Czytając jedno z wyznań, przypomniałam sobie pewną historię.
Razem z klasą mieliśmy zajęcia praktyczne na warsztatach szkolnych. Zajęcia trwają już jakąś godzinkę, wszyscy wykonują zadania wskazane przez mistrzów. Mistrz mojej grupy woła mnie do siebie, informując, że ma dla mnie specjalne zadanie. Przerywam swoją pracę i lecę. Podchodzę, poprawiam czapeczkę, żeby lepiej widzieć i pytam, co to za zadanie. I wtedy mistrz do mnie na całą stolarnię mówi coś w stylu: „Idziemy obciągać druta”. Wszyscy przestają zajmować się swoimi zajęciami i wzrok każdego skierowany jest w naszą stronę. Moja mina wyrażała lekki szok, z tyłu słychać śmiech, a ja nie wiem co odpowiedzieć. Po chwili mistrz załapał, w jaki sposób my to zrozumieliśmy. I powtórzył, tym razem wyraźnie, że idziemy ostrzyć dłuta...
Byłam jedyną dziewczyną na tym kierunku, więc koledzy z klasy mieli ze mnie ogromny ubaw.
Bardzo irytuje mnie fakt, że gdziekolwiek nie pójdę, wszyscy mówią do mnie na „ty”. Mam 20 lat. Do mojej siostry bardzo często zwracają się per „pani”. Ma 15 lat.
Jako że w pracy nie mogę pozwolić sobie nawet na chwilę szczerości, to tutaj na ławach anonimowości postanowiłem wyżalić się i trochę uświadomić społeczeństwo o mojej (i nie tylko) pracy.
Jestem motorniczym w jednym z polskich miast od niecałych 2 lat. Od początku starzy motorowi mówili mi, że w sumie to dziwią się, że w ogóle ktoś chce zaczynać tę pracę na tym stanowisku i za takie pieniądze. Ale co jest nie tak, pomyślicie? Przecież siedzi człowiek w kabinie, jedzie sobie i wszystko fajnie na luzie. Ano wydawałoby się, że tak jest, a w rzeczywistości prawda bardzo mija się z powszechnym rozumowaniem tego zawodu.
Wyobraźcie sobie sytuację, w której prowadzicie minimum 30-tonowy wagon z trzystoma osobami w środku (godziny szczytu). Nagle przed wagon wchodzi człowiek, który z jakiegoś powodu (a najczęściej tym powodem jest zwykłe „a zdążę”) wchodzi na przejściu dla pieszych na czerwonym świetle. W ułamku sekundy trzeba ocenić, czy przyśpieszyć i czmychnąć przed nim, czy zdąży się wyhamować, coby z człowieka nie został naleśnik (lub dwa osobne kawałki, co wbrew pozorom zdarza się częściej niż Wam się wydaje).
To samo ma się z samochodami – mimo odpowiedniego oznakowania, sygnalizacji, znaków stopu ludzie wjeżdżają i nie patrzą, czy nie jedzie tramwaj, bo myślą, że usłyszą. A często nie słyszą i sytuacja wygląda tak samo jak z pieszymi. Zresztą w wielu sytuacjach kierowcy nie wiedzą, czy mają pierwszeństwo czy nie i turlają się po jezdni, czekając na ruch motorniczego. Rozpędzenie wagonu czy jego wyhamowanie trwa dłużej i przeciąga się w czasie, bo to nie samochód. Nadanie tzw. rozruchu (czyli rozpędzanie wagonu) trwa +/- pół sekundy dłużej od momentu zakończenia jego zadawania, bo tak działają te pojazdy. Tutaj nie ma paliwa, tylko silniki elektryczne, działa tu fizyka. Dużo fizyki.
Uwierzcie mi na słowo, że widok wjeżdżającego samochodu lub wchodzącej matki z dziećmi (tak, zdarza się to częściej niż można pomyśleć), nastolatka czy nawet staruszki powoduje bicie serca jak po przebiegnięciu maratonu, w dodatku w niecałe dwie sekundy.
Sporo nerwów kosztuje ta praca, a pieniędzy jakby niewystarczająco. Średnia to około 4500 zł. Dla jednych to dużo, ale z drugiej strony wielu znajomych siedzi za biurkiem za te albo większe pieniądze i nie naraża się na stres i konsekwencje prawne.
