#ls4zQ

Mam taki problem, że od urodzenia jestem niepełnosprawny, co niestety widać, ale na szczęście nie jeżdżę na wózku. Radzę sobie w miarę samodzielnie. Pracuję i mieszkam sam. Od paru ładnych lat szukam dziewczyny. Każda, którą poznam, mówi mi, że jestem fajny, ale jako przyjaciel. Uważam siebie za fajnego i ogarniętego. Mam znajomych i hobby, nie siedzę zamknięty w domu. Ostatnio na imprezie koleżanki powiedziały mi, że moje kalectwo to problem. I teraz pytanie do Pań: czego boicie się u niepełnosprawnych facetów, że nie dajecie im szans?

#x9prF

Kilka miesięcy temu obchodziłam osiemnaste urodziny. Poprosiłam moich rodziców, żeby na całą noc opuścili mieszkanie, na co z chęcią się zgodzili twierdząc, że przecież nie będą imprezować z małolatami. Kupili masę jedzenia, zostawili mi pieniądze, wręczyli prezent i wyszli.

Nie było żadnej imprezy. Całą noc siedziałam w domu z psem, a gdy rodzice wrócili następnego dnia, opowiadałam im o jakże wspaniałej imprezie. Oni wciąż myślą, że mam jakichkolwiek znajomych i przyjaciół poza moim psem...

#9vuQT

Zawsze byłem w stosunku do różnych gatunków muzyki zupełnie obojętny. Podobały mi się różne utwory, począwszy od hip-hopu, reggae, skończywszy na lekkim rocku, popie i disco polo, ale nie do przesady. Nigdy też nie miałem ulubionego zespołu. Jednocześnie należę do dość religijnej rodziny typu niedziela w kościele obowiązkowa, trzeba się spowiadać itd.

Pewnego dnia nawiązałem temat z kolegą, który był zachwycony zespołem Ghost. Chciał, żebym sobie przesłuchał ich piosenek, ale jednocześnie ostrzegł, że jest to lekko kontrowersyjny zespół, gdzie niektóre utwory mogą być lekko satanistyczne, a sam wokalista stylizuje się na antypapieża/antybiskupa. Mroczna otoczka, przy czym podkreślił, że mają bardzo chwytliwe utwory i w jego odczuciu jest to fenomen. Z ciekawości posłuchałem jednego utworu... Potem kolejnego, kolejnego, kolejnego... Przesłuchałem wszystkie albumy i ostatecznie tak mocno wpadło mi w ucho, że praktycznie wszystkie piosenki wylądowały w mojej playliście. Wpadłem w wir zamiłowania, znam na pamięć każdy utwór i ostatecznie również traktuję ten zespół jako fenomen. Zacząłem jeździć na ich koncerty, które sprawiały dla mnie radość, kupowałem koszulki i plakaty. Stałem się ich wielkim fanem.

Wszystko było fajnie, dopóki rodzina się nie dowiedziała. Uważali, że zszedłem na złą drogę, powinienem się wyspowiadać z tego, że słucham takiej muzyki, uległem podszeptom szatana i pewnie należę do jakiejś sekty. Zaczęło się wypominanie, że przestałem chodzić do kościoła, bo doszedłem do wniosku, że to jest przymus, a żadna religia nie powinna mi mówić jak mam żyć, oprócz tego, żeby być dobrym człowiekiem. Traktują mnie chłodno od tamtego momentu, a niedawno nawet powiedzieli, że przez wzgląd na swoje sumienie nie powinienem brać ślubu kościelnego.

Na szczęście już z nimi nie mieszkam, szkoda jednak, że patrzą na swojego syna przez pryzmat zamiłowania do jednego, specyficznego zespołu.

#0oTmO

Podczas studiów dorabiałem sobie na strzelnicy. Broń zawsze mnie kręciła, od dziecka chciałem być konstruktorem, ale i samemu sobie dla relaksu „popykać” z fajnych zabawek. Studia też były związane z tym kierunkiem, jestem inżynierem i pracuję aktualnie w w firmie zbrojeniowej za granicą. Tyle wstępu.

W Polsce to wyglądało dużo gorzej. Temat broni to jedna z tych dziedzin, gdzie każdy wie lepiej, choć 99% ludzi g*wno wie. Wujek Janusz powie wam, że he, he po co zezwolenie, he, he na bazarze obok stoiska z kapustą można kupić kałacha i wiadro amunicji, a gratisowo kilo uranu dorzucą, a babcia, żebyście się opamiętali i nie zostawali bandytą, bo broń tylko bandyci mają i inne terrorysty. Doświadczyłem takiej gadki wiele razy, zwłaszcza ze strony osób, które powinny znać się na tym.

Mówić o przeciętnym policjancie i całej policji to po prostu żenada. Większość z nich wie o broni mniej niż ktoś, kto oglądnął w telewizji 3-godzinny film o historii broni palnej... Strzelają z broni raz na rok ze dwa magazynki i to tylko niektórzy – mówcie co chcecie, ale masa policjantów była u nas na strzelnicy i to fakt. Broni nie czyszczą, bo po co. Jak im powiesz, że co dajmy na to 10 wystrzelonych magazynków można broń wyczyścić, to dla nich znaczy tyle, że trzeba ją czyścić co 5 lat. A nagar powstający w lufie po spaleniu prochu jest żrący i niszczy broń, wojsko mimo wszystko ma lepszą wiedzę w tym temacie. Było paru chłopaków z woja i na strzelnicy (w czasie prywatnym) przyszli, postrzelali, pogadali. Rozłożyli broń, wyczyścili. A większość policjantów nie zna takiej opcji. Jednemu raz zaciął się pistolet i zapytał, co się stało, a jak zaproponowałem, żeby go rozłożyć i sprawdzić, to zaczął się bronić jak dziecko przed umyciem zębów. „Bo kolega Zbyszek raz rozłożył na komendzie i nie umiał złożyć, lepiej nie ruszać”. No trafia człowieka. Mieć broń i nie umieć jej złożyć i rozłożyć? To jest kpina. Raz był u nas – jak wynikło z rozmowy – ekspert/biegły sądowy ws. broni i był na strzelnicy pierwszy raz od 20 lat, bo go syn zabrał. A broń czarnoprochowa to już całkiem magia... Jak gadałem z dwoma policjantami, to nie mogli wyjść ze zdziwienia, że takie coś może być legalne, aż musieli wygooglować i nawet zachwycili się tym, po postrzelaniu sami chcieli sobie kupić. Cud, bo zazwyczaj policjanci psioczą na broń CP i najchętniej by takie osoby aresztowali. Wiem z doświadczenia.

#efsTU

Jak rozpoznać totalne i nieodwracalne biologiczne sfiksowanie?

Kiedy ksiądz na ogłoszeniach parafialnych mówi, że dochód z zakupu jakiejś tam książki zostanie przeznaczony na zakup organów do kościoła, a ty wyobrażasz sobie stojące pod Drogą Krzyżową gablotki z sercami i nerkami i zastanawiasz się, na jakiego grzyba im te organy.

Pozdrawiam, biol-chem.

#1ZdFU

Podstawówka. Czwarta klasa, październik. Zimno, brzydko, ale trzeba wybrać się do babci po zdjęcia rodzinne potrzebne do szkoły. W końcu jestem artystyczna dusza i na zwykłych rysunkach nie mogę poprzestać.
Siadam obok babci na kanapie, wyjmuję pojedyncze zdjęcia.
„Kto to?” – pierwsze pytanie, szybka odpowiedź. Drugie pytanie... Szybka odpowiedź. Zabieram plik starych zdjęć do domu. Robię kieszonki, by nie uszkodzić żadnego zdjęcia, naklejam z bibuły listki, coby było ładniej.
Poniedziałek. Wychodzę na środek klasy, wieszam swoje dzieło sztuki i chcę zacząć opowiadać o rodzinie, gdy nagle nauczycielka wstaje, podchodzi do mnie i wyprowadza mnie z klasy. Krzyczała na mnie, że musi zadzwonić do moich rodziców, bo zachowuję się karygodnie. Że powinnam się wstydzić, że są rzeczy, z których nie wolno żartować... I oczywiście mówi mi, że dostanę uwagę w dzienniku i pałę za pracę. Ja w ryk – wzorowa uczennica miała dostać pierwszą uwagę w dzienniczku oraz pierwszą ocenę poniżej piątki. Ryczałam  tak mocno, że zaczęłam się dusić, więc musieli zadzwonić po rodziców. 
Przyjechał tata, który najpewniej zerwał się z pracy. Chwilę później przyszła nauczycielka z moją pracą, by wyjaśnić sytuację. Do dziś pamiętam, jak mój ojciec darł się na nią, a ona mizernie próbowała wyjaśnić to, że mogłam zgorszyć kolegów z klasy, pokazując im zdjęcia człowieka w mundurze SS.
To był brat mojej prababci.

PS Po tamtej sytuacji ojciec zadzwonił do kuratorium. Kobieta dostała naganę, a ja zmieniłam szkołę.

#nLLTw

Lata temu byłam na koloniach (miałam 12 l.). Pojechałam na Mazury, ośrodek nad jeziorem, więc dziwną rzeczą by było, jakbyśmy nie popływali na kajakach, prawda? Ogólnie były trzy wyprawy, z czego ja byłam tylko na dwóch. Czemu? Już tłumaczę.

