Ostatnio wracałem sobie spacerkiem z imprezy. Kilkanaście metrów od domu poczułem, że w moim brzuchu wrze i na bank nie zdążę do kibla w domu.
Ulica pusta, w końcu była druga w nocy, więc szybko zsunąłem spodnie i majtki i zrobiłem co trzeba. Przy podjeździe sąsiadów, strasznych sztywniaków. W kieszeni miałem jakieś chusteczki i się wytarłem, potem cichutko rzuciłem je za płot.
Spokojnie wróciłem do domu, opłukałem się w łazience i poszedłem spać.
Najlepsza akcja była rano. Pan Sztywniak i jego żona byli potwornie wkurzeni... na sąsiada, który mieszka obok nich i na co dzień lubi sobie wypić. Już parę razy odlał się tam, gdzie nie trzeba, więc nikt nie uwierzył, że to nie on. Kiedy pan Sztywniak pokazał mu moje dzieło, pan żul puścił pawia. Sztywniakowa zrobiła się zielona, jej mąż fioletowy. Biedny żul musiał po sobie i po mnie posprzątać.
Trochę było mi głupio tej wpadki, ale dla min Sztywniaków było warto.
I nikt się nie dowie, że ta kupa to moje dzieło.
Stoję sobie w kolejce na poczcie, pani w okienku porusza się w tempie leniwca ze „Zwierzogrodu”, no ale nic, czekam cierpliwie, żeby wysłać listy. Po dłuższym czasie oczekiwania wreszcie przyszła moja kolej. A że humor mi dopisywał, to się uśmiecham. Nagle pani w okienku z oburzeniem zapytała, co mnie tak bawi, z czego ja mam czelność się śmiać!? Była przy tym, delikatnie powiedziawszy, agresywna.
Lekko mnie zamurowało. Stać mnie było tylko na odpowiedź: „Mam dobry humor więc się uśmiecham. A dlaczego pani jest dla mnie niemiła?”. Panie w kolejce za mną zaczęły prychać, towarzyszka z okienka zjechała mnie za bezczelność... Rzuciła w moją stronę znaczkami i resztą...
Poczułam się upokorzona i nie do końca rozumiem, za co mi się oberwało... Chyba już wiem, dlaczego spotyka się tak mało uśmiechniętych ludzi... Bo za uśmiech można oberwać.
Kilka dni temu mieliśmy u znajomego imprezę z okazji jego osiemnastki. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy kolega wyciągnął z lodówki coś mocniejszego. Potem film nam się urwał. Rano znaleźliśmy plastikowego kościotrupa w łazience, ostrzeżenie o robotach drogowych i kontener na śmieci w kuchni, a po salonie biegał jakiś kot. Nikt nic nie pamiętał, ale trzeba było ustalić pierwotnych właścicieli wymienionych przedmiotów i opcjonalnie osobę odpowiedzialną za tego kota-pierona.
Znajomy nalał każdemu wodę na kaca, dał kotkowi szynkę z lodówki i zebraliśmy się przy stole, wspólnie debatując nad całą sprawą.
Oto co ustaliliśmy:
1) Znak pochodził z placu budowy znajdującego się kilka ulic dalej (miał miejsce i czas robót podane).
2) Kostek najprawdopodobniej został pożyczony wraz z kontenerem z miejsca między blokami, gdzie wyrzucają śmieci.
3) Pochodzenia kota – nazwanego tymczasowo Bimber – nie ustalono.
Tak więc znajomy święta spędził z nowym towarzyszem Bimbrem, który zadomowił się w jego domu na dobre. Jak to mówią, dobry melanż nie jest zły :)
Gdy byłam dorastającą dziewczyną, mama zabroniła mi się golić – nawet nogi odpadały. Tak oto stałam się wielkim pośmiewiskiem w końcowej fazie podstawówki, a w gimnazjum znienawidziłam lekcje WF-u, siebie oraz moją mamę. Mama wiecznie powtarzała, że moich włosów nie widać i mam nie przesadzać. Że jak zacznę golić, to będą twarde i nigdy się ich nie pozbędę. Mówienie jej, co robią inne dziewczyny, potęgowało jej zdenerwowanie i przegadywankę: ale ty nie jesteś wszyscy. Nie liczyła się z moimi uczuciami, kompleksami, tym, że jestem sensacją i kozłem ofiarnym. Była tak uparta na moje niegolenie się, że mnie sprawdzała, a nawet przekopywała mi pokój w celu sprawdzenia, czy nie mam przypadkiem jakiejś maszynki/żyletki „nielegalnie”. Często ganiła mnie za moją głupotę, że chcę być jak inne „głupie dziewczyny”, że sadzała mnie na stołku w kuchni i krzyczała na mnie, wyzywała mnie do momentu, aż się rozpłakałam.
