W zeszłe wakacje zrobiliśmy sobie rodzinny wypad nad jezioro pod namioty. Byłam ja, mój chłopak, jego rodzice, moi rodzice, moja ciotka z wujkiem i dwoma kuzynami.
Jak to bywa przy ognisku, tańce, hulańce do białego rana, wpajając w siebie litry alkoholu.
Następnego dnia, godzina 12:00, wszyscy powychodziliśmy z nor, każdy skacowany, każdy z bólem głowy, każdy szuka wody, a tu wody nie ma. Z jeziora pić to nie bardzo.
No więc mój szanowny ojciec stwierdził, że kobiety zostaną, a chłopy skoczą do sklepu w poszukiwaniu czegoś do picia. Sklep był daleko za lasem, droga do niego zajmowała jakąś godzinę, ale skoro wszyscy byli chętni, to czemu nie. Poprosiłam ojca, żeby kupił najlepiej 5-litrową butlę, przyda się do picia, do ugotowania wody na herbatę czy do zalania zupek chińskich, bądź też po prostu do umycia zębów, żeby nie płukać brudną wodą. Misja została przez niego zaakceptowana i ruszyli w głąb lasu.
Godzina 13:00 - ich nie ma.
Godzina 15:00 - ich nie ma.
Godzina 17:00 - ich dalej nie ma.
Jak na złość żaden nie wziął telefonu, więc nie mogłyśmy się z nimi skontaktować, ale no nic, stwierdziłyśmy, że pewnie ten sklep był zamknięty i poszli szukać innego.
Godzina 18:00 - ich nie ma.
I tak mijały godziny, aż w końcu zaczęło się ściemniać.
My całe roztrzęsione, bo zostałyśmy same w lesie, robi się ciemno, oni wyszli przed południem i jeszcze nie wrócili, pewnie coś się stało.
Aż tu nagle w głębi lasu widać cały sznur ''ukucniętych'' facetów, trzymających się za biodra, tworząc przysłowiowy ''pociąg'', z tym że oni ewidentnie chcieli przejść potajemnie. Na przodzie mój ojciec weteran, z patykiem, na którym widniało kilka listków i za którym próbował się ukryć. No i tak maszerowali w naszą stronę. Narąbani jak świnie, dotarli żywi na miejsce.
Z małą buteleczką wody.
No, ale cóż.. challenge accepted!
Pewnej zimy, mając nie więcej niż 4 lata, idąc z mamą na miasto zostałam posadzona na sankach, żeby było szybciej, bo taki wypad z dzieckiem jest dłuższy i bardziej męczący.
Jak już wspomniałam, moja rodzicielka posadziła mnie na sankach, po czym opatuliła kocykami, wszystko ładnie pięknie, aż w pewnym momencie spadłam z tych sanek, zamyślona rodzicielka nawet się nie zorientowała, że zgubiła dziecko po drodze. Przechodząc dobre 3-4 metry poczuła, że sanki są coś za lekkie, a ja leżę ja chodniku. Nie dość, że byłam opatulona kocem, to zimy kiedyś były mroźniejsze i dzieci były grubej ubierane. Jako że miałam szalik owinięty na twarzy, nie mogłam ani jej zawołać, ani wstać, więc tak leżałam i czekałam aż po mnie wróci.
Sprawa działa się mniej więcej 8 lat temu, gdy mój pradziadek jeszcze żył.
Miał wtedy już 95 lat (co jest ważne dla tej historii), jednak był zadziornym i wesołym staruszkiem.
Cała historia polega na tym, że pewnego dnia mama wróciła do domu ze smutną wiadomością o śmierci jednej z naszych sąsiadek. Wywiązał się mniej więcej taki dialog:
[Mama] - Umarła pani XYZ, miała 58 lat.
[Pradziadek] - A bo staro już była, to umarła.
Najgorsza rzecz, która może się zdarzyć fanowi kryminałów.
Wypożyczyłam książkę w bibliotece, zadowolona, że będę miała co czytać.
Przeczytałam pierwszy rozdział. Drugi. Trzeci. Aż w końcu akcja się rozwija! Morderstwo!
Ogromnie zaciekawiona czytam dalej. Na następnej stronie zauważam podkreślone ołówkiem imię jednego z bohaterów. A przy nim napis: "on zabił"...
Chodziłam do gimnazjum przy liceum, do klasy językowej. Co ważne, od lat nie ćwiczyłam na WF-ie i w drugiej gimnazjum przeniosłam się do grupy chłopców na zajęcia, które były w grupach, bo dziewczyn było za dużo. Przez te dwa lata zaprzyjaźniałam się z nimi dużo bardziej niż z którąkolwiek dziewczyną z klasy.
Było to około 4, może 5 lat temu. Byłam wtedy w pierwszej klasie liceum i tymczasowo po operacji jeździłam na wózku.
Zazwyczaj po szkole "jeździły" mną koleżanki z klasy. Dla nich było to ciekawe doświadczenie, a ja czułam się akceptowana dzięki temu.
Zazwyczaj pomagały mi się przemieszczać koleżanki, prócz przerwy po angielskim (były grupy międzyklasowe, a do naszej grupy trafiły tylko osoby ze starej klasy z gimnazjum), kiedy to pomagali mi moi kumple z gimnazjum. Nagle to stawałam się czołgiem, który robił "brum, brum!" i "taranował" gimnazjalistów.
Historia świeża, bo z wczoraj. Wracam późnym wieczorem od kolegi do domu ścieżką, którą raczej nikt nie chodzi. Zauważyłem, że idzie za mną wysoki facet z kapturem na głowie, było ciemno, więc nie mogłem stwierdzić, czy wygląda groźnie czy nie. No cóż, nawet jak to dres, to ja jako stały bywalec na anonimowych nie bałem się, wiadomo - złe dresy są na wyginięciu.
No ale przechodząc do sedna. Idę dalej, on w jednej chwili do mnie podbiegł i zapytał, czy mam pożyczyć jakieś pieniądze. Grzecznie odpowiedziałem, że niestety nie, po czym zostałem sprowadzony do parteru i pobity oraz skopany. Pieniędzy mi dzięki Bogu nie ukradł (bo ich nie miałem). Moja mina nie była bezcenna.
Obywatele anonimowych! Wiem, że trudno wam w to uwierzyć, ale tak, takie dresy też istnieją :D
Na początku chciałabym zaznaczyć, że rodzice mojej kuzynki wyjeżdżali do pracy do Niemiec czasami w tym samym momencie i wtedy ona zostawała u mnie. A, i jesteśmy w tym samym wieku.
Kiedy miałyśmy około 5 lat, podczas jednego z dłuższych pobytów kuzynki w moich skromnych progach, w moim domu trwał remont kuchni. Pracowali u nas młodzi panowie, a kilku z nich dla takich małolat jak my było nawet przystojnych. Więc jako bardzo pomysłowe stworzenia postanowiłyśmy pójść do sklepu mojej mamy i za uzbierane pieniądze kupić mocno różową szminkę.
Wróciłyśmy do domu, pomalowałyśmy usta (i zęby) tą szminką, a żeby było jeszcze ciekawiej, ściągnęłyśmy z siebie wszystkie ubrania oprócz majtek i włożyłyśmy na siebie reklamówki. Tak, takie zwykłe plastikowe reklamówki, które zasłaniały nam klatkę piersiową i brzuch. No i oczywiście nie mogło obyć się bez butów, także z reklamówek.
I tak oto ubrane dumnie przechadzałyśmy się po domu, a moja kochana babcia zrobiła nam zdjęcie, które do dziś gdzieś tam leży.
Zawsze czułam się gorsza.
10 kilo nadwagi, 156 cm wzrostu, zwykłe, proste, ciemne włosy, oczy w kolorze zielono-szarym. Jedyną częścią ciała, którą w sobie lubiłam były usta. Duże, pełne, kształtne. Niestety, przez moją wagę żaden chłopak nie zwracał na nie uwagi.
