Mam koleżankę (nazwijmy ją Kasia) o dość specyficznym charakterze. Wyróżnia się z tłumu swoim niecodziennym zachowaniem i ma oryginalny sposób bycia. Ma też dziwne upodobanie do wyznaczania sobie obiektów westchnień, dzięki czemu jest w lekkiej rozsypce emocjonalnej, ale to inna sprawa.
Około rok temu była w naszej szkole wymiana, w której młodzież z Niemiec była goszczona w naszej szkole. Wśród nich Kasia wychwyciła chłopaka, który od razu wpadł jej w oko. Ponieważ był z Niemiec, a ona nie znała języka, bała się do niego zagadać. Tutaj warto dodać, że nie była jedyną dziewczyną, która się w nim bujała.
W każdym razie pierwszego dnia tej wymiany gadałyśmy sobie z dziewczynami z klasy, a niedaleko nas był właśnie wyżej wspomniany chłopak. Kaśka wpadła na genialny pomysł – podeszła do niego i niemal naturalnym tonem oznajmiła mu, że on jej się podoba i że jest przystojny, coś w ten deseń. Już miała się odwracać w naszą stronę, gdy chłopak niepewnym, ale miłym tonem jej podziękował. Po polsku.
W ten sposób dowiedziałyśmy się, że chłopak jest polskiego pochodzenia i doskonale rozumiał naszą rozmowę.
A Kaśka uciekła w popłochu i do końca wymiany bała się patrzeć mu w oczy.
Pochodzę z gospodarstwa, gdzie jest dużo budynków. Była też taka drewniana szopa, schowana trochę za dużymi budynkami. Jako dzieciak podzieliłem szopę na trzy części. Były to trzy chaty – jedna kowala (znosiłem wszystko co drewniane i metalowe i kombinowałem jakieś tarcze, łuki), druga alchemika (tworzyłem eliksiry ze wszystkiego, nigdy żadnego nie wypiłem), trzecia to chata wojownika (trzymałem tam kije, czyli miecze. Gdy chodziłem po krowy, a mieliśmy ich pięć i kawałek trzeba było je gnać, ja z tyłu na rowerze z kijem w ręku bylem dowódcą armii konnej, rower też był koniem).
Nikomu nigdy o tym nie powiedziałem. Wszystko było trochę inspirowane grą Gothic. Takie było moje dzieciństwo ;)
Kilkanaście lat temu, gdy miałam może z 10 lat, popularny był program „Maraton uśmiechu”. W jednym z odcinków gościem był aktor Emilian Kamiński, który pochwalił się swoim talentem, jakim jest... przyciąganie metalu do ciała. Pan Emilian przyłożył sobie do klatki piersiowej (chyba) długopis i ten faktycznie trzymał mu się na skórze. Gdy to zobaczyłam, to stwierdziłam, że przecież to nie może być nic trudnego i postanowiłam sama spróbować. Poszłam więc do kuchni, wzięłam łyżkę stołową, przyłożyłam do klatki piersiowej i... łyżka się przyczepiła. Dopiero kilka miesięcy później dowiedziałam się, że nie wszyscy tak potrafią.
W tym momencie ciągle przyciągam metal, nie na całym ciele, ale jak najbardziej na twarzy, klatce piersiowej, plecach, dłoniach i spodach rąk. Raczej tego nikomu nie pokazuję, bo ludzie myślą, że próbuję ich oszukać i tak naprawdę wysmarowałam czymś metal albo te rzeczy kleją się do mnie, bo się spociłam (???), mimo że małe przedmioty lgną do skóry nawet z odległości – moneta zostanie przeciągnięta, gdy przystawi się ją jakiś milimetr od skóry i puści (nie spadnie na podłogę).
Nie uważam tego za jakąś supermoc, myślę, że można to jakoś logicznie wytłumaczyć np. zmianami w organizmie, ale chyba nigdy nie będzie mi dane dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje, bo większość ludzi myśli, że przyciąganie metalu przez ciało to mit i oszustwo.
Święta Bożego Narodzenia, miałam ledwo naście lat. Po Wigilii cała rodzina dyskutuje przy stole – wiadomo, zeszło na temat polityki. Jeden z wujków mówił coś o CBA, ja jako dziecko bardzo ciekawe świata zapytałam, co oznacza ten skrót (obił mi się wcześniej o uszy, ale nie pamiętałam dokładnie). Wujek przy wszystkich poprosił mnie o to, abym rozwinęła ten skrót, jak ja uważam. Rozwinęłam CBA jako Centralne Biuro... Antykoncepcyjne.
Rodzina o tym nie zapomniała i nie daje mi zapomnieć, podczas zjazdów rodzinnych do teraz wszyscy się z tego śmieją :)
Jako małe dziecko nie cierpiałam smoczka. Podczas usypiania mnie mama nie mogła liczyć na pomoc owego przedmiotu. Wypluwałam go za każdym razem, kiedy lądował w mojej buzi.
Mijały dni, tygodnie, lata, aż w końcu z małej dziewczynki stałam się małą kobietką. Nie pamiętam dokładnie, ile miałam lat. Może 10, może 11. W tamtym czasie moja rodzina stale się powiększała i co raz dowiadywałam się o nowych kuzynach. Pewnego lata odwiedziłam jedną z cioć, która miała kilkumiesięcznego synka. Wcześniej nie miałam tak bliskiego kontaktu z małymi dziećmi, więc chętnie się nim zajmowałam, kiedy ciocia musiała coś zrobić w ogrodzie czy wyjść do sklepu. Pewnego razu, gdy ciocia wyszła, poprosiła mnie, bym, uśpiła małego i wskazała mi, gdzie leży jego smoczek. Przypomniało mi się wtedy moje dzieciństwo, więc z czystej ciekawości, kiedy ciocia wyszła, wzięłam ów smoczek do buzi... Nie wiedzieć czemu spodobało mi się to i gdy tylko miałam okazję i nikogo nie było w domu, brałam smoczek do buzi, ssałam go kilka chwil, a potem jak gdyby nigdy nic myłam go specjalnym płynem do odkażania i odkładałam na miejsce lub dawałam małemu. Sytuacja powtarzała się za każdym razem, gdy zajmowałam się młodszym rodzeństwem ciotecznym, a było tego sporo...
I tak oto smoczek mnie w końcu dopadł :)
Mój współlokator jest chromolonym leniem. To takie połączenie kota Garfielda z Dude'm - bohaterem filmu "Big Lebowski". Gość całymi dniami leży na kanapie i pali skręty. Nie do końca wiadomo z czego się utrzymuje (a "zarabia" całkiem nieźle!), ale są różne mniej lub bardziej wiarygodne teorie. Mniejsza z tym. Wróćmy do jego lenistwa.
Krzyś, bo tak ma na imię mój szanowny kolega, mieszka w pokoju o powierzchni 9 metrów kwadratowych. Utrzymanie porządku dużo go kosztuje. Konkretnie 600 zł miesięcznie - tyle bierze sprzątaczka, która jaśnie panu hrabi raz w tygodniu ogarnia lokum, robi pranie i ściera kurze.
Krzyś jest typem romantycznego gadżeciarza. Parę miesięcy temu poprosiłem go, aby przez tydzień mej nieobecności wyprowadzał mojego psa Augusta na spacer. Nic wielkiego - osiedle jest zamknięte, auta tam nie jeżdżą, a pan dozorca dogadał się z właścicielami, że za drobną opłatą będzie sprzątał psie guano z trawnika. Chodziło tylko o to, aby mój współlokator przez 20 minut, trzy razy dziennie, postał na dworze i popilnował Augusta, gdy ten będzie biegał i załatwiał swoje potrzeby. Co zrobił Krzyś? Kupił pieprzonego drona z kamerką! Wypuszczał psa na dwór, a następnie wracał na kanapę, aby za pomocą gogli obserwować poczynania Augusta...
Krzyś nieczęsto wychodzi z domu. Tydzień temu udało się nam namówić go na wizytę w pubie. Nawet było całkiem fajnie. Przyniósł ze sobą sporo zielska i gumy do żucia Turbo (skąd on je wziął - tego do dziś nie wiem, ale podejrzewam, że zajmuje się sprzedażą tych łakoci;)).
W pewnym momencie stwierdził jednak, że jest głodny i chce iść do domu. Za pomocą komórki zlokalizował pizzerię oddaloną 20 metrów od lokalu, w którym siedzieliśmy. Za pomocą apki zamówił wypasiony placek z podwójnym serem, a następnie przetoczył się do wspomnianej pizzerii i powiedział kierowcy, że to on zamówił danie i że prosi o podwiezienie do domu razem z zamówieniem. I tyle go widzieliśmy.
Wygląda na to, że lenistwo idzie w parze z cholerną kreatywnością.
Podczas okresu brzuch boli mnie tak bardzo, że na łóżku nie potrafię w jednej pozycji wytrzymać kilka sekund i po prostu cały czas ryczę z bólu. Do tego gorączka i czasami biegunki (sporo dziewczyn tak ma, wbrew pozorom).
Ostatnio moja koleżanka przyszła do mnie, gdy byłam w takim stanie i stwierdziła, że jest jej mnie szkoda, więc chciała mnie zmusić do wyjścia na rolki. Czacie?! Na rolki! Gdy ja się ruszać nie mogę. Do tego musiałybyśmy najpierw przejechać spory kawałek na rowerze z tymi rolkami w plecakach, bo u nas nie ma dobrej ulicy do jazdy.
W odpowiedzi opisałam jej jak się czuję. Stwierdziła, że to niepotrzebne wymyślanie, że wszystkie kobiety przeżywają okres tak jak ona (dwa łatwe dni i po sprawie, bezboleśnie) i że po prostu kobiety wykorzystują taki stan, bo faceci nie mogą sprawdzić, jak czują się naprawdę, a chcą uwagi.
Na koniec dodała, że nie da się nabrać i sobie poszła.
No brawo. „Solidarność”.
PS: Macie jakieś sprawdzone sposoby na ból brzucha? Nie działają żadne tabletki.
Niedawno w moim mieście odbył się festiwal kolorów. Znajomi stwierdzili, że się powygłupiamy i wymazali moją twarz krwiście czerwonym barwnikiem.
Po udanej zabawie wracam sobie kulturalnie do domu i słyszę za sobą zjeżdżający z góry samochód. Z daleka słychać jego pisk opon i prawdziwe rapsy JP na 64%, bo wujek jest w policji. I faktycznie, w aucie siedzą cztery Sebki z głowami gładkim jak tafla lustra. Zwalniają nieco obok mnie, a jeden z nich wystawia swoją łysinkę przez okno i rzuca pseudozalotnym tekstem: „Hej, mała!”. Ja odruchowo się odwracam, a Sebie oczy wychodzą z orbit, szczęka opada do ziemi, a z jego ust słychać tylko: „O KUR#A”. Przerażony Seba kierowca wrzuca gaz do dechy i z piskiem opon odjeżdżają, zaś po ulicy niesie się tylko ich przestraszone: „Ja pierdoooolę”.
Chyba nie spodobała im się moja twarz :(
Kiedy byłam mała, uwielbiałam rysować. Pewnego dnia, kiedy zabrakło mi kartek, chodziłam od domu do domu i dawałam ludziom jabłka w zamian za kartkę z bloku :)
Od zawsze byłam bardzo nieśmiałą osobą, można wręcz powiedzieć, że bałam się ludzi.
Kiedyś, mając może 8 lat, pojechałam z moją mamą do jej koleżanki. Jako iż bałam się odmówić, piłam olbrzymie ilości soku, herbatki etc. Oczywiście spowodowało to ogromną potrzebę pójścia do łazienki, ale jak to, ludzi zapytać, gdzie mają łazienkę? No nie, na pewno mnie znienawidzą i zjedzą.
Mama i jej koleżanka zaproponowały, żebym poszła z synem owej koleżanki (a chrześniakiem mojej mamy) pobawić się do jego pokoju. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w pewnym momencie mój pęcherz nie wytrzymał i zwyczajnie zsikałam się w majtki. Co lepsze, postanowiłam udawać, że nic się nie stało. W końcu jednak chłopak zauważył mokrą plamę na podłodze i wszystko się wydało.
A wiecie, co jest najśmieszniejsze? Jako iż nie mam zbyt dużo znajomych, mama zaproponowała, żebym poszła na bal maturalny z jej chrześniakiem.
Dzięki mamo, nie skorzystam.
Dodaj anonimowe wyznanie