#82lYe
Poznałam go, jak miałam 22 lata. Zaczęliśmy być razem, jak miałam 24. Dzieliły nas trzy godziny jazdy pociągiem. Widywaliśmy się średnio dwa razy w miesiącu. Albo ja jechałam do niego, albo on do mnie. Zależało mi na nim bardzo i po roku wyszłam z propozycją, by wynająć razem mieszkanie.
On wtedy stwierdził, że to za wcześnie, że musimy się jeszcze lepiej poznać. OK, nie nalegałam, temat ucichł. Minął kolejny rok, znów zaczęłam proponować wspólne mieszkanie, pokazałam mu kilka niedrogich ofert. Wtedy zaczęła się seria wymówek - a to rodzice mu nie pozwalają (26-letni facet!!!), a to on się boi, że nie znajdzie pracy w tym mieście, a to się boi, że nie damy rady finansowo się utrzymać, a to nie chce zostawić kolegów i mam dać sobie spokój.
Po kolejnym roku, czyli łącznie po trzech latach, zaproponowałam, że to ja się przeprowadzę do niego, wynajmę jakiś pokój, żebyśmy mogli się częściej widzieć. Zależało mi po prostu, bo miałam już dosyć tej miłości na odległość. Ale on znów znalazł wymówki. A bo jego miasto to wiocha i ja tam pracy nie znajdę, a bo on teraz opiekuje się chorą babcią i nie będzie miał dla mnie czasu, a to coś innego.
Pytałam, czy chce ze mną być, prosiłam, by powiedział prawdę, bo jeśli nie chce, to możemy się rozstać tu i teraz i każde pójdzie w swoją stronę. Odpowiadał, że kocha, chce być ze mną, marzy o wspólnym domu, ślubie, dzieciach, ale nie teraz.
Jeju, jaka byłam głupia, zaślepiona, znowu dawałam mu szansę. Mijały lata, w ciągu których proponowałam coraz to nowe rozwiązania, że znajdę mu pracę u siebie po znajomości, że on nie będzie musiał się nawet wysilić, tylko spakuje walizki i się przeniesie. Albo przeniesiemy się do dużego miasta, gdzie o pracę łatwiej, on tylko miał wykazać trochę chęci, a ja byłam gotowa wszystko sama załatwić. Ale każda taka propozycja kończyła się jego odmową i wymówkami wracającymi jak bumerang typu rodzice nie pozwalają, chora babcia, koledzy.
Szlag mnie w końcu trafił i po ponad 6 latach zaczęłam unikać jeżdżenia do niego. Znajdowałam jakąś wymówkę, a to jestem chora, a to mam nadgodziny w pracy, a to nie mam pieniędzy na bilet. Przez ostatnie trzy miesiące właściwie się do niego już nie odzywałam, nasze codziennie rozmowy przerodziły się w rozmowy raz na kilka dni, potem raz na tydzień, byliśmy parą tylko w statusie na FB, nic więcej. Liczyłam na to, że jak zrozumie, że mnie traci, to się ogarnie. Nic z tych rzeczy. Któregoś dnia po prostu napisał do mnie, że to koniec, że się odkochał, bo się nie starałam!
Ja się nie starałam!!! Serio? Zerwanie nie zabolało mnie ani trochę, bo przestało mi zależeć, ale zabolało to co napisał, że się nie starałam. Oczywiście wszystko było moją winą, nie jego. 7 lat zmarnowane, żałuję, że tak długo dawałam mu szansę.
Przez cały czas byłem pewny że koleś ma tam gdzieś u siebie żonę, dzieci, i stąd te wymowkic
Wydaje mi się, że jest duża szansa na inną kobietę. Mógł też traktować autorkę jako lalkę do seksu. Bez zobowiązań, 2 razy w miesiącu i hej.
to sie w sumie nie wyklucza, zona moglaby byc, a zerwanie i posadzenie autorki o nie dosc wybitne staranie to tylko wymowka i sposob, by to ona poczula sie winna
też liczyłem na wątek drugiej rodziny albo przynajmniej jakiś nietypowy zawód - grabarz lub kat
Ale... ty sama zmarnowałaś sobie te 7 lat życia. Chyba, że zmuszał cię do tego pseudo-związku. Na każdym kroku pokazywał przecież, że cię nie chce. Na miejscu miał pewnie kogoś innego, kto wypełniał mu luki między spotkaniami co 2 tygodnie.
Niestety, taki typ to egoista. Widzi wyłącznie siebie, oczekuje adoracji, a gdy jej nie dostaje, bez zbędnych żali odwraca się i idzie dalej. Najlepsze, ze oni czesto sami wierzą w te mrzonki, ktore sprzedają- śluby, dzieci. Wierzą, ze tego chca, ale "jeszcze nie teraz". Ja tez tak zmarnowalam wiele lat zycia. Jedyna pociecha z tej gorzkiej nauki to taka, ze teraz bede zwiewać od razu po pierwszym symptomie braku zaangażowania, nie dam sie omamić i nie bede czekać.