14-letnia ja. 17-letni on. Wysoki, szczupły, olśniewający uśmiech. Zauroczyłam się. Jego nietypowa uroda sprawiała, że moje koleżanki tego nie rozumiały. Mówiły, że nie mam u niego szans. Ciche adorowanie mi wystarczało, wiedziałam, że tacy chłopcy nie spotykają się z takimi dziewczynami jak ja.
21-letnia ja. 24-letni on. Jeden z klubów w mieście, w którym studiowałam. Piję piwo w kącie. Zwykłe jeansy i t-shirt nie zwracały uwagi żadnego chłopaka. Około 23.00, stoję przed budynkiem, paląc papierosa. Podchodzi on. Zaczyna rozmowę, przypomina mi kim jest. Wyznaje mi, że od czasu, kiedy mnie zobaczył w wieku 17 lat, nie widział nikogo piękniejszego. Tego dnia całowałam się po raz pierwszy.
28-letnia ja. 31-letni on. Rocznica naszego pierwszego pocałunku, teraz również i rocznica ślubu.
Teraz przy tym niesamowitym mężczyźnie czuję się najpiękniejsza, jak i pożądana.
Warto było czekać.
Stoję kiedyś przed sklepem zoologicznym i podziwiam zwierzaki na wystawie. W pewnym momencie obok mnie zatrzymał się ojciec z synkiem (na oko 5-letnim). Chłopczyk zainteresował się jednym ze zwierzaków i zaczął się mu przyglądać, więc tata jak to tata - chciał zabłysnąć wiedzą i pokazać synkowi trochę świata. Zaczął żywiołowo opowiadać:
- Patrz, synku. Tu jest takie zwierzątko - tu ma takie kręcące się oczka, tutaj takie śmieszne łapki, żeby mógł chodzić po gałązkach, a tutaj taki zawinięty ogonek! Czasami jak chce, to może nawet zmieniać kolory! O, patrz, jaką ma śmieszną buzię! (...)
Monolog leci, a chłopaczek patrzy nie na zwierzaka, tylko na swojego tatę. W końcu nie wytrzymuje i szczebioce swoim dziecięcym głosikiem do ojca tonem, jak gdyby tłumaczył coś idiocie:
- To kameleon, Tato!
Biedy tatuś był w takim szoku, że więcej dziecku już nic nie tłumaczył. :D
Zdarzyło się to parę lat temu. Wracałem autobusem do domu z ferii zimowych. Autobus Bydgoszcz-Warszawa.
Usiadłem sobie grzecznie kilka siedzeń od kierowcy. Słuchawki w uszach i jedziemy. Od początku wiedziałem, że ludzie w autobusie mają dziwne zwyczaje. Kobieta wyciągnęła z torby laskę kiełbasy i pomidora i zaczęła to wsuwać. Zapach kiełby roznosił się po całym autobusie. Na którymś tam przystanku przed Toruniem wsiadły jakieś paniusie z pieskami. Psy szczekały tak, że słyszałem to nawet przez słuchawki. Widać było, że niektórym ewidentnie to przeszkadzało. Kolejny przystanek przed Toruniem, do środka pakują się kolejni ludzie. Tył autobusu był oblegany.
Nagle takie wielkie poruszenie, wszyscy pchają się jak najdalej od końca autobusu. Nie wiem, co się dzieje. Pewna kobieta zapytała mnie, czy może obok usiąść, oczywiście się zgodziłem. Pytam się jej co się dzieje, a ona mi tłumaczy.
- Panie! Nie dość, że kundle w autobusie przewożą, to jeszcze jakiś oblech przed chwilą nas*ał na środkowym siedzeniu na końcu.
Nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. Zatrzymujemy się na dworcu PKS w Toruniu. Jakiś mężczyzna wybiegł z autobusu i uciekł. Po chwili na tyły autobusu idzie kierowca z baniakiem 5-litrowym i paroma paczkami chusteczek. Jego mina mówiła sama za siebie.
Nigdy nie wiedziałem, że mogę być świadkiem takich wydarzeń. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie