Historia sprzed jakichś 8 miesięcy.
Otóż gdy siedziałem na lekcji religii, z niewiadomych mi wtedy przyczyn zauważyłem, iż moje dłonie stały się sine, a w okolicach żył jeszcze bardziej. Po zgłoszeniu tego faktu do szkolnej higienistki zostałem wysłany do lekarza. Z jednej strony fajnie, bo nie musiałem siedzieć na lekcjach, ale z drugiej trochę strach, no bo nie wiadomo co jest przyczyną. W czasie wizyty u lekarza i po zrobieniu wszystkich możliwych tam badań oraz pytaniach, czy nie biorę żadnych substancji niedozwolonych zostałem skierowany do szpitala (coraz bardziej przestraszony). Gdy już byłem na miejscu, a moje ręce były już odcieniu niebieskawego, włącznie z paznokciami, podejrzewano odmrożenia lub niedotlenienie nadgarstków. Byłem już przestraszony, bo pierwsze co pomyślałem, to że mi je amputują. Po kolejnych badaniach trzech lekarzy stało i nie wiedziało właściwie co mi jest, bo wszystkie wyniki były w normie, aż do momentu przyjścia pielęgniarki. Pielęgniarka przechodząc, powiedziała tylko:
– Ładne spodnie, nie farbują ci?
Odpowiedziałem:
– Nie, mam je już od roku, niemożliwe... No chyba że bluza, mam ją od wczoraj...
Nastała cisza, ja w międzyczasie podbiegłem do zlewu umyć ręce.
Do teraz nie zapomniałem tych pięknych min po tym, jak się okazało, że dłonie miałem jedynie zabarwione od bluzy :)
Matka mnie zostawiła, jak miałem 3 lata. Stwierdziła, że jednak jest za młoda na dziecko (szkoda, że przyszła jej taka refleksja, jak już byłem na świecie) i po prostu wyjechała. Nigdy nawet do mnie nie napisała ani nie zadzwoniła (nawet na urodziny). Jakby całkiem zapomniała o moim istnieniu. Wychował mnie ojciec i dziadkowie (jego rodzice). Moi drudzy dziadkowie zmarli jeszcze przed moimi narodzinami, więc nigdy ich nie poznałem. Ojciec jest jedynakiem, więc nie mam też żadnych cioć i wujków. Matka ma brata, który ma rodzinę. Mieszkają jakieś 100 km od nas, ale nigdy się ze mną nie skontaktowali, no i ich nie znam. Ojciec zawsze dużo pracował i prawie nie spędzał ze mną czasu. Miałem tylko dziadków. Kiedy zmarli, został mi tylko ojciec. Nie związał się z nikim na stałe, więc nie nam macochy czy rodzeństwa. Tak naprawdę to jestem sam. Z ojcem relacje mam w sumie żadne. Zawsze powtarzał, że tak dużo pracuje, żeby mi niczego nie brakowało. Ja myślę jednak, że to tylko wymówka i uciekał w pracę przed odpowiedzialnością i problemami.
Teraz mam 22 lata i studiuję w innym mieście. Ojciec co jakiś czas pyta, czy nie potrzebuję kasy, i tyle.
Ostatnio skontaktowała się ze mną za to moja matka. Nie mam pojęcia, jak mnie znalazła. Powiedziała, że wróciła do Polski (chyba cały ten czas mieszkała za granicą, w sumie nie wiem) i chce się ze mną spotkać, żeby naprawić naszą relację. Jaką niby relację?! Nie wiem, czy ojciec o tym wie, ale chyba nie, bo nic nie wspominał. Ja też mu o tym nie mówiłem. Co więcej, matka mi powiedziała, że mam siostrę, która ma teraz 15 lat i też by chciała mnie poznać.
Na początku w ogóle nie brałem pod uwagę spotkania. To dla mnie obca kobieta i w ogóle jej nie pamiętam. No ale mam siostrę... W sumie to nawet chyba chciałbym ją poznać. Sam nie wiem. Właściwie nie mam rodziny, oprócz ojca, z którym gadam raz na miesiąc i to w sumie o niczym. A teraz matka i siostra? No chciałbym mieć z nimi jakieś relacje. Chyba. Tylko to wszystko nie takie proste. Nie wiem, jak one zareagują na mój widok. Nie wiem, jak ja zareaguję. Nie wiem, czy w ogóle da się z tego coś zbudować. Nie wiem, czy warto próbować. Boję się rozczarowania.
Mój pradziadek był wysoko postawionym milicjantem i działał czynnie w UB.
Moja prababcia uważa, że był to anioł nie człowiek, wszystko załatwił i z każdym się dogadał. Mówi też, że brakuje takich osób w policji, bo z nikim się nie cackał, tylko „lał i patrzył, czy równo puchnie” i że „on by zrobił ze wszystkim porządek”.
Myślę, że nie jest ona do końca świadoma, jak mąż to wszystko załatwiał.
Generalnie w rodzinie mowa jest o nim jako wspaniałym człowieku i milicjancie.
O jego „przygodzie” z UB dowiedziałam się, wpisując jego imię i nazwisko w wyszukiwarkę (bo skoro taki zasłużony, to może coś o nim będzie). Wyskoczyła lista osób poszukiwanych i on na niej figurował. Pokazałam to mamie, a ona kazała nikomu o tym nie mówić. Potem rozmawiała o tym z ciocią, a ta stwierdziła, że takie były czasy.
Głupio mi o tym pisać, bo czuję się trochę jakbym, nie wiem, zdradzała rodzinę? Ale prawda jest taka, że wstyd mi za pradziadka, bo wcale nie był dobrym człowiekiem.
