Całe dzieciństwo byłam tłuściutkim i pulchniutkim dzieckiem. Nie była to jednak taka grubość w stylu "szersza niż wyższa", tylko miałam taki śmieszny wystający brzuch. Niejeden Janusz by mi pozazdrościł tak pięknie wyhodowanego brzuszka, i to bez użycia piwa.
Kiedy miałam 11 lat, wybrałam się z mamą na zakupy w celu kupienia sukienki na zbliżające się wesele cioci. Skończyło się na kupnie trzech sukienek, w tym jednej oczywiście weselnej, druga zaś była taka zwiewna, dłuższa, odcięta pod biustem. Taki krój powodował, że zarysowywał mi się ten nieszczęsny wystający brzuszek. Ale czym miałoby się przejmować 11-letnie dziecko? Ważne, że sukienka ładna.
Parę dni później wybrałam się w tej sukience do sklepu. Wychodząc z niego zaczepiła mnie starsza kobieta pytając, w którym jestem miesiącu ciąży. Może i wyglądałam na trochę doroślejszą na swój wiek, ale bez przesady. Więcej nie ubrałam tej sukienki :)
Pracuję w centrum handlowym jako ekspedientka, ot, tak praca dorywcza na wakacje.
Niestety w ostatnim czasie bywałam w pracy codziennie po 12 godzin i byłam już lekko zmęczona, gdy niedaleko mojego sklepu przechodził najsłodszy maluch, jakiego widziałam na oczy. Była z nim jego mama, która najprawdopodobniej na kogoś czekała i co chwilę zerkała na niego.
Jako że stali niedaleko mnie, chciałam skomplementować synka owej pani i powiedzieć, że ma cudownego brzdąca.
No cóż, zmęczenie zrobiło swoje... Powiedziałam, że ma cudownego bachora :(
Historia z tych o zaradnych dzieciach.
Mam dużo młodszego brata. Maluch ma 4 lata, ale skubany w niektórych sytuacjach radzi sobie lepiej niż niejeden dorosły. Do rzeczy!
Lany poniedziałek tego roku. Tradycja lania wody powoli zanika, ale u nas w domu bez tego nie ma świąt. W rodzinie jest dużo dzieci i zabawa zazwyczaj trwa od rana do wieczora. Kupiłem bratu taką piankową rurkę, co to trzeba zaciągnąć do niej wodę (coś jak strzykawka), żeby miał się czym bronić przed starszym kuzynostwem.
No i nadszedł ten dzień!
Brat nie dosięgał do zlewu, dlatego też ja robiłem za "napełniacza rurki". Wyglądało to tak: brat leci z pustą rurką, napełniam, leci na podwórko opryskać inne dzieci i wraca, mokry i z pustą rurką. Zrobił taką rundkę dobre kilkanaście razy, poganiając mnie przy napełnianiu, bo przecież czas był tutaj bardzo ważny. Po którymś razie przestał prosić o pomoc. Tylko wbiegał i wybiegał. Ciekawy, co też mały wymyślił zakradłem się za nim. A tam co?
Kibelek otwarty, rureczka do sedesu, ciach! Woda zaciągnięta, brat śmiga dalej na podwórko.
Może jestem złym bratem, ale nie uświadomiłem go, że tak się raczej nie robi :)
Kiedyś wracając do domu w okolicach Nowej Huty w Krakowie (dla niewtajemniczonych to taka okolica jak w Warszawie Mokotów, a dla bardziej niewtajemniczonych to taka dzielnica sebixów i innej patoli) natrafiłem na wyżej wymienionych drecholi. Jako że byli trochę podpici, to zaczęli mnie zaczepiać i wyzywać. Ja jako że dosyć spanikowany nie wiedziałem co ze sobą w takiej sytuacji zrobić, po prostu przyśpieszyłem kroku i szedłem dalej, a przynajmniej próbowałem, bo jeden z nich zablokował mi drogę. Jak się pewnie domyślacie, chcieli pieniążki i telefonik, ale ja byłem nieugięty i nie dawałem za wygraną, więc jako tako próbowałem się bronić, ale też niestety bez skutków. Miałem zamiar zacząć krzyczeć, żeby wezwać pomoc, ale skoro ludzie patrzyli się na mnie i nie próbowali pomóc, to te krzyki byłyby raczej zbędne.
Nagle jakiś młodziak około piętnastki, dosyć chudy i niewysokiego wzrostu podszedł do nich i powiedział: "Macie jakiś problem?". Pomyślałem sobie, że zaraz oboje dostaniemy wpierdol i tak to się skończy.
