Od dziecka miałam okropne łaskotki, potrafiłam nawet posikać się ze śmiechu, gdy ktoś torturował mnie w ten sposób. Jednak to, co zdarzyło się jakiś czas temu, przebija każdą sytuację wynikłą z mojej "przypadłości".
Ja i mój chłopak zdecydowaliśmy się w końcu na coś więcej, byłam nieco zestresowana, ze względu na to, że był to mój pierwszy raz. Wszystko szło gładko, buziaczki, pieszczoty, idealna atmosfera. Wreszcie wyskoczyliśmy z ciuszków i mój chłopak zaczął wykonywać coraz śmielsze ruchy.
W pewnym momencie, jego dłoń zaczęła smyrać moją talię, nie mogąc powstrzymać śmiechu, parsknęłam mu w twarz. Zdziwiony, dalej mnie dotykając, zapytał co się dzieje. Ja nie mogąc nic wymówić przez śmiech, spojrzałam tylko wymownie w dół, gdzie jeździł rękoma. On jednak najprawdopodobniej uznał, że mój wzrok powędrował w kierunku jego małego przyjaciela, bo speszony i z urażoną miną zaprzestał swoich czynności, odsuwając się.
Tak właśnie cała atmosfera gdzieś przepadła, a ja musiałam zapewniać mojego chłopaka, że nie szydziłam z jego sprzętu. Przy następnym podejściu odpuścił sobie smyranie.
W dzieciństwie uwielbiałam jak jedzenie chrupie, z tym że nie zawsze musiało być to jedzenie
- kreda - bleee, wydaje się chrupka, ale po ugryzieniu namięka
- cement, tylko ładnie pachnie
- piasek, całkiem fajnie, ale tylko w małych ilościach, potem robi się błoto
- hitem okazał się pumeks, jadłam go nałogowo odgryzając najpierw bokiem, mega przyjemne uczucie
Jakim cudem ja mam jeszcze zęby...
Czasem z siostrą dla zabicia czasu gramy w grę pt. "słowo i piosenka". Skrócony opis zasad: Ja podaje słowo, siostra musi zaśpiewać (istniejącą) piosenkę z tym słowem, a później zmiana. Przykładowo: ja mówię woda, a siostra śpiewa piosenkę Happysadu "Taką wodą być", lub inną, w której występuje to słowo.
Postanowiłyśmy zagrać w nią także w drodze powrotnej do domu. Po pewnym czasie mama się dołączyła do naszej zabawy. Przyszła jej kolej, więc mówię słowo "las".
Mama myśli, myśli i w końcu wypaliła "wLAS kotek na płotek"...
Miałam 15 lat kiedy zostałam zgwałcona. Przez wujka. Wszyscy mówili, że sobie to wymyśliłam, bo jak to taki dobry człowiek i coś takiego. Tylko mama mi uwierzyła. Wujek został zamknięty, ale i tak każdy się odwrócił. Mówili, że mam usunąć dziecko i się wyprowadzić. Ja jednak postanowiłam urodzić.
Przez cała ciążę byłam poniżana. Siedziałam w domu. Nauczyciele jeździli do mnie żebym chociaż szkołę skończyła. Potem poród. Prawie zmarłam na porodówce przez lekarza (najlepszego kumpla mojego wujka), który miał w dupie to, że ciśnienie miałam prawie 200/100 i mogłam dostać udaru. Po 19 godzinach męczarni, urodziłam. Miałam oddać małego do adopcji, ale gdy go dostałam na ręce pokochałam go całym sercem. Wszyscy mówili, że sobie nie poradzę i prędzej czy później i tak je oddam. Miałam głęboką depresję z powodu rozstępów, kilogramów, obwisłych piersi, braku akceptacji. Nie poddałam się.
Dziś mam 32 lata. Mój syn, Igor, to 16-letni sportowiec. Jeździ na mistrzostwa światowe. Skończyłam studia. Pracuję. Pokochałam siebie. Przechodząc do sedna sprawy. Dziękuję mojej mamie, która jako jedyna we mnie wierzyła. Do wszystkich, którzy we mnie nie wierzyli, fajnie patrzeć na was jak pijecie pod monopolowym.
Do wszystkich młodych mam, które się boją, że nie dadzą rady. Ja dałam radę, wy też.
Historia miała miejsce, gdy chodziłam do gimnazjum. Pewnego pięknego dnia moja siostra przyniosła mi loda, który był już rozpakowany. Powiedziała, że jej nie smakuje i żebym go zjadła. Zjadłam go po czym dowiedziałam się, że najpierw dała go do polizania psu, a potem mi.
W związku z tym, że jestem straszną panikarą i zawsze przewiduje tylko czarne scenariusze wywnioskowałam, że mam wściekliznę. Zaczęłam czytać encyklopedie, fora internetowe na temat tej choroby. Przypisywałam sobie wszystkie objawy i płakałam całymi dniami, ponieważ w końcu miałam umrzeć. Pożegnałam się z moją przyjaciółką i rodziną.
Mama zadzwoniła do znajomej lekarki, żeby mi przetłumaczyła, że jednak będę żyć. Ta powiedziała mi, że gdy była mała jadła mizerię razem z kotami i nadal żyje. Uwierzyłam, żyję do dziś.
Krótko i na temat. W przerwie na reklamę poczułam, że muszę udać się do toalety za potrzebą. Tą grubszą. W drodze do łazienki mój genialny mózg podpowiedział mi, żeby puścić sobie jeszcze bączka przed wejściem. Zesrałam się w gacie z ręką na klamce.
