W wieku 2 lat mama zapisała mnie do przedszkola, żeby móc wrócić do pracy.
Panie przedszkolanki miały dość nietypowe metody wychowawcze. Za nawet najmniejszy wybryk szarpały i zamykały nas w ciemnej komórce. Do dziś pamiętam, a mam już 21 lat, płacz, strach, drzwi, w które uderzałam ze wszystkich sił, żeby tylko mnie wypuściły. Mamie przyznałam się dopiero po jakimś czasie, kiedy sama widziała różnice w moim zachowaniu i płacz, gdy tylko gasiła mi światło w pokoju. Nigdy w życiu nie widziałam jej tak wściekłej.
Panie oczywiście pracę straciły i wszystko byłoby w miarę zrozumiałe, jak na te czasy, gdyby nie to, że była to ochronka, a paniami przedszkolankami były zakonnice :)
Gdy kończy się sezon zimowy, wkładam do kieszeni grubiej kurtki jakieś drobne pieniądze, a ubranie wynoszę w worku na strych. Kiedy mija cały rok i czas znowu wyjąc cieplejszą odzież, mam małą niespodziankę, bo w ciągu tego czasu zapominam o tym co zrobiłam.
Takie małe przyzwyczajenie :)
Któregoś razu musiałam stawić się w sądzie w roli świadka pewnego zdarzenia. To była moja pierwsza wizyta w sądzie, nie wiedziałam o co dokładnie będą pytać i jak się dokładnie odbywa rozprawa, więc stresowałam się niemiłosiernie. Denerwowałam się do tego stopnia, że... dostałam biegunki.
W domu, jak na złość, żadnego stoperanu, czy innego środka o podobnym działaniu. Na szczęście do sądu miałam niedaleko, więc ścisnęłam poślady i ruszyłam w drogę z zamiarem skorzystania z toalety już w środku, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Siedziałam na korytarzu, czekając na swoją kolej w zeznaniach, kiedy poczułam bulgotanie w brzuchu. Z każdą chwilą co raz większe, więc czym prędzej udałam się do toalety. Byłam ostatnia na liście świadków wiszącej przy drzwiach, więc wiedziałam, że mam dużo czasu, zanim zostanę wezwana. Jako, że nie jestem zwolenniczką siadania na obcym sedesie, uderzyłam na Małysza... I to był błąd.
Jak się domyślacie - zasrałam sedes. Cały. Nie tylko w środku, ale i deskę, a nawet klapę i kawałek ściany. Nie wiedziałam, że to możliwe, zawsze myślałam, że osoby dzielące się tego typu wyznaniami zwyczajnie historię podkoloryzowały, że niemożliwe jest zrobienie czegoś takiego! Pierwsza myśl - ucieknę. Nie przyznam się. Przypomniałam sobie jednak o kamerach, które w sądzie nie były raczej atrapami. Przestraszyłam się, że jeśli ktoś zobaczy moje dzieło, to obejrzy film z kamer i dojdzie do wniosku, że to ja jestem winna tej zbrodni. Więc, w odróżnieniu od wielu anonimowiczów, chwyciłam za papier i posprzątałam po sobie, choć było ciężko, a moje dzieło z początku tylko beznadziejnie się rozmazywało...
Ręce mi się trzęsły z rozpaczy, nie wiem jak długo wycierałam własne gówno i ile razy o mało nie zwymiotowałam, ale udało się... Po wszystkim chciałam szybko umyć ręce, ale oczywiście nie było mydła. Musiałam więc opłukać je jedynie wodą, a potem (siedząc w korytarzu, potem zeznając) cały czas wydawało mi się, że niemiłosiernie wali ode mnie gównem.
Przynajmniej posprzątałam, szkoda tylko, że nie z własnej woli, a ze strachu przed aresztowaniem z powodu zasrania toalety sądowej.
Kojarzycie stronę internetową z rejestracjami i komentarzami pod nimi, na przykład o tym, że kierowca zajmuje dwa miejsca parkingowe, wymusza pierwszeństwo i tym podobne? Za każdym razem gdy zdarzy mi się „przewinienie” w trakcie jazdy (najczęściej niepotrzebne czekanie, kiedy pojazdy z lewej i prawej są wystarczająco daleko, pierwszeństwa nigdy nie wymuszam i parkuję normalnie), to sprawdzam na tej stronie, czy nikt mnie za to nie zwyzywał...
Moja mama zmarła, kiedy kończyłam podstawówkę. Mną i moimi braćmi zajmował się tata z pomocą babci.
Kilka lat temu tata ożenił się drugi raz. Nawet by mnie to cieszyło, gdyby nie fakt, że wybranka jego serca jest starsza ode mnie jedynie o 2 lata.
Przyznam, że z początku było to dla mnie ciężkie do zaakceptowania, jednak w końcu przestałam o tym myśleć, w końcu sama mam 28 lat i narzeczonego, z którym za pół roku biorę ślub.
W czym więc problem?