Zróbmy małe podsumowanie:
Dres 1: wiek nieznany, nawalony
Dres 2: wiek nieznany, nawalony
Dres 3: wiek nieznany, nawalony
Dres 4: wiek nieznany, najbardziej nawalony i do tego +2 do siły, bo w ręce jeszcze flaszkę trzymał.
VS
Ja wiek 19, spanikowany
Jakiś randomowy chłopak, wiek 15 lat około, chudy, niski i takie tam.
Wszystko mówiło samo za siebie, kaplica 100%.
Może to zabrzmi niewiarygodnie, ale jak po chwili się okazało ów chłopak miał brązowy pas w jujutsu i każdy z drecholi leżał na glebie z obitą nogą na wysokości podudzia.
Teraz jesteśmy kumplami (nie z dresami, tylko tym Karate Kidem) i zapisałem się na jujutsu za jego namową.
Morał z tego taki, że nie oceniaj ludzi po wyglądzie, bo nawet mały "frajer" ci życie lub przynajmniej telefonik, pieniążki i twarz uratuje.
O tym, jak "udupiłam" własnego ojca.
"Tatuś" od lat miał problemy z alkoholem, awanturował się, bił mnie i mamę. Staraliśmy się z tym walczyć, ale od niedawna doszedł problem moralny - miał kochankę. Tamtego wieczoru przyłapałam go na rozmowie telefoniczną z nią. Był też pijany. Wyrwałam mu telefon z ręki, podziękowałam uprzejmie panience za rozmowę i uciekłam do pokoju, by zdobyć dowody zdrady. Ojczulek siłą włamał się do mojego pokoju, zaczął mnie ciągnąć za włosy i podduszać tłumacząc, że rozmawiał z mamą (doskonale potrafię rozpoznać głos rodzicielki, no i kto zapisuje żonę tylko jedną literą zupełnie z nią niezwiązaną?). Odebrał swój telefon i wyszedł z zamiarem odjechania autem.
Zadzwoniłam po policję, bałam się, że wyjedzie i kogoś potrąci, lepiej zapobiegać. Ten jednak walnął w słup od bramy i został na podjeździe. Panowie policjanci go zabrali do izby wytrzeźwień, spisali moje zeznania (dodam, że byli baaardzo mili i wyrozumiali).
Odebrałam ojca następnego dnia, był bardzo skruszony, zabrali mu prawko.
Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Przestał pić, zaczął ponownie chodzić do kościoła, przysięgał przed Bogiem, że wróci do rodziny i na poprawną ścieżkę.
Nie żałuję wezwania policji. Trzymajcie kciuki, by wytrwał w postanowieniach :)
Historia z dzieciństwa.
Pewnej niedzieli poszliśmy z rodzicami i znajomymi na spacer. Wśród tych znajomych był kolega w moim wieku.
Przechodzimy obok kościoła, mojemu koledze odwiązała się sznurówka i postanowił ją zawiązać. Ja jako dobry kolega poczekałem na niego. Gdy zasznurował buta rozejrzał się wokoło i powiedział, że zaraz wydarzy się coś komicznego.
W kościele, obok którego staliśmy, odbywał się ślub. Mój kolega jako mały śmieszek postanowił się zabawić. Poczekaliśmy, aż z kościoła wyjdzie młoda para. Gdy już wychodzili, mój kolega pobiegł do pana młodego i zapytał: "Tato, a co to jest za pani?".
Nastała cisza. Panna młoda patrzyła się na małżonka ze łzami w oczach. Pomyślałem, że kolega właśnie zniszczył komuś życie, ale po chwili pan młody wybuchnął śmiechem, podobnie jak mój kolega. Okazało się, że pan młody był trenerem drużyny piłkarskiej, do której należał mój kolega.
Na szczęście nikt z naszych rodzin nie dowiedział się o naszym żarcie. Po 10 latach jakoś wyszło podczas grilla :)
Może zacznę od tego, że rodzice nigdy nie uświadamiali mnie co to seks, okres itd.
Mimo to w 1-3 klasie podstawówki (7-9 lat) wiedziałam już skąd się biorą dzieci. Dowiedziałam się od rówieśników.
Ale okres? Wiedziałam, że to krew z wiadomych miejsc. I to by było na tyle z mojej wiedzy. Ubzdurałam sobie, że ta krew leci dziewczynom tylko i wyłącznie dzień po seksie. I wtedy wiadomo, że nie zaszły w ciążę. Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy pod koniec 3 klasy to ja dostałam okres. Ale jak to? Przecież ja jeszcze tego nie robiłam...
