#SqWbp

Zacznę od tego, że moja mama strasznie uwielbia psy, szczególnie tego, którego mamy w domu. Wczoraj zablokował się jej telefon. Pomogłam jej go odblokować i trzeba było wpisać nowy kod puk. Mama nie miała pomysłu na 4-cyfrową liczbę, więc dla żartu powiedziałam "daj rok urodzenia swojego ulubionego dziecka". Zgadnijcie jaką datę podała...
Nie, nie podała mojego roku urodzenia, tylko rok psa.

#9NPMS

Historia miała miejsce jakieś 3 lata temu. Chodziłam do technikum, więc jak to często bywało (zwłaszcza kiedy było ciepło) po skończonych lekcjach chodziło się na piwo.

Tak też było tego dnia. Dziewięcioosobową grupą wybraliśmy się nad rzeczkę na piwo, oczywiście nie na jedno. Po jakichś 3 godzinach zostały 4 osoby: ja, koleżanka i dwóch kolegów. Stwierdziliśmy, że idziemy jeszcze na jedno, wypijemy sobie na spółkę. Tak też i zrobiliśmy. Poszliśmy do sklepu, a nie chciało nam się wracać nad ową rzeczkę, więc poszliśmy na most niedaleko naszej szkoły. Tak sobie siedzimy i pijemy jedno piwo na 4 osoby. Do mnie należał ostatni łyk, więc puszkę wyrzuciłam za siebie. W końcu myślimy, że rozchodzimy się do domów, więc idziemy w stronę przystanku, a tu nagle drogę zajeżdża nam Straż Miejska. Cała nasz trójka po 17 lat, więc zaczęliśmy się bać. Panowie żeby legitymację dać, no i do mnie, że proszę tę puszkę podnieść.

Kolegę puścili wolno, a my wraz z koleżanką samochodem Straży Miejskiej jedziemy na posterunek. Po drodze wywiązuje się dialog między mną a panem ze straży:
- Oj, proszę pana, to przecież jedno piwo było.
- Ja wiem, ale to zależy od mojego przełożonego.
- Proszę pana, tak na ładne oczy, pan nas puści...
- Niestety, to zależy od przełożonego.
- Ale na ładne oczy...
- Gdyby to ode mnie zależało, to bym was puścił.

No dobra, wchodzimy na posterunek. Przychodzi pan z siwymi włosami i pyta, co się dzieje. Pan na kamerach mówi:
- Pili jedno piwo na 4 osoby.
- Ha, ha! Jedno piwo na 4 osoby? Ale gruba impreza, puśćcie je wolno.

Straż Miejska też człowieki :D

#cyMi4

Niedawno szłam z moją przyjaciółką z dzieciństwa lasem do domu. 

Zmierzchało i było zimno, więc przytulone do siebie, szłyśmy chodnikiem jak najszybciej się dało. Nagle obok nas zatrzymało się nowe, sportowe auto. Szyby się opuściły i uśmiechnął się do nas młody, przystojny kierowca, pytając, czy nas podwieźć. 

Moja kumpela od razu się zgodziła. Nie bardzo miałam ochotę wsiadać w nocy do obcego auta, lecz nie chciałam też zostawać sama, więc weszłam do auta i pojechaliśmy. W połowie drogi nagle mnie coś wzięło i wyszeptałam do mojej towarzyszki: "Ej mała, wiem, że ten chłopak jest przystojny i w ogóle, ale chyba nie powinnyśmy tu wsiadać. Co jeśli nas gdzieś porwie i zamorduje?" 

Na moje słowa zrobiła tylko duże oczy i zaczęła się śmiać. Nie wiedziałam o co jej chodzi, a kierowca siedział niewzruszony. Gdy udało jej się uspokoić powiedziała: "Spokojnie, nic nam nie zrobi. Nie poznałaś mojego starszego brata? A tak po za tym, dzięki, że uważasz, że jest przystojny." Ostatnie słowa wypowiedziała trochę głośniej, na co jej ukochany braciszek odwrócił się na moment i uśmiechnął się do mnie, a ja nabrałam koloru pięknej czerwieni i siedziałam cicho do końca podróży.