Gdy stresuję się w pracy, żuję gumę i językiem lepię z niej pierogi. Po prostu robię kulkę, spłaszczam ją, zwijam i przygryzam, żeby zrobić pierogowy wzorek na krawędziach, i tak w kółko. Czasem zmieniam je też w uszka.
Dziękuję za uwagę, pozdrawiam.
PS Na stres pomaga.
Kiedy nauczyciel na lekcji mówi coś, co według niego jest śmieszne, a nikt się z tego nie śmieje, to zawsze zaczynam się śmiać, żeby mu nie było smutno. Taki już jestem...
Kiedyś, jak byłem małym brzdącem, to zesrałem się w wannie.
Niby nic, ale uważałem to za swoją łódź podwodną i nie chciałem jej oddać...
Krzywdzi mnie zachowanie mojej żony, ale nie wiem co jeszcze mogę zrobić. Przed ślubem moja żona niby lubiła moich rodziców, jeździliśmy do nich raz w miesiącu (mieszkają 100 km od nas) i zawsze była fajna atmosfera. Dwie strony się lubiły. Jednak odkąd jesteśmy małżeństwem, moja żona zaczęła ni z gruchy, ni z pietruchy nienawidzić moich rodziców. Kiedy zostaliśmy rodzicami, to już w ogóle konflikt się zaognił.
Urodziłem się, gdy rodzice byli bardzo młodzi, więc teraz gdy oboje są po 40., nadrabiają młodość. Bez szaleństw oczywiście, ale często jeżdżą na wycieczki, mają też mały domek nad jeziorem, gdzie spędzają większość wakacji. Moja żona ma do nich o to pretensje, bo nie angażują się w życie wnuka tak jak jej rodzice. Z tym że jej matka ma jakiegoś pierdolca na punkcie naszego dziecka, trzeba jej wysyłać po 10 zdjęć dziennie, codziennie dzwoni i trzeba trzymać telefon przed 10-miesięcznym bobasem, żeby mogła sobie porobić „aguu” do kamery. Moi rodzice zadzwonią raz w tygodniu, zapytają jak tam mały i tyle. Odwiedzają nas raz na dwa miesiące na kawę i obiad, a nie jak teściowa raz w tygodniu, najlepiej na weekend.
Nie zrozumcie mnie źle, ja nie mam nic przeciwko takim wizytom teściowej, może nawet miesiąc siedzieć, bo to złota kobieta. Nie podoba mi się jedynie to, że moja żona traktuje swoich teściów jak gorszy sort ludzi. Nie poda im kawy, odpowiada z naburmuszoną miną albo jak moja mama coś powie, to robi głupie miny za jej plecami i nie pomyśli, że ja to widzę i mój tata. Pytałem, czy moi rodzice coś jej kiedy powiedzieli nieprzyjemnego albo czy była jakaś sytuacja, która wywołała u niej te negatywne emocje. Nie potrafi przytoczyć konkretnego przykładu i z reguły argumentem jest to, że nie przyjechali na moje 29. urodziny (wyprawiałem spontanicznie, a oni byli za granicą) oraz to, że nie interesuje ich wnuk. Z tym że interesuje ich mały, no ale nie tak bardzo jak moich teściów. Nie rozpływają się nad każdym zdjęciem i nie odwiedzają go co chwila, to prawda, ale moja mama zawsze kupuję mu ubranka lub zabawki, sama zrobiła na szydełku kocyk dla niego. Według mnie to dużo.
Ja mam wrażenie, że żona nie lubi moich rodziców dla zasady, bo jej koleżanki też mają kosę z teściami i jedna drugą nakręca. Kocham swoją żonę, naprawdę jest super babką i rozwód w ogóle nie wchodzi w grę. Jednak głupio mi przed rodzicami, że ona się tak zachowuje. Widzę, że to ich rani, ale nic nie mówią, bo nie chcą awantury i pewnie boją się, że żona mnie przekabaci na swoją stronę. Próbowałem jej przetłumaczyć, że widzimy się z nimi raz w miesiącu na 3-4 godziny i mogłaby sobie darować docinki i głupkowate miny, to udaje niewiniątko, że ona wcale tak nie robi, ja wymyślam itp... Aż by się chciało zacząć robić podobne spektakle teściowej, ale szkoda mi kobiety, bo sobie nie zasłużyła.
Od dziecka nie znosiłem warzyw, szczególnie ogórków, pomidorów, cebuli oraz wszelkiego rodzaju warzyw marynowanych czy kiszonych. Od dłuższego czasu mam dziewczynę, która chciała oficjalnie przedstawić mnie swoim rodzicom na obiedzie u nich w domu. Na wejściu od razu usłyszałem, jak bardzo jej mama natrudziła się, przygotowując obiad, którego głównymi składnikami były ogórki i pomidory... Nie chcąc wypaść w złym świetle, zjadłem wszystko z uśmiechem, dodając, że było bardzo smaczne. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że naprawdę wszystko smakowało bardzo dobrze. Tak że jeśli ktoś czegoś nie lubi, niech poczeka, aż pojedzie na obiad do, mam nadzieję, przyszłej teściowej…
Wczoraj zgłosiłem kradzież samochodu.
Zgadnijcie, o co pan policjant mnie zapytał...
„A kto panu ukradł?” :D
Oto opowieść, jak romantyzm spotkał się z realizmem XXI wieku.
Na urodziny zrobiłam mężowi fotoksiażkę. Ale nie byle jaką fotoksiażkę! Była to wierszowana historia od jego dzieciństwa aż do naszego małżeństwa.
Mąż przejrzał ją, spojrzał na mnie i powiedział: „Wolałbym drona”.
Dodaj anonimowe wyznanie