Osiągnęłam apogeum naiwności - jeżeli ktoś mnie przebije, stawiam piwo.
Mam 20 lat. Żadna ze mnie piękność, broń borze zielony. Przeciętne to, poza kilkoma nadprogramowymi kilogramami niczym szczególnym się nie wyróżniające. To, co Wam opiszę, jest po prostu idealnie pasującą sytuacją dla fabuły brazylijskich seriali.
Po pierwsze - poznałam pewnego chłopaka przez internet, dobre kilka lat wstecz. Prosta sprawa, godziny przegadane, tematów nie brakowało. Przeszło to wszystko na jakiś taki zupełnie inny wymiar, to już nie była zwykła znajomość online. Zakochałam się na odległość.
Po drugie - wspominałam, że miałam przyjaciela? Nazwijmy go po prostu X. Facet starszy ode mnie o 4 lata, znaliśmy się całe życie. Traktowałam go jak brata, wiedzieliśmy o sobie wszystko.
I tak sielanka trwała. Ja miałam "partnera" na odległość, mój przyjaciel zaliczał kolejne dziewczyny. W końcu wyjechał bez słowa na rok, nawet się nie żegnając. Bawił się gdzieś na wybrzeżach południowej Hiszpanii. Spotkaliśmy się tuż po jego powrocie. Poszliśmy na piwo, porozmawiać - taka nasza mała tradycja. Tego wieczoru X troszkę przeholował. Wyznał mi miłość. Uznałam to za pijacki bełkot, odpowiedziałam mu ze śmiechem tym samym i na jakiś czas miałam spokój. Wróciłam do swoich spraw. Miałam swój świat, swoje kredki, swoją miłość na odległość.
X znowu wyjechał. Rozmawialiśmy na Skype od czasu do czasu. On na drugim końcu Europy, ja u siebie, ale to nie przeszkadzało :)
Po raz kolejny mi to wyznał. Jako że było mi dobrze tak jak było, wyjaśniliśmy sobie pewne kwestie i obiecaliśmy sobie, że będzie jak było.
Z czasem mój związek zaczął się psuć, niebawem wszystko się skończyło. Swoje odchorowałam, jakoś udało mi się wrócić do formy.
Jak się pewnie domyślacie, X nie był obojętny. Zaangażował się, po czasie ja również. Długo zajęło mi przyzwyczajenie się do nowej sytuacji i w ogóle nastawianie się na to, że mogę być szczęśliwa z kimkolwiek innym, ale udało się.
Po 5 miesiącach związku przyjęłam pierścionek. Wcześnie, ale przecież znaliśmy się całe życie. Planowaliśmy wspólną przyszłość. On co miesiąc wyjeżdżał do Bilbao, ja studiowałam i prowadziłam swój mały biznes na miejscu. Jego rodzice już szukali działki budowlanej na prezent ślubny. Bajka.
Pomimo przeszłości X, tych tabunów kobiet, które przewinęły się przez jego… ekhem, ramiona - uwierzyłam, że się zmienił. Nie miałam żadnych powodów do zazdrości, nawet przez myśl mi nie przeszło, że może mieć kogoś na boku.
Ale miał. I dowiedziałam się o tym w najbardziej idiotyczny z możliwych sposobów.
Po prostu do niego zadzwoniłam. Odebrała kobieta - Hiszpanka. A że podstawy języka znam, bez trudu udało mi się zrozumieć "kochanie, telefon do ciebie". X nie zaprzeczał. Wytłumaczył się tylko, że taka już jego natura.
Wszystkie plany wzięły w łeb. Pierścionek oddałam ubogiej sąsiadce.
Kurtyna.
Pracowałam kiedyś przez chwilę w sklepie rtv agd. Pewnego dnia (z tego co pamiętam w okolicy Sylwestra) przyszła do nas młoda kobieta z zamiarem zakupu depilatora. Zakupu dokonała i wyszła.
Wróciła do nas bardzo szybko z pretensjami, że depilator nie działa.
Dziwne. Zawsze sprawdzaliśmy dany sprzęt, czy wszystko OK, żeby nie było niespodzianek, chyba że klient sobie tego nie życzy. Tutaj akurat sprzęt był sprawdzony, oryginalnie zapakowany, działał. No nic. Wypytujemy ową panią co się stało, czy jej upadł czy o co chodzi? Ona na to, że nawet go nie użyła. No dobra.
Żeby od razu nie wysyłać go na serwis, sami sprawdzamy co się dzieje (nieraz zdarzały się sytuacje, że klient zapomniał podłączyć sprzęt do prądu itp.).
Wyciągamy depilator z pudełka, kolega ściąga górną nasadkę (może coś się ułamało i blokuje) i chwila konsternacji. Na blat wysypuje się pokaźna garstka "łoniaków", które po prostu zblokowały nożyki.
Tak że ten... Pięknego pani pąsa strzeliła :)
Każdy ma marzenia. Moim było bycie normalnym.
Byłem otyły odkąd pamiętam. Składało się na to kilka czynników - mieszkanie w bloku w centrum miasta, a co za tym idzie zerowa aktywność fizyczna, troskliwa opieka babci czy sterydy, które zażywałem jako leki będąc małym brzdącem. W związku z moim wyglądem miałem wiele nieprzyjemności. W podstawówce wielokrotnie byłem wyśmiewany z powodu nadwagi. Pod koniec szkoły straciłem "przyjaciela", który dołączył do elitarnej loży szyderców. Podobnie w gimnazjum, śmiechy, drwiny i wyzwiska. A ja? Kupowałem sobie ciastko na poprawę samopoczucia. Oczywiście, chciałem coś ze sobą zrobić, zmienić się. Ale każdy kto próbował wie jak ogromny jest to wysiłek. Dużo łatwiej było otrzeć łzy i kupić sobie batona.
W liceum sytuacja trochę się poprawiła. Trafiłem na dość dojrzałą, porządną klasę, z którą mocno się zżyłem. Oczywiście nadal zdarzały się jakieś uwagi czy żarciki, ale pozwalałem na to, często nawet sam się z siebie śmiałem. W końcu dystans do siebie to podstawa. Mimo braku wrogości stare nawyki żywieniowe pozostały. Na wuefie mogłem tylko patrzeć jak koledzy podciągają się. W biegach zawsze zajmowałem ostatnie miejsce. Nawet jednej pompki nie byłem w stanie wykonać poprawnie.
Zaczęły się problemy ze zdrowiem. Nerki, serce. Czasami bolały mnie stawy, co w sumie nie jest dziwne. Któregoś dnia coś we mnie pękło. "Nie od jutra, nie od poniedziałku" pomyślałem. "Od dzisiaj". Zacząłem biegać wieczorami, zaczynałem od 700-800 metrów, bo tylko tyle byłem w stanie. Kompletnie zmieniłem dietę, na kilka miesięcy wyrzuciłem z niej słodycze. Żywiłem się głównie ryżem z kurczakiem i warzywami. Po jakimś czasie zacząłem chodzić na siłownię. Patrząc na wyświetlacz wagi za każdym razem motywowałem się dodatkowo. Stopniowo powracałem do normalnej diety i tak od ponad roku trzymam stałą wagę.
Przez około 4 miesiące straciłem 30 kilogramów. Zaczynałem od 122 kg. Patrząc na stare zdjęcia czuję wstyd, ale jednocześnie dumę. Oczywiście do figury modela nadal dużo mi brakuje, ale przynajmniej nie wstydzę się wyjść ze znajomymi na miasto. Fizycznie chyba nigdy nie byłem tak sprawny.
Po roku przerwy dzisiaj zrobiłem drugi krok. Wróciłem na siłownię. Nie zamierzam już wiele chudnąć, chcę po prostu być zdrowy.
Chciałbym żeby to anonimowe wyznanie miało jakiś morał. Tak więc:
- osobom szukającym motywacji: Pamiętajcie, początki są trudne, ale bądźcie silni, dacie radę. Ja dałem, wy też musicie. Nie od jutra. Od dziś!
- wszystkim uprzykrzającym życie innych: Czy warto jest się popisać przed innymi i wyśmiać kogoś tylko dlatego, że wygląda inaczej? Nieważne, czy jest gruby, ma inny kolor skóry. Słowa ranią, więc używajcie ich z rozwagą.
Będąc niedawno na wakacjach nad naszym polskim morzem wraz z rodziną, tak sie złożyło, że byliśmy nie tylko świadkami, ale też uczestnikami (z tego co mi się wydaje) dość częstych sytuacji, w których ludzie niepełnosprawni bądź zdrowi, ale udający niepełnosprawnych, próbują nas wziąć na litość i zarobić trochę kasy.
Byliśmy w typowej nadmorskiej knajpce na obiedzie. Jak wiadomo ludzi tłumy, turyści, Polacy bo Polacy, ale jednak stołujący się poza domem - trochę kasy mają. W całym zamieszaniu do lokalu wchodzi mężczyzna. Całkiem miły z twarzy, uśmiechnięty, podchodzi do każdego ze stolików i kładzie figurki, żółwiki z kiwającymi się głowami, ogonami i odnóżami. Nic nie mówiąc kładzie to na każdym stole i wychodzi. Wtem wszyscy oburzeni, przede wszystkim obsługa. Wszyscy uważali (podsłuchałam rozmowę kasjerek z kelnerkami), iż jest to oszust udający głuchoniemego. Przepraszały gości, mówiąc, że to oszust, stały bywalec.
Wszyscy oburzeni.
Po chwili mężczyzna wraca. Albo ktoś płaci za figurkę, albo on je zabiera, wciąż się uśmiechając. Stwierdziliśmy, że go sprawdzimy. Sama już byłam prawie pewna, że udaje. Jakoś atmosfera i nastawienie wszystkich do "oszusta" i mi się udzieliła.