Do dziś nie wiem co mnie podkusiło.
Mając jakieś 5-6 lat bawiłam się z bratem u babci w chowanego. Mój genialny wtedy umysł uznał, że najlepszym miejscem na schowanie się będzie szuflada. Nie szafa, no bo to by było wtedy zbyt oczywiste. Jak pomyślałam tak zrobiłam, a że od zawsze byłam raczej drobna osobą, bez problemu się zmieściłam. Tylko teraz trzeba się zamknąć. Odepchnęłam się rękami od górnej ścianki no i gotowe.
Ale jeszcze jedno... trzeba sprawdzić czy dam radę potem w razie czego się uwolnić. Pierwsza próba bezskuteczna, druga tak samo. Zaczynam panikować. Zanim brat skończył liczyć, ja zaczęłam krzyczeć, żeby mnie wyciągnął. On przerażony, nie wie co się dzieje a ja krzyczę. Mówię, że w szufladzie jestem. On z niedowierzaniem otwiera szufladę, a ja czerwona jak tampon wychodzę. Potem nie bawiłam się już w chowanego. Nigdy.
Na studiach różne dziwne rzeczy można zobaczyć. I tak wracając z grupą znajomych spotkałam chłopaka w takim stanie, że byłam zaskoczona, że utrzymywał pozycję pionową. Z radością odchylił spodnie, by pokazać mi swoje walory, krzycząc dumnie "Tak wygląda siusiaczek magistra!". Odpowiedziałam jedynie "Faktycznie, siusiaczek..." i poszłam w swoją drogę, nie rozumiejąc, co się właściwie stało.
Jestem studentką. W jeden z wyjątkowo szarych marcowych dni tego roku postanowiłam wrócić na weekend do domku. Jeszcze przed zajęciami w piątek rano spakowałam plecak, laptop na ramię i ruszyłam na autobus. Warto wspomnieć, że wynajmowałam mieszkanie na totalnym zadupiu. Zero tramwajów, autobusy przyjeżdżają jak im się przypomni. Akurat mój przystanek był ludzki, ale wszystkie w pobliżu, to sama tablica i błoto na poboczu (dzielnica przemysłowa). Do przystanku 10 min.
Kiedy już byłam blisko zobaczyłam mój autobus, motorniczy właśnie odpalił silnik. To była moja jedyna nadzieja żeby się nie spóźnić na zajęcia. Podbiegłam sprintem ostatnie metry i wskoczyłam do autobusu z wyrazem tryumfu na twarzy. Już miałam siadać na wolnym miejscu, kiedy jakaś pani mówi do mnie:
- Chyba ci coś wypadło...
Patrzę przez okno, widzę jakąś skarpetkę na chodniku, i odpowiadam:
- Aaaa to nic wielkiego, nie szkodzi.
W tym momencie drzwi się zamknęły, autobus ruszył, a ja na chodniku zobaczyłam moje WSZYSTKO. Od spodni przez koszulki, stanik i zestaw majtek... Żeby to jeszcze były jakieś ładne stringi czy coś. Niet! Rozciągnięte stare majki. A na przystanku stał tylko młody chłopak.
Wysiadłam z autobusu najszybciej jak mogłam. W błocie biegłam z powrotem po swoje zguby, na zdążenie na zajęcia nie miałam co liczyć, zaczęło padać i żeby nie było tak łatwo, właśnie w tym momencie dostałam okres.
Przynajmniej jak wróciłam na przystanek to zobaczyłam wszystkie moje ubranka ładnie poskładane. Łącznie z bielizną...
Dziękuję miły kolego! ...
Tym razem chciałbym podzielić się krótką historią z młodości mego dziadka, którą poznałem podczas wakacji na wsi.
Będąc w wojsku (za czasów młodości [lata 50]) poznał niejakiego Zygmunta, którego nazwiska zdradzić nie mogę. Jego cechą rozpoznawczą była wielka łysina z tyłu głowy, co bardzo intrygowało kumpli z oddziału. Niestety, za każdym razem, gdy pytali się o przyczynę jego przypadłości, ten zazwyczaj milkł kryjąc swoje łzy.
Nikt więc nie ruszał tego tematu, dopóki podczas jednej ze zbiórek dowódca nie wytrzymał i sam zadał to pytanie. Zygmuntowi udało się przełamać i opowiedział, jak podczas jednego z wielu bombardowań odłamek bomby dosłownie wypalił mu tył głowy. Major popatrzył się na niego i zapytał, co ten człowiek jeszcze robi w wojsku, gdyż po takich przejściach dawno winien otrzymać tytuł weterana i wrócić do domu. Zygmunt przyznał, że jego życie to wojsko i odkąd w nim służy, to nie miał okazji wyszkolić się w żadnym zawodzie. Major zapytał, czym chciałby zająć się po zakończeniu służby, a ten przyznał, że zawsze marzył o byciu kierowcą - ciężarówek, sprzętu ciężkiego, czegokolwiek.
Major powiedział, że da się z tym coś zrobić. Pod pretekstem szkolenia wojskowego wysłał go do ośrodka na Podlasiu, gdzie ten zdobył kwalifikacje na wszystkie pojazdy, jakie tylko zapragnął. Po wszystkim został wypisany z wojska, by mógł poświęcić się karierze kierowcy.
Historia prosta i prawdopodobnie bez morału, lecz gdyby nie dobre chęci majora, to Zygmunt nie dałby rady wyrwać się z wojska i spełnić swoich marzeń. Czasem musimy po prostu spotkać na swej drodze właściwych ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie