Byłam na imprezie niedawno. Dość dużej imprezie u koleżanki, co na studiach ją poznałam. Narzekam na brak chłopaka i bardzo chciałabym z jakimś być, ale niestety co kolejna randka, to większy pech. Myślałam, że może tym razem kogoś poznam. Był jeden chłopak, który mnie interesował. Wysoki, przystojny. Marzenie... Na początku wstydziłam się, ale trochę wypiłam i od razu miałam odwagę, żeby z nim pogadać.
Zaczęliśmy rozmawiać na fajce i okazał się całkiem fajny. Później jak tańczyliśmy, to ze mną ciągle tańczył, byliśmy przytuleni. Zaproponował mi, żebym za kilka dni wpadła do niego na kawę i „co nieco”. Byłam zachwycona, na koniec pocałowałam się z nim. Spodobał mi się i myślałam, że to będzie wreszcie to coś... Pisaliśmy regularnie od czasu spotkania i wysyłałam mu zdjęcia. Także zdjęcia ciała w bieliźnie oraz jedno bez... i dużo zdjęć twarzy.
Nadszedł dzień spotkania u niego na kawę i napisałam do niego, czy spotkanie aktualne i że już się szykuję. A on chamsko odpisał. Długą wiadomość. Że przeprasza,
ale będąc pod wpływem, założył się z kolegami, że wskoczę mu do łóżka. I że wydębi ode mnie nagie fotki. Założył się z nimi, że to zrobimy, ale powiedział im, że „to dla niego za mocne i nie da rady tego ze mną zrobić”. W wiadomości przyznał, że zrobili to dla śmiechu, bo jestem ulana i gruba i wiejska. Później jego „kumple” pisali mi na fb wiadomości typu „fajny tatuaż”. Mam tatuaż na brzuchu i na piersi jeden, więc oglądali moje fotki...
Wstyd, jakich mało. Upokorzenie na maksa.
Ostatnio byłam u mojej kuzynki, która ma dwójkę dzieci i dwa psy. Jeden rasy york jest trzymany w domu, śpi z nimi na łóżku, dostaje wspaniałą karmę, wszystko super. Drugi jest kundlem, wzrostem sięga kolana, nie wiem skąd go mają, ale ma już około 3 lat. Podobno od początku były z nim problemy, był agresywny, często uciekał itd., więc jej mąż wymyślił, że trzeba go zagrodzić i w ten sposób pies skończył w kojcu o wymiarach 2x2 metry, który zagrodzony jest nawet od góry, aby pies go nie przeskoczył. Ma co prawda budę (cud), jako jedzenie dostaje to, co zostanie z obiadu, chyba że nic nie zostanie, to czasami nie je przez jeden dzień totalnie nic. Te „posiłki” dostaje raz dziennie, jak komuś chce się do niego wyjść, podają mu je po prostu wlewając przez ogrodzenie, bo do środka nikt nie ma odwagi wejść. Pies chyba od dwóch lat nie był szczepiony na wściekliznę ani odrobaczany, ponieważ każdy boi się podejść, a co dopiero zapiąć go na smycz i zaciągnąć do weterynarza. Pies ma tragiczne warunki, cały czas skacze i piszczy.
Ja się nie dziwię, że jest on agresywny, skoro tyle czasu spędził w zamknięciu i odizolowaniu. Z kuzynką gadałam wiele razy, mieli mu powiększyć wybieg, ale skończyło się na słowach. Jestem totalnie bezradna, bo jednak jest to moja rodzina i nie chcę, żeby ponieśli wysoką karę za trzymanie psa w takich warunkach, poza tym gdyby ktoś się dowiedział, że zgłosiłam sprawę na straż miejską, to myślę, że wszyscy by się ode mnie odwrócili. Powagę sytuacji rozumie tylko mój chłopak. Nie wiem kompletnie jak mogę pomoc psu, nie robiąc problemów mojej rodzinie. Może macie jakiś pomysł?
Gdybym równo rok i dwadzieścia pięć dni temu nie przestał pić, zapewne nie miałbym okazji pisać tego wyznania. Moje wyniki badań wprawiły w zadumę Panią Doktor i powiedziała tylko tyle: „Panie Arku, pan gra z grabarzem w berka”. Te krótkie, żołnierskie słowa wprawiły z kolei w zadumę mnie. Jak to, czyżby brak kondycji, bóle mięśni, stawów, mocno podwyższone ciśnienie, bóle brzucha, codzienny odruch wymiotny, krwawienia z układu pokarmowego i brak apetytu mogły być spowodowane banalną „niedojrzałością czerwonych krwinek”, przekroczeniem norm wątrobowych o banalne (tak) 3000 procent i ogólnym zatruciem organizmu? Gdzieżby tam, przecież ja piję sobie tylko rekreacyjnie. Tak właśnie myślał nietrzeźwy umysł.