Jak widzicie tramwaj, upewnijcie się, że możecie bezpiecznie przejść czy przejechać bez narażania siebie i innych na kłopoty. Gwarantuję Wam, że te kilka sekund czekania aż tramwaj przejedzie Was nie zbawi, ale nam oszczędzi sporo stresu (a Wam zdrowia i czasem życia).
Zaczęło się, jak każda dobra historia, w piątek wieczór. Tyle że nie w klubie ani na żadnej imprezie, tylko w moim własnym domu, kiedy jadłem makrelę. Pracowicie oddzielałem ości od mięsa. Wyjąłem ich ze sto tysięcy. O jedną za mało. Wkrótce zacząłem się krztusić i pluć i pozbyłem się kawałka ryby z gardła, ale nie tego przemożnego uczucia, że coś mi się wbiło i nie chce wyjść.
Rodzina mi poradziła, żebym pojechał na SOR, no to jadę. Rejestruję się i idę do gabinetu (bez kolejki). Zbierają ode mnie wywiad, mierzą ciśnienie, ale nikt nie zajrzy do gardła. Odsyłają do kolejki. Odczekałem swoje i ktoś mnie zaprowadził do laryngologa. Doktor zebrał wywiad, zaprosił na fotel i zajrzał mi do gardła jakimiś szczypcami. Nie minęło 5 sekund, jak je wykrztusiłem. Doktor tłumaczy, żeby oddychać równomiernie. Następne szczypce, tym razem wygięte. Ta sama reakcja. Potem metalowy patyczek do odchylenia języka i lusterko w drugiej ręce. Nie mogłem powstrzymać odruchu wykrztuszania. Doktor postanowił dać mi znieczulenie na gardło, żebym nie czuł tych narzędzi. Psiknął mi jakimś strasznie ostrym sprejem i wkrótce poczułem, jak moje gardło zmienia się w wielką, zdrętwiałą kluskę. Doktor zadowolony, zagląda do środka jakimiś nowymi narzędziami, patrzy, a ja zaczynam się krztusić i pluć i zginać w pół. Ledwo powstrzymałem odruch, żeby zwymiotować mu na fartuch.
Siedzę tak przez dłuższą chwilę, hamując wymioty, a doktor w tym czasie zdecydował się zmienić taktykę. Zaprowadził mnie do innego gabinetu z jakimś ekranem, z którego wystawało pełno rurek, a na ścianie wisiał plakat z napisem „endoskopia”. Doktor wziął do ręki endoskop, czyli taki przyrząd, który z jednej strony ma bardzo cienką rurkę, a z drugiej wizjer, w którym widać obraz z drugiego końca. Lekarz postanowił zajrzeć mi do gardła przez nos. Najpierw spróbował tę bardziej drożną dziurkę. Wsuwa ten kabel i wsuwa, a ja się powstrzymuję, żeby go nie wykichać. Ale moje wysiłki na nic, bo doktor uznał, że jeśli przepchnie przez tę dziurkę, to będzie bolało. Dlaczego? Bo mam krzywą przegrodę nosa. Więc lekarz próbuje drugą dziurkę i niespodzianka! Nie mógł włożyć więcej niż centymetr kabelka, bo ogarniało mnie takie swędząco-łaskoczące uczucie, że od razu go wykichiwałem.
Doktor się zdziwił:
– Pan w obu dziurkach ma taki odruch?
– No nie, w tej bolesnej nie.
Przepchnął mi kabel przez tę bolesną dziurkę. Potwierdzam, była bolesna. Poczułem się niemal zgwałcony przez nos.
Jaki był efekt badania? Ości nie znaleziono. Potem jeszcze lekarz wsadził mi rękę do gardła, próbując wymacać ość. Też nic. Uznał, że albo ość mnie zraniła i przeleciała dalej, albo utknęła tak głęboko, że jej nie znajdzie. Wtedy trzeba poczekać na obrzęk i wycisnąć ość jak drzazgę.
Chyba jestem najgorszym pacjentem laryngologii w historii świata...
Mam koleżankę, która goli włosy, żeby wyglądać na łysą. Robi to, żeby ludzie jej współczuli, że ma raka…
Pracuję w solarium. Widziałam już lustra wysmarowane kremem, zużyte prezerwatywy, odchody w koszu na śmieci itp.
Byłam pewna, że już nic mnie nie zdziwi.
Do dziś.
Podczas sprzątania toalety dla klientów zauważyłam, że rolka papieru toaletowego jest umazana kupą. W środku. Papier był nietknięty.