#PDPCy

Moi rodzice starali się zawsze o chłopca. Urodziła się najpierw moja najstarsza siostra, potem mama zaszła znów w ciążę. Kiedyś nie było czegoś takiego, że po kilku miesiącach można się dowiedzieć, czy to chłopczyk czy dziewczynka, więc żyli z nieświadomością.

Tak więc gdy mama pojechała na porodówkę, tata czekał z niecierpliwością. Po kilku godzinach oczekiwania zadzwonił do szpitala i powiedzieli, że ma syna. Był taki szczęśliwy, że powiedział babci, aby się zajęła dzieckiem, a on poszedł pić ze szczęścia.

Nie pokazywał się cztery dni w szpitalu. Jakie to było zdziwienie, gdy przyszedł do mamy i okazało się, że lekarze pomylili osoby i zamiast syna urodziła mu się córka.
Ze smutku poszedł znów pić.

Ps. Teraz ma cztery córki i ani jednego syna...

#YtI3Z

Kiedyś, mając 9-10 lat, przez jakiś czas zawsze jak wracałam do domu po szkole zostawałam w domu z babcią. Czekałam, aż rodzice wrócą z pracy. Byłam dość grzeczną dziewczynką, ale często i gęsto nudziło mi się.

Pewnego dnia wróciłam ze szkoły wcześniej. Babcia była w domu, a ja poszłam bawić się na podwórko. Obok domu mamy takie pomieszczenie gospodarcze, gdzie znajduje się tzw. letnia kuchnia. Robi się tam latem jakieś przetwory, konfitury itp. W środku znajdowała się kuchenka elektryczna. Stał na niej jakiś garnek, a obok znajdowała się duża wieża, pod spodem wiele różnych rzeczy. Zaczęłam się tam bawić i poprzekręcałam wszystkie gałki kuchenki. Byłam tam jeszcze może z 5 minut, po czym babcia zawołała mnie na deser.

W domu siedziałyśmy może z pół godziny, nagle słyszymy - ktoś trąbi w samochodzie. Babcia oczywiście zaczęła coś marudzić, że to pewnie Cygani. Wyszła na dwór i zaczęła mnie wołać. Wychodzę, a tu pełno czarnego dymu i ogień. Pan, który trąbił był już na podwórku i gasił pożar. Byłam bardzo wystraszona, nie wiedziałam co się stało, zaczęłam płakać i prosić pana, aby nas uratował. Dopiero później uświadomiłam sobie co zrobiłam i gdyby nie pomoc tego wspaniałego pana, ogień przedostałby się do domu i nie miałabym gdzie mieszkać.

Pożar szybko ugaszono. Na szczęście straty były nie duże. Do dzisiaj nikomu nie przyznałam się, że to moja sprawka. Mama uznała, że pożar powstał przez starą wieże, którą postawił tam tata. Tak myślą do teraz. Nigdy więcej nie wykręciłam już takich numerów. A ognia panicznie boję się do dzisiaj.

#wUD3T

Sytuacja miała miejsce dwa lata temu, pewnego zimowego popołudnia. Dokładnie tego samego, w którym miałam zaplanowany egzamin praktyczny ze słynną eLką na dachu.
Mój chłopak był bardzo przejęty tym dniem, więc już wcześniej uparł się, że mnie zawiezie i na miejscu będzie trzymał za mnie kciuki.

Nastał owy dzień, od rana mój żołądek tańczył nerwowo macarenę, a mój luby ani nie odbierał, ani nie odpisywał. Egzamin o godzinie 14, na zegarze 11: 30, za pół godziny autobus, którym ewentualnie zdążę dotrzeć do miasta, w którym mieścił się WORD. 
Odpowiedzi od mojego kierowcy brak, więc postanowiłam pojechać autobusem. 