Za pierwszym wypłynięciem pływaliśmy kajakami dwuosobowymi. 3/4 naszej grupki miało pływać po raz pierwszy, włącznie z nami. Ratownik rozdaje kamizelki, wiosła, przydziela kajaki i wypływamy. Kompletnie nie wiedząc, jak się pływa (ratownik nam nie powiedział, pytaliśmy o to, ale stwierdził, że załapiemy, jak wypłyniemy). Okej, zaniepokoiło mnie to, ale hej! Do odważnych świat należy! Na początku mówiłyśmy na głos: „Prawa! Lewa!” i dosyć sprawnie nam to szło. Dopiero po 1/3 trasy wpłynęłyśmy w jakiś prąd, który zupełnie nas zniósł i nie miałyśmy pojęcia co robić. Krzyczymy do ratownika, co mamy robić, a ten tylko nas ochrzania, że co my zrobiłyśmy i w ogóle. Koniec końców jakoś nam niby pomógł i skrócił pierwotną trasę, którą mieliśmy płynąć, bo stwierdził, że to jednak dla nas chyba za dużo. Chwała mu za to.

Chyba nie muszę pisać, jak z przyjaciółką zaczęłyśmy panikować? Wiecie, łzy w oczach i trzęsące się ręce (nie mam pojęcia jak, ale w pewnym momencie wiosło wypadło mi z ręki i w ostatniej chwili oprzytomniałam i je złapałam). Ale nie poddałyśmy się! Następnym razem będzie lepiej! Taa... 
Za drugim razem płynęliśmy jednoosobowymi kajakami. Tym razem ratownik wziął nas w takie specjalne miejsce przeznaczone do ćwiczenia swoich umiejętności. Pomijając to, że z każdym pchnięciem wiosła, jak widziałam wodę dostającą się do tego kajaka, dostawałam schiz, nie było źle. Przeżyłam całą wyprawę do sąsiedniego miasta czy czegoś tam (po prostu od pomostu z naszego ośrodka do jakiegoś innego pomostu). W tamtym miejscu ratownik się spytał, czy chcemy skakać z kajaków. O zgrozo... Większość odpowiedziała, że tak. Już wtedy odczuwałam niewielki lęk związany z wodą, no bo wiecie... Żywioły trzeba respektować, bo wystarczy chwila, żeby cię zabiły, co nie? Od razu powiedziałam, że nie chcę. Zresztą nie tylko ja, bo jeszcze dwie inne osoby. Ale co to jest trzy osoby na dziesięciu? Albo wszyscy, albo nikt. W skrócie – ratownik śmieszek po tym, jak wszyscy skoczyli oprócz mnie, wywrócił mi kajak, a ja wpadłam do wody. Jakimś cudem mimo kapoku się podtapiam, nie widzę mojego kajaka, ratownik nie chce mi pomóc, śmieje się ze mnie – jednym słowem zero pomocy. Nie macie pojęcia, jak ja jestem wdzięczna ludziom, z którymi tam byłam. Pomogli mi wejść na kajak, z czym się strasznie męczyłam, bo woda była lodowata, ręce mi się trzęsły i ogólnie rzecz biorąc byłam przerażona.
Teraz mam 19 lat i dzięki temu idiocie wciąż boję się wody :))

#Ql5tA

Parę lat temu w moim bloku zamieszkało niezbyt rozgarnięte małżeństwo w okolicach 50 lat. Wprowadzili się naprzeciwko mnie, bo odchowali już dzieci, więc przeprowadzili się z domu na obrzeżach miasta do mieszkania w centrum.
I tak pewnego styczniowego dnia wychodzę z domu kupić wodę mineralną, aż patrzę, że u sąsiadów się dymi. Drzwi zamknięte, to szybko dzwonię po straż pożarną. Strażacy przyjechali szybko, wyważyli drzwi, patrzą, a z łazienki dym jak cholera... Jak się okazało, pan sąsiad wypił sobie pod nieobecność żony, a miał wyrzucić choinkę. Geniuszowi nie chciało się ruszyć z domu, więc przeniósł choinkę do łazienki, gdzie ją podpalił. Ja nie wiem co on miał w głowie... 
Na szczęście kilka tygodni później sąsiedzi się wyprowadzili, ale do samej wyprowadzki jak mijałem go na klatce schodowej, to przyśpieszał obrażony za wezwanie straży i nie odpowiadał na moje „dzień dobry”.

#XHaSz

To był czwarty rok moich fantastycznych studiów, życie w akademiku, pełen luz.
Na naszym korytarzu mieszkał chłopak, który w rozmowie zawsze chciał udowodnić, że miejsce kobiety jest przy garach i kobieta ma być uległa wobec mężczyzny. Ot, taki nieszkodliwy chłopek. Podczas zakrapianej imprezy u niego w pokoju wypalił do mnie, że mój chłopak nie jest dla niego przeszkodą, bo gdyby tylko chciał, to by mnie zaliczył tu i teraz (sic!).
– Aha... – mówię. – To moje zdanie nie ma znaczenia?
– Najmniejszego – odpowiedział zadowolony z siebie.

Przeprosiłam go, mówiąc, że muszę skorzystać z toalety. Na jego nieszczęście miał pokój z łazienką. Z pełną satysfakcją nasikałam na jego szczoteczkę do zębów i przejechałam nią po rowie, na koniec dokładnie przeczyściłam nią obrzeże muszli klozetowej. Taki mały sabotaż z mojej strony.

Niczego nie żałuję!
Dodaj anonimowe wyznanie