#7ti7y

O tym, jak straciłem miłość swojego życia, a wyrzutów sumienia nie udało się pozbyć nawet na terapii.

Tego wieczoru pokłóciliśmy się jak zawsze, o nic. O to, że za mało czasu, że za dużo pracy, że nie słucham, że nie wychodzimy na miasto. Krzyczała, że ma dość. Ja krzyczałem głośniej. W pewnym momencie powiedziała, że chce wyjść, że musi ode mnie odpocząć. Powiedziałem wtedy coś, czego nie da się cofnąć: „To wyjdź. Tylko nie wracaj”. Trzasnęła drzwiami. Słyszałem jej kroki na klatce. Stałem przy oknie, ale nie zszedłem za nią. Byłem zbyt dumny, zbyt wściekły. Wyszedłem do baru, piłem całą noc. 
Kolejnego dnia, na największym w moim życiu kacu, odebrałem telefon od jej siostry.
Moją Anię potrącił pijany kierowca. Podobno weszła na pasy, nie patrząc. Podobno płakała.

Nie zdążyłem. Nie zdążyłem jej powiedzieć, że to nieprawda. Żeby zawsze wracała, bo bez niej nie umiem oddychać.

Wszyscy mówią, że to wypadek, że to nie moja wina. Rodzina przytulała mnie na pogrzebie. Jej mama powiedziała, że byłem miłością jej życia. A tylko ja wiem, jakie były ostatnie słowa, które ode mnie usłyszała. I muszę z tym żyć.
Postac Odpowiedz

To tylko słowa. W kłótni każdy może powiedzieć głupotę. Ważny jest całokształt relacji, a nie jeden incydent.

Dodaj anonimowe wyznanie