Na miejsce dotarłam godzinę przed egzaminem, mój telefon w autobusie jak na złość wydał swój ostatni 'pip' i padł. No nic, przyszło mi siedzieć i czekać na swoją kolej.
O godzinie 13: 40 otworzyły się drzwi poczekalni i wpadł mój ukochany. Był cały mokry i wyglądał, jakby przepłynął ocean spokojny.

Okazało się, że rano nie mógł znaleźć wyciszonego telefonu, a gdy znalazł, mój już był rozładowany. Samochód nie chciał mu odpalić, więc niewiele myśląc wsiadł na rower i przejechał prawie 30 km w minusowej temperaturze i śniegu, bo obiecał, że będzie tutaj ze mną.

Momentalnie rozpłakałam się ze szczęścia, że go mam.
 Jak tu go nie kochać? 
PS. Tak, zdałam.

PS2: Wróciliśmy razem autobusem. Przekupiłam kierowcę do zabrania roweru :)

#nwuPq

Opowiem wam pewną historię z mojego dzieciństwa, którą zna już większość moich znajomych...
Była wiosna, któryś dzień maja, a co za tym idzie w mojej szkole zorganizowano dzień sportu. Szkolnymi busami zabrano nas, małe dzieciaczki, na polanę, abyśmy mieli miejsce się wybiegać i wyszaleć. Zabawa trwała w najlepsze gdy zaczął intensywnie padać deszcz.

Nasz nauczyciel zabrał więc naszą grupkę pod drzewa, które rosły na skraju polany, abyśmy nie zmokli a sam poszedł zadzwonić i czekać na szkolne busy. Więc tak sobie staliśmy pod tymi drzewami, gdy nagle przypomniało mi się jak uczono nas by podczas burzy nigdy nie stawać pod drzewem. W prawdzie tylko padało, ale ja i tak widziałam w całej sytuacji ogromne zagrożenie. Wiedziałam również, że podczas burzy, aby uniknąć uderzenia piorunem należy położyć się płasko na ziemi.

Od zawsze należałam do osób lubiących dowodzić i jakoś tak było, że miałam autorytet wśród grupy. Dlatego też głosem dowódcy zarządziłam wyjście całej klasy spod tych drzew i położenie się płasko na trawie. Wszystkie dzieci podążyły za mną i już po chwili radośnie ze mną mokły.

Gdy zdążyliśmy już zapuścić korzenie, nasz nauczyciel w końcu przyszedł. Nigdy nie zapomnę jego wyrazu twarzy, pełnego dezorientacji, braku zrozumienia i kompletnego niedowierzenia. Do szkoły wróciliśmy mokrzy, zieloni od trawy, a ja nie rozumiałam, dlaczego nie dostałam pochwały za uratowanie życia całej klasie.

#yRt31

Często czytam o sytuacjach typu "nieprawdopodobne, a jednak". Nie sądziłam, że i mnie kiedyś może to spotkać.

Jednak... Oto w grudniu w wigilię stałam jak słup soli w samym centrum rynku, niema z powodu cudownie zawalonego gardła, wpatrując się w człowieka z pierścionkiem w ręku, który klęczał przede mną. Nie, nie.. Tu nawet nie chodzi o to, że nie mogłam odpowiedzieć. Nawet nie o chwilę, ani nastrój. Wszystko było idealne. No może prawie.
Zostałam poproszona o rękę przez kompletnie obcego mi mężczyznę. Tysiące gapiów wpatrujących się w głównych bohaterów tej jakże romantycznej chwili. Dziewczyna zakatarzona, niemogąca wypowiedzieć nawet cisnącego się na usta "Co ty odwalasz, człowieku?!" i niewidomy adorator, który najwyraźniej pomylił wybrankę swojego serca z inną kobietą.