Przy rodzinnym stole wraz z narzeczonym powiedzieliśmy, że byłam u lekarza porobić odpowiednie badania, bo będziemy chcieli niebawem starać się o dzidziusia. No i się zaczęło. O ile rodzina, łącznie z ojcem się bardzo ucieszyła, o tyle Weronice (żonie ojca) całkiem odwaliła korba. Zaczęło się od wyśmiewania, że jesteśmy zaściankowi, bo ślub i dziecko. Później, że za młodzi, że niszczymy sobie życie, bo możemy przecież wszystkie nasze zarobione pieniądze przeznaczać na rozrywki. Przez tydzień słucham o tym jaka to ja głupia, bo urodzę dziecko i przestanę trzymać mocz, mąż mnie zostawi, bo na dole nie będę taka jak przed porodem, że dzieci są głupie, śmierdzą, że będę uwiązaną kurą domową, że z dzieci nie ma pożytku, są niewdzięcznymi pasożytami itd. itd.
Coś mi się wydaje, że Weronika zazdrości, bo mój ojciec jeszcze przed ślubem mówił jej, że odchował już 4 dzieci i nie będzie od nowa ładował się w pieluchy, bo jest już za stary i mu się nie chce. Weronika więc ma 3 koty i dwa psy, do których mówi "kochanie, mamusia zaraz weźmie cię na spacerek".
Najgorsze jest to, że ojciec słyszy szkalowanie Weroniki, która robi to z dumą przy nim, ale ani razu nie zwrócił jej uwagi.
Przez tę sytuację myśląc o ciąży robi mi się smutno, a jeszcze miesiąc temu chodziłam podekscytowana. Nie zamierzam jednak rezygnować z planów i wymarzonej nowej rodziny.
Od zawsze wszystko gubię i wszędzie zostawiam. Raz zostawiłam swoje dokumenty na drugim końcu Polski, innym razem na stacji benzynowej, czy na parkingu przed centrum handlowym, a w Mc`Donaldzie wyrzuciłam kartę do śmietnika.
Ciekawe ile jeszcze razy coś zgubie i to znajdę XD
No więc tak: powiedziałam mojemu chłopakowi, że tak naprawdę w ogóle nie mam pociągu seksualnego. To oczywiście kłamstwo. Po prostu nie chciałam go ranić po tym, jak mi wyznał, że tak naprawdę kobiety go nie pociągają, a uprawiał ze mną seks, żeby sobie udowodnić, że nie jest gejem.
Po mojej osiemnastce obudziłem się z dwoma znajomymi w mieście oddalonym o 200 km od naszego. Ponoć chcieliśmy zwiedzić świat i wsiedliśmy do jakiegoś pociągu. Niestety przyjechać po nas musiała wkurzona siostra, ale wspomnienia nie do zapomnienia.
Moim problemem jest to, że za bardzo kocham.
Mam ponad 20 lat, świetną jak na swój wiek pracę, doszedłem w życiu do wielu rzeczy, czasem z większym, czasem z mniejszym wsparciem bliskich. Jednak od pewnego czasu moje zdrowie psychiczne się sypie. Czuję, jak tracę grunt pod nogami, paraliżuje mnie strach, odechciewa mi się jeść i żyć. Długo myślałem nad powodem tych coraz bardziej depresyjnych stanów i doszedłem do wniosku, że kocham za bardzo. Zbyt często myślę o mojej partnerce, gdy nie odzywa się przez dłuższy czas, zaczynam okropnie tęsknić. Potrzebuję wiedzieć, że u niej jest okej. Gdy się pokłócimy lub mamy gorszy czas, te stany się nasilają. Czuję wtedy, że ją tracę i jestem bezsilny. Zawsze potrafiłem poradzić sobie z każdą sytuacją, ale to mnie przerasta. Nie umiem tego kontrolować. Wiem, że kluczem jest posiadanie wielu rzeczy, które stanowią swoistą „podporę” dla życia, czegoś, na czym powinienem móc się oprzeć w gorszym czasie, ale w tej sytuacji to nie działa. Poświęcam zdecydowanie zbyt dużo energii i zatracam się w tej miłości. Wiem, że ona też bardzo mnie kocha, ale czasem pojawiają się wątpliwości, które mnie totalnie paraliżują. Wtedy wszystko inne przestaje mieć znaczenie i liczy się tylko ona.
Jestem umówiony na pierwszą wizytę u psychologa. Trzymajcie kciuki.
Jak miałam jakieś 4-5 lat, podczas sylwestrowego odpalania fajerwerków w jednym z nich przy starcie złamał się kijek, przez co fajerwerk zamiast lecieć w górę, leciał po ziemi PROSTO NA MNIE. I mój dziecięcy móżdżek zamiast zasugerować zejście z jego trasy zadecydował, że spierdzielamy przed jebańcem do domu.
Prawdopodobnie byłam wtedy szybsza od Usaina Bolta.
Dodaj anonimowe wyznanie