I wtedy wpadłam na kolejny genialny pomysł. (Codziennie oglądałam z mamą "W-11" lub "Detektywów").
I wszystko było dla mnie jasne. Ktoś dał mi tabletkę gwałtu i mnie zgwałcił! Ale dobrze, że przynajmniej w ciąży nie jestem...
Chciałam komuś powiedzieć, ale komu? Mamie? My nigdy nie rozmawiałyśmy o takich rzeczach. Poza tym wstyd jak cholera, 9 lat i już nie dziewica!
Postanowiłam, że upewnię się w internecie, czy to na pewno okres, bo co jeśli mam jakiś wylew? Albo co gorsza raka?!
I dopiero wtedy doczytałam jak głupiutka byłam...
Swoją drogą cieszę się, że nikomu nie powiedziałam, prawdopodobnie wypominaliby mi to do dziś.
W podstawówce przyjaźniłam się z grupą dzieciaków. Jedną z moich bliższych koleżanek była Maryśka. Pochodziła z bardzo religijnej rodziny. Za najmniejsze przewinienie dostawała lanie, ewentualnie jakieś kary.
W trzeciej klasie podstawówki naszą katechetką została kobieta o rynsztokowych poglądach, homofobka, rasistka, ogólnie nieprzyjemne babsko, które wszystko załatwiało krzykiem. Nie przepadała za mną, bo nie pochodziłam ze zbyt religijnej rodziny i zadawałam jej "niewygodne" pytania w ramach lekcji. W zasadzie to przeszkadzała jej większość dzieci, niejeden się jej bał. Któregoś razu po 10 minutach naszej dyskusji była na tyle rozjuszona, że wykrzyczała, że się "doigram". Scenę przerwała sekretarka, która poprosiła ja do sekretariatu, bo ktoś do niej dzwonił. Sala, w której byliśmy znajdowała się na drugim końcu szkoły, więc dzieciarnia uznała, że zajmie jej to dużo czasu i można poszaleć. W ruch poszły kartki papieru, które zamieniały się w samoloty i papierowe kule. Modne wtedy było plucie z obudowy długopisu obślinionymi kulkami. Nasza wojna została przerwana przez katechetkę. Kiedy wparowała do sali stałam razem z Maryśką pod tablicą z naszą "bronią". Kobieta zauważyła, że niedaleko krzyża zawieszonego nad tablicą znajdują się obślinione kulki papierowe, które Maryśka tam wystrzeliła.
Katechetka zaczęła się wydzierać, kto to zrobił. Widząc, że Maryśka jest już na granicy płaczu i wiedząc co za to zrobią jej rodzice powiedziałam, że to moja robota. Kobieta kazała mi się pochylić nad ławką, podciągnęła mi spódnicę do góry, zdjęła rajstopy i z całej siły uderzała drewnianą rózgą. Do krwi. Najpierw krzyczałam, potem po prostu płakałam. Mówiła, że Jezus mnie nienawidzi. Jak skończyła dostałam jeszcze w twarz liścia. Klasa dostała zakaz mówienia komukolwiek,pani oznajmiła, że do końca lekcji będę siedzieć na zapleczu. Zaprowadziła mnie do zimnej, ciemnej rupieciarni i powiedziała, że wróci jak "zmądrzeję". Kiedy usłyszałam dzwonek zaczęłam dobijać się do drzwi, była to nasza ostatnia lekcja. Kobieta przyszła i powiedziała, że wyjdę, ale na ostatniej lekcji. Godziny mijały, było mi strasznie zimno, na dodatek w salce były szczury, może myszy... Nie wiem, było zupełnie ciemno. Krzyczałam, ale w tej części szkoły rzadko odbywały się lekcje, obok była tylko pływalnia, która była w remoncie.
Po godzinie 21 schowek otworzył stróż. Moi rodzice wezwali rzecz jasna policję i przeszukali całe miasto. Część dzieci z mojej klasy bała się powiedzieć prawdy, część myślała, że kobieta mnie wypuściła po lekcjach. Katechetka skończyła karierę w szkolnictwie. Ja do tej pory nie cierpię ciemnych pomieszczeń i boję się gryzoni, nie żałuję jednak. Maryśkę ratowałam jeszcze parę razy, ona okazała się być niezastąpioną przyjaciółką.
Amerykańska szkoła większości kojarzy się z szafkami, drużynami sportowymi, meczami, super ciekawymi lekcjami i ogólnie wszystkim co najlepsze. Czy tak naprawdę jest? Nie zawsze, a dziś postanowiłam opisać parę przygód z "cudownego" amerykańskiego liceum.
1. Zapisy do szkoły trwają w czasie wakacji. Wtedy tez dostajemy taką kartę do wypełnienia przez lekarza (szczepienia, badania itp). Podczas mojego pierwszego roku w high school (chyba najbardziej stresujący moment w życiu ucznia) dostaliśmy w biurze złą kartę, niestety moi rodzice słabo mówią po angielsku, więc się nie zorientowali. Co za tym idzie? Drugiego dnia szkoły zostałam dosłownie wyrzucona ze szkoły. Nie pomogły błagania i tłumaczenia, że odpowiednią kartę dam następnego dnia rano. Na pożegnanie "przemiła" pielęgniarka zwyzywała moich rodziców od idiotów oraz że powinni się nauczyć angielskiego, skoro tu mieszkają. Najciekawsze było to, że Meksykanie, którzy również pomylili karty nie dość, że nie zostali odesłani do domu, to jeszcze załatwiono tłumacza, żeby przeprosić rodziców w ich ojczystym języku za pomyłkę. Tak że wyobraźcie sobie zapłakaną 15-latkę, która ledwo pamięta drogę do sklepu i z powrotem wracającą w upale +30C do domu oddalonego o 4 km.
Do domu zaszłam po ok. 3 godzinach
2. Nigdy się nie spóźniłam na lekcje. Prawie. Raz otworzyłam drzwi do klasy, kiedy zadzwonił dzwonek. No cóż, teoretycznie się spóźniłam, bo "połowa mojego ciała była nadal na korytarzu" - słowa ukochanego nauczyciela biologii. Wniosek? Musiałam zostać po lekcjach.
3. Zapomniałam butów na wf, a moje conversy były nieodpowiednie do ćwiczeń. Nauczycielka wpadła więc na genialny pomysł! Podczas rozgrzewki ćwiczyłam w samych skarpetkach.
4. Nauczyciel układał nas rzędami według narodowości (Polacy w pierwszym rzędzie, Meksykanie w drugim, w kolejnym Włosi itp.) Jednak gdy czasem powiedzieliśmy parę słów w naszym ojczystym języku, to robił od razu awanturę i mówił nam, żebyśmy wracali skąd przyszliśmy. Oczywiście dotyczyło to tylko ludzi z Polski i Włoch. Meksykanie byli nietykalni.
5. Kiedyś pewna ciemnoskóra dziewczyna prześladowała mnie w szkole. Kiedy moja kuzynka dowiedziała się o tym, natychmiast pojechała do szkoły żeby to wyjaśnić. Koniec końców musieliśmy przeprosić dziewczynę, bo niepotrzebnie wzywaliśmy do szkoły jej matkę oraz dostałam świetny wykład od wicedyrektora, że powinnam sama radzić sobie z takimi rzeczami. Oczywiście gdybym to ja była prześladowczynią, najprawdopodobniej zostałabym wyrzucona ze szkoły, bo w końcu czarny jest zawsze poszkodowany.
Takich sytuacji było jeszcze wiele (nie tylko związanych ze szkołą), ale nie starczy mi znaków, żeby opisać choć połowę.
Moja rada na dziś: jeżeli nie wyglądasz jak Latynos i nie mówisz po hiszpańsku, to lepiej nie przyjeżdżaj do tego "pięknego kraju". Polska też jest spoko, naprawdę.
Któregoś pięknego dnia zaczął boleć mnie ząb. Kilkanaście tabletek i rwanie włosów przez całą noc. O zaśnięciu nie było nawet gadki. Rano szybka decyzja - idziemy do dentysty.
Oparta o ramię taty, tempem niczym ślimak na wakacjach ruszam do przychodni. Droga trwała wieczność, choć to tylko pięćset metrów. W środku każą czekać, więc czekam cierpliwie prawie gryząc i drapiąc ścianę. W końcu wchodzimy, siadam na fotel, a babsko trzy razy większe niż ja zakłada rękawiczki i pcha paluchy do mojej buzi. Nie zdążyła dotknąć policzka. Upieprzyłam ją w palec i uciekłam z gabinetu. Zatrzymałam się dopiero pod domem. Tata pędził za mną. Nie odezwał się słowem, przerzucił mnie jak lalkę przez ramię i wróciliśmy. Dentystka ubawiona po pachy, paluchy zdążyła zawinąć, a tata przez całą wizytę musiał mnie trzymać
Wszystko byłoby dobrze, gdybym miała lat 5. Mam 23.
Dodaj anonimowe wyznanie