Chciałam serdecznie pozdrowić ową parę, która na całe szczęście wyjaśniła sobie to całe nieporozumienie.

PS Zdarzenie to przypomniało mi się tydzień temu, podczas prawdziwych oświadczyn i tym razem ze strony odpowiedniego partnera. Tak jakoś przypadkiem palnęłam, że poprzednie oświadczyny były bardziej romantyczne...

#sGVxC

Wydarzyło się to dziesięć lat temu, obecnie mam 21 lat.

Pewnego, spokojnego wieczoru postanowiłam poczytać lekturę, którą nauczycielka zadała nam kilka dni wcześniej. Oczywiście było to streszczenie lektury. Nie lubiłam czytać, no ale cóż.

Wzięłam do łóżka moją lampkę z takim pstryczkiem (standardowa lampka biurowa). Skończywszy czytać lekturę, wyłączyłam lampkę i poszłam spać. Obudził mnie w środku nocy dziwny zapach, ale nie przejmując się tym za bardzo znów zasnęłam... I po jakimś czasie znów obudził mnie ten zapach, był silniejszy, więc uchyliłam okno i oczywiście w kimę.

Obudziwszy się po raz trzeci, gdzie jeszcze było ciemno, poczułam ten zapach i kiedy domyśliłam się co tak śmierdzi, wstałam szybko z łóżka. Oświeciłam światło. Gdy podniosłam do góry moją kołdrę (była z pierzy), wyłoniła się chmura dymu, dosłownie.
Lampka pod pierzyną była wręcz stopiona, nadal się paliła. Wyłączyłam ją z kontaktu i szybko pobiegłam po miskę z wodą. Polałam całe łóżko i wybiegłam z pokoju...

Po chwili zdając sobie sprawę, że mogłam spalić się w łóżku żywcem i na dodatek spalić też dom, wpadłam w przeraźliwy krzyk..

Teraz mając 21 lat, wierzę w coś takiego jak Anioł Stróż. Trzy razy musiał mnie budzić ;)

#2KE0i

Jestem w trakcie leczenia pewnej choroby, w związku z tym często bywam w szpitalach, czasem przeciąga się to na kilka dni. Wówczas dzieci mieszkają u moich teściów, z racji tego, że mąż ma nieregularne godziny pracy.

Dwa tygodnie temu, po ostatnim pobycie w szpitalu, wróciłam rano taksówką do pustego domu i postanowiłam zrobić szybkie pranie, zdjęłam więc poszewki z pościeli. W tym momencie błysnęło mi coś między stelażem materaca a ramą łóżka. Okazało się, że tkwi tam zaklinowana zawieszka z bransoletki charms. Zdziwiłam się niepomiernie, bo nie dość, że nie mam tego typu biżuterii, to jeszcze była to zawieszka ze znakiem zodiaku - Bliźniętami. Przeszukałam w myślach kobiety w bliższej i dalszej rodzinie (gdy ktoś nocował u nas, to zawsze w sypialni, a my spaliśmy z mężem w salonie), nie znajdując jednak nikogo, kto byłby spod tego znaku lub miałby taką bransoletkę.
Cały czas intensywnie myśląc zeszłam do pralni, załadowałam pralkę i w tym momencie usłyszałam dźwięk otwierających się drzwi i niespokojne głosy. Przestraszona, że to może jacyś włamywacze, weszłam na górę najciszej jak się dało, z nadzieją dotarcia do telefonu w kuchni.

To nie byli włamywacze. To był mój własny mąż i jego dawna koleżanka z podstawówki, na kolanach przeszukujący przestrzeń pod łóżkiem... Ona miała na ręce bransoletkę z charmsami...
I tak 14 lat związku, w tym 8 lat małżeństwa, poszło się, za przeproszeniem, je*ać...
Dodaj anonimowe wyznanie