Kolega z liceum biegał za mną 6 lat. Niszczył mi wszystkie związki oraz odstraszał zainteresowanych mną mężczyzn, przez co 3 lata byłam sama.
W końcu, kiedy udało mu się mnie w sobie rozkochać, zostawił mnie po 4 miesiącach, mówiąc, że to jednak nie jest to.
Sytuacja miała miejsce około dwóch lat temu, kiedy byłam z mamą na zakupach w supermarkecie.
Zwykle podczas zakupów to mama prowadziła wózek sklepowy i stała np.
w kolejce do stoiska z mięsem, a ja wybierałam produkty i spacerowałam między półkami. Tak też było tamtego dnia.
Stałam przy stoisku z pieczywem, a mama w kolejce. Dodam, że nie zachowywałam się podejrzanie; po prostu stałam i czytałam etykiety. W pewnym momencie stanęła obok mnie kobieta, na oko 60-70 lat. Nie zwracałam na nią uwagi, klientka jak setki innych, dopóki nie usłyszałam, że zaczęła szeptać coś pod nosem. Potem przysłuchałam się temu, co mówi. Nie było to trudne, bo przestała w pewnym momencie szeptać i mówiła po prostu cichym głosem. Odmawiała gorączkowo „Zdrowaś Mario”. Jestem raczej bezkonfliktową osobą, postanowiłam się wycofać. I wtedy się zaczęło.
Obok stoiska z pieczywem była wystawiona wysepka z kartonami mleka. Ja, wycofując się, obeszłam dookoła tę wysepkę i chciałam udać się do mojej mamy. Nagle kobieta wraz ze swoim wózkiem zaczęła gonić mnie dookoła tej wysepki, wykrzykując na cały sklep: „Zdrowaś Mario, łaski pełna...”. Po chwili stanęłam, a ona zaczęła wydzierać się po mnie: „Gdzie masz wózek?! Kradniesz, jesteś złodziejką! Zdrowaś Mario, łaski pełna... Koszyk gdzie masz?! Pan z Tobą, Błogosławionaś Ty między niewiastami”. Nie wiem, co mi się stało, ale byłam w takim szoku, że nie byłam w stanie wydusić nic z siebie poza: „Proszę mnie zostawić”. Nie spotykam zwykle biegających za mną po sklepie staruszek.
Oczywiście personel zajął się kobietą, wyproszono ją; wcześniej też zaczepiała innych klientów. Ale kurczę, co się tam właściwie odwaliło?
Dzisiaj mija 5 lat od straty mojej nienarodzonej córki. Od 5 lat nie ma dnia, żebym o niej nie myślała. Co dzień wyobrażam sobie, jak rośnie, jak się rozwija, jak się przytulamy, jak bawi się ze starszą siostrzyczką. Co dzień płaczę... Nie było dane nam jej pochować. W szpitalu robiono problem przy wystawieniu dokumentacji, nie wspominając już o informacji, jakie rodzic dziecka z poronienia ma prawa. To jest trauma nie do opisania, kiedy nie możesz własnemu dziecku zapalić znicza na grobie. Nieważne, czy miało szansę przyjść na świat, to nadal moje utracone dziecko. Co roku we Wszystkich Świętych, razem z mężem i córką chodzimy po cmentarzach i palimy znicze na małych, opuszczonych, zapomnianych grobach. Pamiętamy o naszym aniołku.
Kiedyś się spotkamy, czekaj na nas.
Hoduję wiewiórkę, zwierzę niesamowicie ciekawskie, ruchliwe i wszędzie go pełno (kto był kiedyś w parku, ten wie).
Na co dzień nie palę, wcale, nawet na imprezach nie. Jednak dobre pół roku temu wzięła mnie straszna ochota na fajkę, kupiłam więc paczkę, wypaliłam dwie i tak rzuciłam do szuflady, gdzie leży do dziś. A raczej leżała, ponieważ moja kochana wiewiórka, korzystając z mojej chwili nieuwagi, sprytnie weszła do szuflady i zeżarła, co zostało. Zostawiła tylko filtry.
Niedawno urodziłam zdrowego synka. Jednak początki ciąży nie były takie łatwe, miałam zagrożoną ciążę i musiałam leżeć w szpitalu pod obserwacją. To był dla mnie ciężki czas. Ciągle płakałam i martwiłam się o dziecko, pewnie były to już stany depresyjne. Lekarze starali się, jak mogli, abym poczuła się lepiej. Jednak prawdziwą odskocznią od sytuacji, w jakiej się znalazłam, był szpitalny kot. Codziennie po badaniach szłam na położniczą izbę przyjęć i go głaskałam. A on tulił się do mojego brzucha. Oczywiście możecie mówić, że to nieodpowiedzialne, bo kot nieznany, bo choroby itp., ale higiena była zachowana, a kot zadbany, no i szpitalny!
Obiecałam sobie, że jak wyjdę ze szpitala, to pojadę do schroniska i adoptuję takiego rudzielca, więc dziś mam zdrowego synka i Rudego Grubaska.
PS Jeśli nie wierzycie, że w szpitalu jest kot, to sprawdźcie wrocławski szpital przy ulicy na K.
W gimnazjum miałam pecha trafić do klasy, w której prym wiodła niejaka Magdalena. Wyższa i masywniejsza od reszty (nawet od większości chłopaków), głośna, wulgarna, mająca w poważaniu wszelkie wzorce i szkolne obowiązki. Nic dziwnego, że ja – malutka, cicha kujonica – nie przypadłam jej do gustu (delikatnie mówiąc). Zaczęło się niewinnie – słowne zaczepki, wyśmiewanie i delikatne popychanie na korytarzu. Później zaczęło się robić coraz ciekawiej – zabieranie pieniędzy, chowanie stroju na wf, wyrzucanie zawartości plecaka do śmietnika... Nikomu się nie skarżyłam, a nauczyciele konsekwentnie udawali, że niczego nie widzę (strzelam, że niemały wpływ miał na to fakt, że ojcem Magdalenki była jedna z miejscowych szych).
Któregoś pięknego dnia, jakoś w połowie maja, miałam nieszczęście trafić na nią przy schodach. Nie wiem, co ja tak bardzo zirytowało, ale finał był taki, że wylądowałam w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu, złamaną nogą, wybitym barkiem i bez trzech zębów.
Nagranie z kamer nie pozostawiało wątpliwości co do przebiegu zdarzeń, ale sprawę zamieciono pod dywan, a sprawczyni mojej krzywdy dostała jakąś śmieszną karę.
Wylądowałam w szpitalu na kilka tygodni, później miałam rehabilitację i uczyłam się w domu. Do szkoły przyszłam dopiero na zakończenie roku. O kulach. I nie wiem, co mi strzeliło do głowy, najwyraźniej gromadzona miesiącami frustracja musiała w końcu znaleźć ujście i... po zakończeniu części oficjalnej, gdy wszyscy zaczynali zbierać się do wyjścia, podeszłam do niej i tak jej zaj***łam tą kulą, że aż padła na ziemię. A jak padła, dostała jeszcze kilka razy. Później mnie odciągnęli.
Zrobił się z tego straszny młyn, jej ojciec chciał strasznych kar, ale moja kula najwyraźniej miała na Magdalenkę zbawienny wpływ, bo:
1) zabroniła ojcu wnosić oskarżenie,
2) przeprosiła mnie na oficjalnym apelu,
3) po dziś dzień, choć minęło już wiele lat, za każdym razem, gdy widzi mnie na ulicy, kłania mi się tak, że prawie szura brodą po chodniku.
Niczego nie żałuję!
Okres przedświątecznych zakupów. Warto zaznaczyć, że mój mąż to wielki fan Gwiezdnych Wojen, więc oczywiście szukałam czegoś w tej tematyce.
Chodziłam po galerii i zobaczyłam na wystawie sklepu z zabawkami piękne pluszowe maskotki Lorda Vadera. Oglądam je, podchodzi do mnie pani i pyta:
– Czego pani poszukuje?
– Czegoś z Gwiezdnych Wojen.
– A ile dziecko ma lat?
– Yyyy... 47.
Kolor twarzy tej pani oraz mina – niezapomniane :D
Kolega z pracy zaprosił mnie z żoną na swoje przyjęcie urodzinowe. Razem z żoną nie tolerujemy spóźnień i sami też nigdy się nie spóźniamy. Byliśmy umówieni na godzinę 19. Przyjechaliśmy o 18:50. Jednak gospodarze nie byli zachwyceni. Okazało się, że przyjechaliśmy TYDZIEŃ WCZEŚNIEJ.
Na pierwszym spotkaniu z rodzicami mojej ówczesnej dziewczyny (teraz już żony) ze stresu przedstawiłem się imieniem i nazwiskiem mojej siostry...
Zdziwienie teścia było większe niż populacja Chińczyków.
Moi rodzice są po rozwodzie. Przez jakiś czas nie miałam z żadnym dobrego kontaktu. Dopiero z czasem zaczęłam normalnie rozmawiać z mamą. Będąc w 3 klasie technikum, z ojcem też już miałam w miarę dobre kontakty. Mówił, że zawsze mi pomoże, jeśli będę potrzebować pomocy. Dodam, że mój ojciec pracuje w IT na bardzo wysokim stanowisku.
Od 3 klasy technikum marzyły mi się studia na jednej z polskich uczelni. Robiłam wiele, żeby zdać maturę i dostać się na wymarzony kierunek. Dostałam się wieczorowo, tak jak chciałam, żeby w dzień co nieco zarobić, ale potrzebowałam pomocy finansowej. Powiedziałam tacie o studiach. Ucieszył się, ale o pomocy, o której mówił, mogłam już zapomnieć. Tłumaczył się, że ma dług do spłacenia, opłaty i rodzinę na utrzymaniu. Jedynie mama i dziadkowie opłacali mi raty. Studia były cudowne. Codziennie uczyłam się czegoś nowego i ciekawego. Ale to, co zarobiłam, ledwo mi wystarczało, bo nie pracowałam osiem godzin, ponieważ nie było jak, mimo że chciałam. Potrzebowałam nowych butów, więc zapytałam babcię, czy może pogadać z tatą, aby mi się dorzucał. Usłyszałam, że nie, bo on musi z długów wyjść.
Mój brat miał urodziny, więc poszłam go odwiedzić i tego samego dnia dowiedziałam się, że mój ojciec organizuje sobie wyjazd na dwa dni za 1500 zł dla siebie i swojej kobitki. Później wyjechał na dwa tygodnie za granicę wraz z moim braciszkiem i jego matką...
Z powodów finansowych w styczniu musiałam rzucić studia, co popchnęło mnie w wysokie załamanie. Nie czuję się ambitna i do tego katuję samą siebie, że nie potrafię sama sobie poradzić. Czuję się źle... Od ojca nigdy nie potrzebowałam dużo. Książki do nauki kupowałam za swoje zarobione pieniądze. Wiem, że nigdy już nie sięgnę po pomoc do niego, niezależnie jak będzie źle.
Dodaj anonimowe wyznanie