10 lat temu, 3 klasa gimnazjum, lekcja religii. W mojej klasie były 2 dziewczyny, które były ciągle wyzywane i znieważane przez grupę chłopaków. Jednak na tej lekcji ich nagonka się nasiliła ... Ku*wy, szma*y, rzucanie jedzeniem.
Sprawa zgłoszona do wychowawczyni. Lekcja wychowawcza. Wychowawczyni każe uczniom na kartkach napisać co się działo. Ja miałam już dość zachowania chłopaków, naprawdę nie rozumiałam jak można tak się odzywać do dziewczyn (ogólnie ta grupa poniżała innych, słabszych uczniów), napisałam na kartce zgodnie z prawdą to co się wydarzyło. Myślałam, że reszta klasy zrobi to samo, ponieważ wyrażali swoje oburzenie po tamtej lekcji. To był błąd! Nasza "cudowna" wychowawczyni przeprowadziła z chłopakami rozmowę, na której powiedziała, że to ja napisałam co się stało. Reszta klasy oczywiście nic "nie widziała" i "nie słyszała". Fala hejtu jaka na mnie się wylała była ogromna ... Wyzywanie od konfidentów i znieważanie było na początku dziennym.
Dobrze, że to była 3 klasa. Te dziewczyny, za którymi się wtedy wstawiłam chyba były mi wdzięczne, bo zaczęły ze mną więcej rozmawiać, chociaż nie miałyśmy przedtem jakiegoś super kontaktu.
Po wakacjach poszłam do technikum i tam miałam najlepszą klasę, jaką mogłam sobie wyobrazić :)
Dlaczego piszę to wyznanie? Ano dlatego, że mam nadzieję, że ci chłopcy to przeczytają i zrobi się im głupio, jakimi byli w gimnazjum frajerami, nie szanującymi kobiet. O pani "wychowawczyni" nie będę się wypowiadała, powiem tylko tyle, że pomyliła powołania.
Ps. Nie dostała kwiatka na koniec roku :D
Moja babcia ma rocznicę urodzin akurat 22.02.2022, bardzo ładna data :)
PS Wiem, że ta historia jakoś nie porywa, ale jest dla mnie ważna.
Ostatnio dużo tu wyznań o pomaganiu, więc pozwolę sobie dodać też coś od siebie.
Na zakupy jeżdżę rowerem zaraz po pracy, i tak też było tego dnia. Podchodzę do roweru z zakupionymi rzeczami i widzę, że obok stoi pan (też przy rowerze, tylko swoim) i coś próbuje otworzyć. Widzę, że się z tym męczy, stęka, robi grymasy, dlatego zapytałam, czy mu w czymś nie pomóc. Pan się zdziwił, ale i ucieszył. Okazało się, że miał problem z nadgarstkiem, bardzo go bolał i nie mógł sobie otworzyć... batonika :)
Zatem pomogłam jakiemuś panu otworzyć batonik :)
Pracuję w biurze i jak się okazało, pewne hasła rzucam do ludzi zupełnie odruchowo. Wyszło to na jaw ostatnio, jak siedziałam w ubikacji, gdy zamiast powiedzieć: „Zajęte”, jak ktoś zapukał, to krzyknęłam: „Proszę!”.
10 minut siedziałam tam i zastanawiałam się co zrobić, żeby po wyjściu nie umrzeć ze wstydu.
Kupa na czasie. Na wstępie powiem, że pracuje na stanowisku typowo męskim i takie mam ciuchy robocze. Po obiedzie dopadło mnie zrzucenie zbędnego balastu, a że akurat przeczesywałam magazyny to się udałam do mało uczęszczanej przez kobiety toalety na magazynie. I kiedy już ptaszek wyfrunął z gniazda, a ja jeszcze odpoczywałam po walce, słyszę jak ktoś wpadł i zaczyna walić do mojej toalety.
Ja szczerze w szoku, ale myślę sobie "o nie nie, tak normalni ludzie się nie zachowują". Słowem się nie odezwałam. Po chwili osoba wyszła trzaskając drzwiami i tylko słyszę dialog dwóch osób "Jezu Marcin nie uwierzysz, jakiś poyeb sra w damskiej, ja to stąd nie pójdę. Co oni sobie kierwa wyobrażają". Ja w jeszcze cięższym szoku.
Stwierdziłam, że czas się ujawnić. Już nawet chciałam coś jej powiedzieć, ale biedna dziewczyna tak się zdziwiła, że zobaczyła koleżankę, że aż mi podziękowała, że wyszłam. Ludzie zachowujcie się normalnie. Nawet jeśli byłby to facet, to co? Miał walnąć kloca na środku jeśli wszystko byłoby zamknięte?
Mieszkam kawałek od centrum, a do tramwaju muszę iść około 10 min. Z daru losu, gdy przemierzam tę drogę, idzie przede mną zwykle jakaś dziewczyna. Za każdym razem inna. Nie znam ich kompletnie. Zwykle odległość, ze względu na moje tempo wynosi około 10 m. Dlaczego ich nie wyprzedzam? Tu się zaczyna dziać ciekawa sytuacja.
Za każdym razem gdy tylko się zbliżam, odwracają głowę w moją stroną i widząc mnie, przyspieszają kroku, a czasem nawet biegną kawałek. Przez cały odcinek oglądając się z wystraszonym wyrazem twarzy. Zastanawiam się. Czy one myślą, że ja je śledzę lub chcę je zabić. Ciekawe doznanie, gdyż czuję się wtedy jak jakiś tajny agent, a one są moim celem.
Mamy z mężem ponad 30 lat, mieszkanie, nowy samochód, nigdy od nikogo pieniędzy nie pożyczaliśmy. Pierwsze lata małżeństwa staraliśmy się o dziecko, poronienia, depresja, było ciężko. Gdy już daliśmy sobie spokój, postanowiłam postawić na karierę, dodatkowe studia, rozwój osobisty. Nagle dwie kreski na teście i szczęście. Mamy syna. Rodzina zadowolona.
Gdy rok temu ledwo zaczęliśmy staranie o drugie dziecko i od razu nam się udało, byliśmy szczęśliwi. Odczekaliśmy dla pewności jakiś czas, żeby "w razie czego" nie pośpieszyć się za bardzo i informacją. Dzielimy się radością z naszymi rodzicami i jakby ktoś wylał kubeł zimnej wody na głowę. Usłyszeliśmy: "Po co mi więcej wnuków?" i "To przecież jest patologia. Na 500+ polecieliście". Bardzo nas bolały te słowa.
Ciąża przebiegała ciężko. Zagrożona= leżąca. Częste bóle, nudności i wymioty całą ciążę. Jeśli na pytanie jak się czuję odpowiedziałam, że źle, to od razu słyszałam, że "trzeba było nóg nie rozkładać" i "jak robiliście sobie dziecko, to nie narzekałaś"...
Po urodzeniu dziecka jakby je ktoś zmienił, słodkie słówka, przytulanie dziecka, prezenciki. Nawet w moją stronę padają ciepłe słowa. Jakby nie było tych kilku miesięcy. O żadnym przepraszam oczywiście nie ma mowy. A mi się niedobrze robi, jak to widzę. Te wszystkie rzeczy mam ochotę wynieść na śmietnik. Nie wierzę w te czułostki i nie chcę żadnych prezentów.
Nie mogę znieść takiego zachowania ani u swojej teściowej, ani u swojej matki.
Jakiekolwiek rozmowy na ten temat, próby wyjaśnienia są ucinane albo kończą się fochem.
Tydzień temu skończyłam 18 lat. Od sąsiadki, której często wyprowadzam psa, dostałam wielki zestaw drogich, profesjonalnych flamastrów alkoholowych. Koledzy, z którymi gram online, kupili mi kilkanaście zapasowych kont, a nawet znaleźli sposób, by wysłać litr wódki i urządzić coś na kształt "osiemnastki" dla mnie.
A co otrzymałam od rodziców? Miesięczny szlaban na komputer połączony z zabraniem flamastrów za "popijawę o dziesiątej w nocy i wykorzystywanie sąsiadki", oraz serię wyzwisk od meneli, czubków i dziwek. Nawet nie złożyli mi życzeń... :(
Niedawno wraz ze znajomymi z akademika, urządziliśmy sobie taką typową studencką imprezę. Wiecie, alkohol leje się strumieniami, a do naszych podpitych łbów strzelają coraz to głupsze pomysły. Po kilku(nastu) piwach ktoś wpadł na to, żeby zagrać w wyzwania. Ok, gramy, ktoś wyrzuca pomidora przez okno, ktoś pije z rezerwuaru, ktoś wiesza się na żyrandolu itd. Wreszcie ja miałam wymyślić wyzwanie dla jakiegoś chłopaka. Wymyśliłam, żeby twerkował w STRINGACH stojąc na rękach i opierając nogi o ścianę.
Ok, przynosimy sznurogacie, gość się przebiera, w głośnikach "Anaconda'' i dawaj trzęsityłkować. Na początku robił to niepewnie, ale z czasem się rozkręcił i już przy "Oh my gosh, look at her butt" wczuł się. Dla nas - podpitych studencin - to dobrze, bo ubaw jest, ale dla jego Wacława już nie bardzo. Kolega trząsł zadem tak intensywnie, że w końcu stringi przesunęły się ukazując jego jajka w pełnej okazałości. I tu zaczęło się źle dziać...
Zobaczywszy jego przyjaciół majtających się jak flaga na wietrze, dostałam strasznego napadu śmiechu. Przez to wszystko nieco poluzowałam zwieracze i puściłam ogromnego, głośnego pierda. Słowo daję, smród wypalał gałki oczne! Na nieszczęście to wszystko rozśmieszyło mnie jeszcze bardziej. Tak bardzo, że aż pociekła mi krew z nosa ze śmiechu... Do tego smród, smarki pomieszane z krwią i duża ilość alkoholu sprawiła, że puściłam (NOSEM!!!) soczystego bełta. Co dziwne, chłopak zdawał się tego nie zauważać i dalej tańczył. Rozkręcił się tak bardzo, że gdy leciało "I've got a big fat ass", postanowił unieść jedną rękę i na potwierdzenie słów piosenki zadać sobie siarczystego klapsa. Szkoda tylko, że zapomniał o zawartości moich trzewi znajdującej się na podłodze... Gdy uniósł jedną rękę, poślizgnął się i wy#jebał pięknego orzełka, łamiąc sobie obojczyk...
Na szczęście reszta towarzystwa była jeszcze bardziej podpita niż ja i o wydarzeniach z tamtego wieczoru ma raczej mgliste pojęcie. Chłopak zaś twierdzi, że po prostu poślizgnął się na czyimś bełcie i w ten sposób zarobił ramię w gipsie. A ja mam nauczkę, żeby nie objadać się zupką chińską przed studencką libacją...
Pracuję w sklepie spożywczym. Czasem kiedy jestem na kasie z alkoholem i obsługuję osoby, które wyglądają mi mniej więcej na 30 lat, proszę je o dowód. Uwielbiam ten wyraz radości na ich twarzach.
Dodaj anonimowe wyznanie