Za długo to trwało. Powinnaś była skończyć to po 1 roku
@Postac rok czasu to wystarczający czas żeby wiedzieć czy się chce być z tą 2 osobą czy nie
juz myslalam, ze jakas zone, druga rodzine ukrywa
swoja droga dziewczyny, troche szacunku do siebie. w zwiazku i inicjatywie to powinno byc tak 50/50 opcjonalnie +/- 10% w ramach jakichs sytuacji zyciowych. a nie 90/10
wyslanie sms, ze sie teskni cyz pamieta to 30 seksund w porywach
jak ktos nie znajduje dla was czasu wiecznie, zaczyna miec wymowki przeciwko zaciesnieniu zwiazku to niech spada na drzewo i marnuje czas komus innemu
na podstawie swoich doswiadczen wysnulam teorie, ze jesli po 2-3 latach zwiazek nie przechodzi na nastepny etap to lepiej dac sobie spokoj
jesli po tych 6 czy 7 latach jak u ciebie, tym ardziej
nie ma tej 99,99% pewnosci, z echce sie byc z ta osoba, to zaden kolejny czas jej nie dostarczy, po co sie wzajemnie meczyc i uwiazywac?
Bazienka, kto jak kto, ale ty to raczej nie powinnaś udzielać rad na temat związków, bo z tego, co nieraz tu opowiadałaś, byłaś w samych patozwiązkach, więc wybacz, ale no nie jesteś autorytetem w tej kwestii.
PiratTomi, właśnie.
wiec wyciagnelam wnioski i wiem, czego NIE robic Piracie :)
wiem, jakie ja popelnilam bledy (pomimo ze tego, ze przyciagam jakies indywidua sobie nie wybieralam) i wiem, ze nalezy ich unikac
np. - to, ze zdrady sie nie wybacza szczegolnie jesli facet zdradzal wszystkie swoje byle jest dobra rada niezaleznie od tego, od kogo pochodzi, bo jest to dbanie o siebie sama
- to, ze jesli od poczatku sie nie uklada, to lepiej nie brnac w to dalej, jest dobra rada, bo to kwestia szacunku do wlasnego czasu
- to, ze nie nalezy pozwalac na przemoc ani psychiczna, ani fizyczna, jest dobra rada, bo to kwestia granic i szacunku do siebie
- ze nie nalezy wchodzic w zwiazek, gdzie od poczatku nie ma chemii i ta druga osoba sie nam nie podoba albo odrzuca jest dobra rada, bo oszczedza czas obojga
itp.
zycie mnie nauczylo i juz wiem, czego unikac
Jestes naiwna i glupia.O to mozesz winic tylko siebie
Powinna być strona historie o nieudanych związkach...
Tylko to nawet nie był prawdziwy związek.
Też przeszłam ta wymówkę. W związku się psuło bo się nie starałam. Nie ważne że robiłam dla niego wszystko. W ogóle wyobraźcie sobie że on wraca z domu rodzinnego do miasta w którym mieszkaliśmy (osobno). Chory jak cholera: gorączka katar itp. Ja późno w nocy jadę po niego, mimo że rano mam zajecia. Przy okazji robię małe zakupy w nocnym: jakieś bułki, maslo, ser itp. bo pewnie za wiele nie ma bo ok tydzień go nie było. Łapię też 10 pak chusteczek higienicznych.
I wiecie co powiedział? Że te cholerne chusteczki są złe bo on delikatniejszych używa a te zwykłe to mu nos podrażniają. Szkoda tylko że zamiast chusteczek ode mnie używał najgorszej jakości papieru toaletowego do nosa, bo tył swoich delikatnych oczywiście nie miał. Tego samego wieczoru stwierdził że się nie staram. Oczywiście nie jesteśmy od dawna razem.
Obecnie jestem w związku gdzie żadne z nas nie stara się na siłę. To "staranie się" wychodzi naturalnie bo chcemy by drugą połówka była szczęśliwa. Nikt nikogo do niczego nie zmusza
Smutne jest to, do czego potrafi posunąć się osoba, której strasznie zależy na kimś - "znajdę mu pracę u siebie po znajomości, nie musiałby się w ogóle wysilać". Chyba każdy miał w życiu taką osobę, dla której tracił własną godność :(
Nie, nie każdy
Po pierwsze, sama sobie zmarnowałas te lata somooszukując się i usprawiedliwiając go. Po drugie, nie zauważył nawet, że wychodzisz z jego życia i zerwał, kiedy mu było wygodnie. Brzmi jakby miał co najmniej jedną laskę na koncie.
Na boku*