Dwa miesiące w szpitalu i zajęcia prowadzone przez terapeutów dały mi odpowiednią wiedzę i narzędzia do tego, by zrozumieć, jak bardzo podstępną chorobą jest alkoholizm i jak z nim walczyć. Ukazały, że mózg potrafi być bardzo egoistycznym oszustem i dla własnej przyjemności niszczyć karmiące go ciało bez względu na konsekwencje. Obserwacje zmian zachodzących w rozumowaniu w trakcie trzeźwienia otrzeźwiły mnie jeszcze bardziej. Obserwowałem swoje ciało uważnie. Już w szpitalu wrócił apetyt i zniknął odruch wymiotny, ustąpiły krwawienia, metabolizm wracał do normy. Po trzech miesiącach zniknęły popękane naczyńka krwionośne na twarzy i innych miejscach ciała, po sześciu ustąpiły bóle mięśni i stawów. Zacząłem porządkować swoje życie. Miałem naprawdę bardzo dużo szczęścia, że miałem jeszcze kochające osoby wokół, które nie odwróciły się ode mnie i z całych sił pomagały w leczeniu. Miałem dużo szczęścia, że trafiłem na wspaniałych lekarzy i terapeutów, którzy chcieli i potrafili przekazać wiedzę niezbędną w leczeniu i dawali energię niezbędną do tego. Miałem naprawdę dużo szczęścia... Dziękuję. Dziś mam dobrą pracę i naprawiam skutecznie to, co popsułem.
Jeśli choć jednej osobie moje słowa pomogą w podjęciu walki z nałogiem, to warto było.
Zawsze kiedy jadę autobusem czy tramwajem przez bardziej niebezpieczne czy też brzydko mówiąc „patologiczne” osiedla, to mam nadzieję, że będzie kontrola. Nic mnie tak nie cieszy jak kontrola, kiedy śmierdzi, lecą same wulgaryzmy albo ktoś zaśnie (mówię tu o pijakach).
Ot, historia: cały tramwaj zarąbany patusami, brak normalnej żywej duszy, tramwaj malutki, nie było miejsca, by usiąść. Ja wracam z uczelni, była zima, koło 17, więc już ciemno. Stanęłam sobie przy maszyniście, bo tam czuję się najbezpieczniej, trzymałam torebkę blisko, bo oczywiście strach, że ktoś coś ukradnie wygrał i oto pojawili się oni, dwóch ogarniętych kanarów, och, moja radość nie znała granic.
I tak oto w tramwaju zostałam ja, maszynista i dwóch kontrolerów, kto silniejszy, to się przepchał i zwiał, paru się pokłóciło i całość patusów wysiadła na kolejnym przystanku.
Kanary, kocham was. Wasza praca jest bardzo ważna!
Pozdrawiam z cuchnącego tramwaju :(
Ludzie zawsze mówili mi, że kiedyś zmienię zdanie i pokocham dzieci. Nieważne, jak często powtarzałam, że tak się nie stanie, oni i tak upierali się przy swoim. Nawet mąż (który przed ślubem opowiadał, jak to sam nie znosi dzieci). W końcu mąż stwierdził, że ma dosyć przekonywania mnie i wziął sprawy w swoje ręce (czyli przebił prezerwatywę, ale przez jeszcze lata o tym nie wiedziałam). Oczywiście, nim zdążyłam podjąć jakąkolwiek decyzję, rodzina już kupiła mi sto rzeczy dla dziecka, słodkie ubranka, łóżeczko itd. Wciąż powtarzali, jakie dziecko będzie piękne, że pewnie będzie miało moje oczy itd. Ostatecznie urodziłam.
Dzisiaj mija czternaście lat od tego dnia i nie. Nie pokochałam mojej córki.
Mam 17 lat i ostatnio trafiłam do szpitala. Jak to bywa w wolne, chciałam się wyspać. Ostatnio technologia poszła niesamowicie do przodu, termometr teraz wygląda jak pistolet, który przykłada się do głowy.
O godzinie 18 przyszła pielęgniarka i wycelowała we mnie „pistoletem”. Akurat miała pecha, bo ja otworzyłam oczy i na ten widok zaczęłam krzyczeć: „Pomocy, ratunku”. Pielęgniarka uspokoiła mnie, że to tylko pomiar temperatury. Schowałam się pod kołdrę – nie wiedziałam, czy się śmiać czy płakać.