Jak i dlaczego?!
Mam 15 lat i nie wiem, co jest ze mną nie tak... Mianowicie podnieca mnie, gdy dziewczynie burczy w brzuchu.
Nie, to nie jest żart. Najlepsze jest to, że nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło.
W mojej pracy był pewien chłopak, który serce złamał niejednej dziewczynie, chociażby tym, że był już zajęty. No ale to nie przeszkadzało, żeby dziewczynom na jego widok miękły kolana, a mózg odmawiał posłuszeństwa. Tak było i ze mną.
Historia właściwa.
Zima, szósta rano. Wracam sobie po szóstym dniu pracy na nocną zmianę. Myślę tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w domu. No ale trzeba jeszcze zajść do sklepu. I tak człapię sobie po chodniku jak ta kaczuszka, gdy nagle jakiś samochód zwalnia. Okno się otwiera i widzę JEGO. I wywiązał się taki dialog:
– Podwieźć cię może?
– Nie, nie, dziękuję. Ja jeszcze muszę iść tam, taaaam (i macham ręką, wskazując kierunek).
– Yyy. Aha. To cześć.
I pojechał.
Smutna i wkurzona na siebie, pełna wstydu, idę do tego sklepu, co to taaam taaam jest. Nie przekroczyłam nawet progu, bo zorientowałam się, że nie mam portfela.
Serce pękło mi na milion kawałków. Nie dość, że nie kupię jedzonka, to jeszcze mogłam wrócić szybciej do domku w miłym towarzystwie...
W domu serce pękło mi po raz kolejny, gdy okazało się, że portfel miałam, tylko w innej przegrodzie...
Jako mała dziewczynka bardzo lubiłam bawić się całymi dniami na placu zabaw. No, ale przecież mój mały pęcherz nie był w stanie wytrzymać kilku godzin bez załatwienia swoich potrzeb w toalecie, a bieganie do domu co chwilę nie wchodziło w grę (mieszkałam na 5 piętrze bloku, samo wejście tam zajmowało mi sporo czasu). No więc razem z koleżanką znalazłyśmy kreatywne rozwiązanie – gdy już czułyśmy, że dłużej nie wytrzymamy, biegłyśmy na pole (obok naszego osiedla było dużo pól oraz łąk) i tam załatwiałyśmy swoją potrzebę. Jednocześnie, obok siebie. Może nie byłoby w tym nic aż tak dziwnego, gdyby nie fakt, że w tym czasie nawzajem oceniałyśmy swoje siki – ja mówiłam, jakiego koloru, natężenia itp. jest strumień koleżanki, a ona w ten sam sposób komentowała mój.
Nigdy później o tym nie rozmawiałyśmy.
Wiele lat temu, jeszcze jako biedna studentka, lubiłam konwenty. Najczęściej były związane z mangą i anime, ale też szeroko pojętą fantastyką. Jako iż dość sporo odbywało się w mieście, w którym studiowałam, więc jak udawało mi się zaoszczędzić na wejściówkę, to szłam. Pewnego razu byłam na takim, w którym wygraną za konkurs nie były rzeczy, a kupony, za kupony można było wybrać nagrodę. Było to o tyle fajne, że można było uzbierać sobie kupony na różnych konkursach i wybrać coś lepszego. Wzięłam udział w kilku konkursach (nie wygrałam, ale powpadało kilka kuponów) i z uzbieranych kuponów dostałam możliwość wyrobienia sobie poszewki na jaśka z obrazkiem jaki tylko chcę. Podeszłam do pana, który robił takie cuda, wybrałam wzór, który mi się podobał i który został nadrukowany na poszewkę. Czy chcę do tego poduszkę? Oczywiście, że bym chciała, ale nie mam przy sobie już pieniędzy (dla bezpieczeństwa nie brałam karty, aby nie wydać wszystkiego).
I tutaj pojawia się anonimowa część.
Chodziłam po konwencie, miałam plastikowy kubeczek i kartkę z napisem „na piwo”. Wszyscy wrzucali jakieś grosze, a co ciekawe, wrzucali bardzo chętnie, bo uważali, że przynajmniej zbieram szczerze...
Przepraszam wszystkich, bo za uzbierane pieniądze kupiłam tę poduszkę, aby wepchnąć ją w poszewkę. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się tym urażony...
Dodaj anonimowe wyznanie