Zaczęłam się golić pod koniec trzeciej klasy gimnazjum i zrobiłam to u koleżanki, w gościach. Byłam taka zdesperowana, nie mogłam na siebie patrzeć... Zaprosiła mnie do siebie na naukę matematyki, a ja po prostu poszłam do łazienki i użyłam jej maszynki (którą jej ukradłam). Wróciłam do domu i specjalnie pokazałam mamie swoje błyszczące i gładkie nogi. Jej złość pamiętam do dzisiaj. Nigdy więcej nie widziałam jej tak czerwonej i kipiącej nerwami. Zrobiła mi wielką wojnę, i ona płakała z tych emocji, i ja, ale finalnie dopięłam swego.
Nie mogę na nią liczyć po dziś dzień, a minęło parę lat od mojej matury po technikum. Po tamtym wydarzeniu kazała mi iść swoją drogą, „skoro jestem taka przemądrzała”. Można rzec, że obraziła się na mnie na całe życie, chociaż myślę, że to nie przez sam czyn golenia, a przez nieposłuchanie jej, niespełnienie jej żądań, oczekiwań.
Ach, te mamy...
Około 5 lat temu. Siedząc w domu w sobotę, postanowiłam obejrzeć jakiś film. Jako 13-letnia dziewczynka nie chciałam oglądać już bajek, a film, by poczuć się jak „dorosła”. W telewizji nic ciekawego. Nie miałam też nic ciekawego na swoim komputerze, więc postanowiłam, że odpalę komputer brata. Szukam filmów w folderze. „Gwiezdne wojny” oglądałam, więc jadę dalej. „Titanic” – zaciekawił mnie ten tytuł, więc postanowiłam obejrzeć. Włączam i moim oczom ukazują się sceny o charakterze bardzo jednoznacznym, przeznaczone jedynie dla osób dorosłych... Aż spadłam z krzesła.
Okazało się, że mój brat cwaniak zmieniał tytuły filmów porno na tytuły filmowych klasyków i w ten sposób ukrywał to, co się pod nimi znajduje.
Teraz gdy przychodzi jego dziewczyna i mają zamiar oglądać film, pytam go, czy „Titanica” będą oglądać, bo przecież to takie romantyczne xD
Mając 12 lat, byłem z rodzicami, wujkami, ciociami, kuzynkami i kuzynami na wakacjach. Taki rodzinny wyjazd. Była tam jedna (akurat przybrana) kuzynka, która z jakiegoś powodu mnie jako 12-latkowi się podobała.
Któregoś dnia jeden z wujków kazał po coś pójść do ich pokoju. No więc poszliśmy. I ja, i ona. W pokoju było ciemno, zasłony zasunięte, naprawdę mało było widać. Po omacku – trochę dla żartu – zaczęliśmy szukać włącznika światła. I w tym momencie przesuwając rękoma po ścianie, pomyślałem, czy może by tak „przez przypadek” nie trafić na jej biust. No i to zrobiłem... Od razu odskoczyła, a do mnie dotarło, co ja w zasadzie zrobiłem. To WCALE nie wyglądało jak przypadek! Oczywiście moje przeprosiny i prośby, żeby nikomu o tym nie mówiła nic nie dały i cała rodzina się o tym dowiedziała, na szczęście ona się bardziej ze mnie śmiała niż była obrażona.
Za każdym razem jak mój mózg trafia na to wspomnienie, mam ochotę zapaść się pod ziemię.
W szóstej klasie podczas lekcji WF-u pewien kolega złamał mi rękę. Wymyślił sobie super zabawę, że będzie podbiegał do innych osób od tyłu i łapał je za nogi. Wszystkich łapał za jedną, więc jakoś udawało im się utrzymać równowagę, a mnie znienacka złapał za dwie. Nie miałam nawet jak zareagować. Odruchowo, żeby nie upaść na twarz, wyciągnęłam rękę, a gdy ją podniosłam, już leżąc na ziemi, wyglądała bardzo dziwnie. Złamanie w dwóch miejscach, dodatkowo z przemieszczeniem, generalnie nieciekawa sprawa. Szczęście w nieszczęściu, że była to lewa ręka, a ja jestem praworęczna.
Na zielonej szkole, która miała miejsce niedługo po tym zdarzeniu, oczywiście omijały mnie wszelkie atrakcje typu park linowy itp. Może jakimś wybitnym sportowcem nigdy nie byłam, ale lubiłam np. siatkówkę czy badmintona, z tego też oczywiście zostałam wyłączona na dłuższy czas.
Kolega nie poniósł właściwie żadnych konsekwencji. Miał mieć obniżoną ocenę z zachowania – z bardzo dobrego czy nawet wzorowego na najwyżej poprawne. Był niezłym uczniem, startował do jednego z lepszych gimnazjów w okolicy, więc ta ocena na pewno trochę by mu zaszkodziła. Nic takiego się jednak nie wydarzyło, bo jego ojciec zaczął straszyć wychowawcę i dyrekcję szkoły, że naśle kuratorium za takie niesprawiedliwe traktowanie jego synka, że zabierają mu szansę na dostanie się do dobrej szkoły i takie tam. Moi rodzice jakoś bardzo też o to nie walczyli, bo to by raczej mojej ręce sprawności nie dodało (chociaż po latach mama stwierdziła, że może trzeba było, tak dla zasady). No trudno, było, minęło.
Najlepszy jednak jest koniec tej historii. Zakończenie roku szkolnego, ja już bez gipsu, choć ręka nadal usztywniona. Do sali wchodzi nie kto inny, jak mój ulubiony kolega... z nogą w gipsie. Okazało się, że złamał ją sobie dosłownie dwa dni wcześniej. Dawno się tak nie uśmiałam jak wtedy, ten widok wynagrodził mi chyba całe wielotygodniowe cierpienie.
Karma jednak istnieje :D
Jestem mężczyzną po czterdziestce. W miarę ogarniam swoje otoczenie. Mieszkam poza krajem. Mam całkiem przyzwoitą karierę, dom i pasje w postaci starych aut oraz nowszych, szybkich motocykli. Często też wyjeżdżam w różne zakątki świata, gdyż fascynują mnie podróże. Od czasu rozwodu jestem jednak sam. Nie jestem może modelem, ale nikt też nie ucieka przede mną z przerażenia. Zdrowy styl życia, brak nałogów i siłownia skutkują tym, że podobno całkiem znośny ze mnie typ. Cały problem w tym, że nie jestem w stanie spotkać normalnej kobiety na poziomie. Wszystkie panie, które poznaję, to wariatki z wybujałym ego. Nie wiem, czy jest to kwestia wieku, gdyż interesują mnie relacje z kobietami w podobnym przedziale wiekowym.
Na początku zawsze jest pięknie, a po kilku miesiącach na światło dzienne wychodzą zawsze jakieś brudy, takie jak duże kłopoty finansowe, poważne problemy psychiczne albo wszystko razem. Zawsze od razu kończę taką znajomość, gdyż nie mam ochoty rozwiązywać problemów obcych ludzi. Nie jestem rycerzem na białym koniu. W dzisiejszych czasach zabawa w rycerza kończy się szybko i boleśnie...
Czy mam wyrzuty sumienia? Absolutnie nie! Wszystkie kobiety, z którymi się spotykałem, miały grupę facetów gotowych zrobić dla nich wszystko. Jednak żaden z nich nie był odpowiedni i wprost drwiły z nich w bardzo niewybredny sposób w mojej obecności. Czy chciałbym wpuścić taką osobę do swojego otoczenia? Wolę jednak życie samotnego wilka.