Mam prawie 26 lat i odkąd pamiętam zasypiam, głaszcząc skrawek... pieluchy tetrowej. To pozwala mi się wyciszyć i szybciej zasnąć :)
Chciałbym opowiedzieć Wam krótką historię, która przytrafiła mi się w te wakacje. W sumie to będzie taka przestroga.
Pracuję w pewnej miejscowości jako pizzer. Był to upalny, niedzielny dzień; ludzi masa... W pewnym momencie brakło papryczki chilli, więc ja, odważny i szybki chłopak (nawet przystojny, he, he) szybko pobiegłem jej nakroić. Aktualnie nie mieliśmy chilli, tylko jakąś baaardzo ostrą, która wyglądała bardzo przyjemnie (do tego jaki zapach! taki słodziutki). Ale jak wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, więc skosztowałem, czy naprawdę jest taka słodka, jak myślę. Niestety myliłem się, była piekielnie ostra... Nawet dotyk powodował, że skóra piekła. Za bardzo nie mogłem nikogo dotykać, bo przenosiło się to na innych.
Po zakończeniu pracy poszedłem na taką, można powiedzieć, imprezę w plenerze, bo w sumie to były dożynki, gdzie pije się i bawi. Ja po upojnej nocy poszedłem do domu. Nagle zachciało mi się chwili przyjemności, więc rozpinam rozporek i dobieram się do mojego Melchiora. Po paru chwilach zaczynam czuć jakby płonął. To było straszne... Czym prędzej biegnę do najbliższego źródła wody i moczę go, żeby ochłonął trochę. Niestety... Nic to nie dało. Przez 3 dni był spuchnięty, czerwony i cały obolały. A wystarczyło umyć ręce w mleku :(
Więc morał jest taki: Zawsze gdy kroisz ostrą paprykę, umyj potem ręce mlekiem, żebyś nie musiał cierpieć jak ja.
Mam żonę i trzy córki. Przed wigilią umówiłem się z żoną, że ja załatwiam choinkę i Mikołaja, a ona resztę. Dla mnie układ wspaniały.
Choinka jest, rozpocząłem poszukiwania Mikołaja. Pytałem znajomych z dziećmi, dostałem kilka numerów, ale Mikołajowie ci byli dość drodzy i zajęci. Sam znalazłem dość taniego, a nawet bardzo taniego Mikołaja. Umówiłem się z nim, że zejdę z prezentami na dół, on odczeka jakieś 5 minut i wejdzie.
Wszystko szło zgodnie z planem, tylko Mikołaj coś długo nie przychodził...
A wiec krótkie podsumowanie: zwiał ze złotym łańcuszkiem, iPhone'em, perfumami i torebką Michaela Korsa.
Mam 18 lat, aktualnie jestem w liceum. Pod koniec roku zaczęłam robić prawo jazdy, za namową rodziny. Niestety, okazałam być się kompletnym debilem, bo nie szło mi zupełnie, w dodatku bardzo rozwlekłam kurs i naukę w czasie. Ostatecznie kurs przerwany, rodzina wkurzona, instruktor też, że musiał użerać się z kimś takim. Stresu mnóstwo, pieniądze stracone, ale temat został zamknięty.
I w zasadzie tu się zaczęło. Wrzask, że do niczego się nie nadaję, do mojego liceum też (ostatnią klasę skończyłam ze średnią 4.5, nigdy jakimś orłem nie byłam, pochwał u nauczycieli też nie zbierałam, robiłam swoje i tyle), że powinnam zabrać z niego papiery i szukać źródła utrzymania... Jakieś groźby odcięcia od pieniędzy, teksty, że jestem niezaradna życiowo, że nie mam pojęcia co chcę robić w życiu, a ich ambicje względem mojej osoby spadają do zera.
Niby słowa są tylko słowami, ale masakrycznie siedzi mi to w głowie. Szczerze, to po kilku takich kłótniach załamałam się, czując się jak ostatnia idiotka. We wrześniu wylądowałam na antydepresantach, bo było nieciekawie (wtedy nagle zrobili się mili i pomocni). Oficjalnie przez stres. Nie mówiłam, co mnie w rzeczywistości dobiło, jedynie wspomniałam coś u lekarza i w zasadzie to tyle.
Ostatecznie nadal mieszkam u rodziny, nadal chodzę do liceum, słuchając wiecznego narzekania z racji bycia pasożytem społecznym.
Nie chcę ich szczególnie obwiniać, ale czasem nie mam siły na ich praktycznie codzienne docinki, odcinam się po prostu, na tyle, na ile mogę. Mam dość.
Dodaj anonimowe wyznanie