Co prawda musiałem myć nogi, zmieniać skarpety i buty, a przez to wszystko spóźniłem się do pracy, ale za to kot ma karę i przez następny miesiąc będzie jadł tanią karmę z Biedronki zamiast Gourmeta, więc w sumie i tak wygrałem ;)
Chciałbym się podzielić z wami pewną sytuacją, która przytrafiła mi się wczoraj.
Pracuję w naszej pięknej stolicy, przy czasowej przebudowie pewnego dużego obiektu. Razem z kolegą zjeżdżałem windą z piętra, na którym znajdują się biura. Jak to bywa na budowie, jest dużo ciężkiej, brudnej roboty, a niestety nie mam tego luksusu, aby co kwadrans wejść pod prysznic. Na następnym piętrze winda się zatrzymuje, drzwi się otwierają. Moim oczom ukazuje się bardzo elegancka kobieta oraz mężczyzna. Z doświadczenia wiem, że ludzie, w większości, widząc "robola" rezygnują ze wspólnej podróży i czekają na kolejną windę. Państwo postanowili jednak wsiąść. Od razu uciekli na koniec kabiny i zaczęli zasłaniać usta. Kiedy już ich podróż dobiegła końca, wychodząc, niezwykle kulturalny pan rzucił, w dalszymi ciągu zasłaniając usta, "Kur**, ale brudasy".
Przechodząc do puenty: pamiętajcie, że te brudasy budują biura, w których pracujecie, kładą chodniki, żeby wasze drogie buty się przypadkiem nie ubrudziły, ciężko pracując, nierzadko poświęcając swoje zdrowie, za nieduże pieniądze, a na dodatek na czarno. Żeby wam się żyło dobrze, ktoś się poświęca i odwala brudną robotę, w której większość z was nie wytrzymałaby nawet tygodnia. A jedyne czego oczekują w zamian, to odrobina szacunku. Tak po ludzku, bo każdy człowiek zasługuje na szacunek. Pamiętajcie, los bywa przekorny - dziś jesteś kimś, a jutro możesz być nikim.
Swego czasu pracowałem w KFC.
Ostatnio będąc u rodzinki w innym województwie poszliśmy to tej właśnie sieciówki na duży obiad.
Jako że często bardziej opłaca się wybrać coś z wykorzystaniem powiększeń i dodatków, a nie to co standardowo w zestawach, złożyłem bardzo pokręcone zamówienie.
Kasjer był nowy, nie do końca wszystko ogarniał, więc mu mówię:
Ta zakładka, to okienko, potem kliknij w 3 od dołu, 4 od lewej itd...
Widać było, że gość jeszcze nie ogarnia takich trików, ale robi co mówię i widzę, jak z każdą sekunda robi się coraz bardziej blady.
W końcu pytam, czy wszystko OK.
Spojrzał wtedy na mnie i pełny powagi z przerażoną mina oznajmia:
- Tak, tak, wiem. Kontrola. Oblałem. To ja się pójdę przebrać, bo zwolniony jestem.
Ani ja, ani jego kierowniczka nie potrafiliśmy przestać się śmiać.
Przepraszam kolego za ten stres :D
Bardzo podoba mi się mój ginekolog. Marzę żeby choć raz spojrzał mi głęboko w oczy.
Mama nie chce się zgodzić na psa, ani żadne inne zwierzęta. Dlatego od kilku tygodni dokarmiałam pająka, który mieszkał u mnie w pokoju. Dziś odkurzała mój pokój, kiedy dobiegł mnie jej krzyk: Ale tłusty był ten pająk! Mam pytanie. Ile trzeba mieć lat, żeby się oddać do adopcji?
Dzisiaj rano pokłóciłam się z moją mamą. Na koniec ona tylko powiedziała:
- Marsz do pokoju, masz szlaban!
Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że mam 25 lat, męża, jestem w ciąży, mieszkam w innym mieście i przyjechałam do niej tylko na weekend.
Zawsze marzyłem o jakimś nietypowym zwierzątku: modliszcze, patyczaku.
Nie sądziłem jednak, że dostanę raka.
Studiuję i mieszkam na ostatnim piętrze w 5-piętrowej kamienicy. Mieszkam na tym piętrze sama (drugie mieszkanie stoi puste). Piętro niżej, również jedyni na tym piętrze, mieszka starsze małżeństwo. No dobra, nie wiem czy "starsze" to dobre określenie- powiedziałabym że mają po pięćdziesiątce.
Z jakiegoś powodu nie przepadali za mną. Nigdy się nie uśmiechnęli na moje przyjazne "dziendobryPaństwu", opowiadali czasem jakieś niegroźne bzdury administratorowi. Myślałam, że to może mieć jakiś związek z moim statusem studenta, ale jedyną imprezę przez 2 lata zorganizowałam w sylwestra, więc to raczej nie to.
Któregoś dnia ostatnio schodzę (windy brak, możliwości zamontowania też, więc dygam sobie codziennie 5 pięter) i widzę worek śmieci stojący obok drzwi wyżej wymienionych państwa. "Pewnie do wyrzucenia później" pomyślałam, bo często tak robili. A że szłam już ze swoimi to stwierdziłam, że wezmę i wyrzucę - co mi tam, natura obdarowała mnie chęcią pomocy innym.
Za 2 dni sytuacja się powtarza, znowu idę z moimi śmieciami - zgarniam po drodze ich. 3 dni temu podobnie. Wchodząc do klatki popołudniu słyszę sąsiadów idących do góry. I przy okazji rozmowę. Która całkiem mnie ucieszyła.
- Byłeś dzisiaj w domu w dzień? Nie słyszałam Cię nic, chyba aparat słuchowy muszę sobie kupić. - stwierdza sąsiadka
- A po co niby miałem wracać, wiesz ze urwanie głowy mam w pracy.
- To jak żeś te śmieci co wystawiłam wyrzucił?
- Ja nic nie wyrzucałem, weź lepiej leki na pamięć kobito.
Doszli na swoje piętro. Mijam ich, łapię kontakt wzrokowy z sąsiadką, uśmiech, "dziendobryPaństwu" i heja, wspinam się dalej na moje piętro. W głowie przywołuję widok jej twarzy na której maluje się zaskoczenie od nagłego olśnienia któż był tym tajemniczym "śmieciarzem".
Wczoraj schodzę ze śmieciami, obok worka sąsiadów papierowa torba, zaglądam czy aby na pewno to też śmieci, a w środku szklane pudełko z babką drożdżową i słoiczek domowej konfitury. Na wierzchu karteczka "dziękuję".
Chyba będzie miała okazję podziękować mi osobiście - idę oddać jej dzisiaj pudełko (babka była przepyszna).
Coś czuję, że moje stosunki z sąsiadami się poprawią :) Można? Można!
Czekając dziś w stacji krwiodawstwa na swoją kolej, widziałam karmiącą niemowlę kobietę, która zaraz po mnie również oddawała krew. Ten fakt wydał mi się niezwykłe pozytywny :)
Dodaj anonimowe wyznanie