O niczym innym nie marzę tak, jak o ucieczce – najlepiej tej bez powrotu.
Dorastałam w chorobach, bólu, smutku oraz żałobie. Nie miałam dzieciństwa, czasu na spotkania ze znajomymi. Jedyną odskocznią była szkoła, lecz przez moje wycofanie raczej podpierałam murki i zatapiałam się w książkach. Wyrosłam na osobę cichą i negatywną przez małą ilość światła, jaka mnie otaczała. Moja rodzina jest schorowana. Odkąd pamiętam z rodzicami jeździliśmy opiekować się dziadkiem, ciocią, drugą ciocią, i innymi. Wszyscy byli uzależnieni od nas, a my nie potrafiliśmy patrzeć na kolejną tragedię i stawaliśmy na wysokości zadania. W grę wchodziły nowotwory, schorzenia typu demencja czy parkinson, ale też zwyczajna starość i niedołężność. Nigdy nie mieliśmy swojego życia. Ciągle byliśmy w ruchu i jeździliśmy od jednego domu do drugiego, a poza planami i ustaleniami również bardzo często gdzieś wyruszaliśmy, bo telefon z prośbą o zrobienie czegoś wcale nie był rzadkością. Każdy z nas miał indywidualne zadania – jeden np. kogoś mył, drugi gotował, trzeci sprzątał, itd.
Jako nastolatka buntowałam się. Mówiłam nawet, że wszyscy nas wykorzystują. Znienawidziłam wszystkich. Znienawidziłam wszystko. I dodatkowo znienawidziłam siebie przez m.in. swoją orientację. Nie miałam czasu na swoje zainteresowania czy znajomości i nie potrafiłam zwalczyć tego żalu, tej pretensji. Żyłam w wielkiej, czarnej dziurze. Notorycznie kłóciłam się z rodzicami, bo nie chciałam wypełniać rodzinnych obowiązków, próbowałam uciekać z domu, pewnego razu konflikt był tak mocny, że kontakt z mamą zepsuł mi się na kolejne lata. Lecz potem-potem, kiedy się uspokoiłam, wyrosłam, a później jeszcze zrobiłam prawo jazdy, i gdzieś na nowo zbliżyłam się z rodzicami, nadal jestem uwiązana i nadal pomagam.
Aktualnie jestem po 25 r.ż., moja babcia jest sparaliżowana całkowicie po drugim udarze, dziadek ma poważne problemy z sercem, moi rodzice sami mają coraz więcej problemów zdrowotnych. I jesteśmy na każde zawołanie, w domu jedynie śpiąc, nieraz nie ma czasu nawet na obiad. Moją jedyną odskocznią jest praca, w której jak kiedyś w szkole – podpieram murki i siedzę cicho, robiąc to, co mam zrobić. I jak kiedyś w gimnazjum i szkole średniej, wewnętrznie się buntuję, przyjaźnię z nienawiścią, i siedzę w swojej czarnej, depresyjnej otchłani.
Marzę tylko o jednym – by to wszystko się już skończyło. W jakikolwiek sposób.
Historia miała miejsce, jak miałam jakieś 10 lat. Mieszkałam z mamą i siostrą młodszą o 5 lat. Spałyśmy z siostrą na jednym łóżku, ale w tym samym pokoju co mama.
Pewnego wieczoru bawiłyśmy się, w międzyczasie jedząc czekoladę. Po tych wszystkich harcach poszłyśmy spać. Rano obudziła mnie siostra, szturcha mnie w ramię i mówi po cichutku: „Julia, mama się chyba zesrała...”. Moja mina to jedno wielkie wtf. Patrzę na mamę, a ona twarz i spodnie od piżamy ma brązowe. Nie powiem, wyglądało to co najmniej dziwnie. Podeszłyśmy do łóżka mamy i wyobraźcie sobie jej minę, gdy stoją nad nią dwie córki, a jedna mówi: „Mamo, zesrałaś się...”.
Potem dopiero się okazało, że jak poszłyśmy spać, to mama wzięła sobie kilka kostek czekolady i zasnęła z nimi w ręce.
Teraz mnie to śmieszy, ale wtedy nie było to takie zabawne :)
Dodaj anonimowe wyznanie