Gdy podszedł do naszego stolika, mój tato zaczął go pytać w języku migowym skąd jest, czy pracuje itp. (moi dziadkowie od strony taty oboje są głuchoniemi od urodzenia, toteż mój tata bardzo dobrze zna migowy). Wszyscy obserwowali tę sytuację z otwartymi ustami. Zdziwieni tym bardziej, że mężczyzna zaczął migać. Wytłumaczył, że jest chory, a do tego głuchoniemy, więc dorabia w ten sposób. Mieszka w Gdańsku, ma 2 dzieci, żonę itp.
Przyznam, że sama byłam zaskoczona. Obsłudze lokalu zrobiło się bardzo głupio...
I jak zaczarowani nagle wszyscy zaczęli kupować owe figurki. Choć wcale ładne nie były i ja mam kilka w domu.
Takie tam anonimowe, ale pokazuje jak to ludzie oceniają nie znając.
Plan na weekend był prosty. W sobotę rano wyjazd nad jezioro ze znajomymi. Przed wyjazdem miałem jeszcze podjechać do urzędu coś załatwić.
Noc z piątku na sobotę prawie nie spałem, oglądałem mecz do 3 rano. A na meczu zgłodniałem i zrobiłem sobie ucztę z parówek, w końcu studencki żołądek podoła wszystkiemu. Po zaledwie kilku godzinach snu pobudka, ogarnięcie się i w drogę.
Po kilkunastu minutach w aucie odezwały się moje jelita, ale myślałem, że to tylko poranna dwójeczka, więc spokojnie jechałem do urzędu, z myślą, że tam zrobię swoje. Jednak gdy wysiadłem nagle wypłynęły ze mnie nocne parówki. Po prostu zesrałem się w majty na rzadko. Nie byłem w stanie powstrzymać tego strumienia. Wstyd jak cholera. Ale no nic, trzeba coś z tym zrobić.
Przez 10 minut chodząc z wypadającym nogawką gównem szukałem jakichkolwiek krzaków. W końcu znalazłem, ściągnąłem spodenki i majtki, toną chusteczek wytarłem kupę z tyłka i nóg, założyłem świeże majty i spodnie (dobrze, że miałem bagaż na wyjazd, nie wiem co bym bez niego zrobił). Potem przez pół godziny próbowałem zmyć z siebie resztki gówna i wstydu w urzędowej ubikacji.
Przepraszam, jeżeli ktoś natknął się na moje obsrane spodenki w tych krzakach. Nie miałem co z nimi zrobić.
Nie polecam parówek. Zwłaszcza z promocji. Zwłaszcza o 2 w nocy.
Możliwe, że czytaliście gdzieś w internecie historyjkę o tym, jak to okropny pracodawca płaci biednym robotnikom mniej niż na początku obiecywał, a oni w zemście ''wbudowują'' coś śmierdzącego w ściany.
Opowiem Wam troszkę inną historię, przede wszystkim z innej perspektywy.
Zbierasz na remont bardzo długo. Mogłabyś go zrobić sama, ale nie masz czasu. Postanawiasz komuś go zlecić. Przyjeżdża ekipa, wszyscy bardzo mili. Opowiadasz im co i jak, wszystko dokładnie zapisujesz, żeby nie było nieporozumień. Okej, na początek prosisz o ułożenie płytek w łazience. Nic specjalnego, zwykłe geometryczne wzory, kształt normalny, robota nietrudna.
Zrobili jedną ścianę, wołają, żebyś oceniła efekty. O zgrozo! Każda płytka inaczej, wzory ułożone prostopadle, zamiast równolegle, czyli tak jak się zawsze robi. Oprócz tego wiele innych niedopracowań. Przysięgam, każdy kto choć raz kładł płytki przeraziłby się na taki widok. Nie jesteś osobą kłótliwą, no ale coś trzeba z tym zrobić. Delikatnie sugerujesz, że nie zapłacisz pełnej kwoty. Wielkie oburzenie, no ale nic, chcą robić od początku, więc drałujesz do sklepu bo płytki, bo tamte popękały przy zdejmowaniu. Ustalasz z kierownikiem, że zapłacą za koszt nowych, on decyduje, że potrąci pracownikom z pensji.
Wołają cię, łazienka gotowa, efekt bliski twoim wyobrażeniom. Płacisz, wszystko pięknie, ładnie.
Ale za kilka dni koszmar. W całym domu śmierdzi stęchlizną, wytrzymać się nie da. Jako polski Sherlock dedukujesz, że tajemniczy smród pochodzi z łazienki. No nic, kujesz w ścianie w miejscu skąd czuć zagadkowy fetor. Co znalazłaś? Zgniłe mięso.
Koniec końców, zamiast jechać na urlop, sama robisz remont.
Trzymajcie kciuki, mam nadzieję, że wystarczy mi nerwów.
Chciałam przeczytać Cacao Decomorreno.
Jakiś czas temu, kiedy było dość głośno o tej "książce", bardzo się nią zaciekawiłam. Czytałam recenzje na różnych stronach internetowych (tak, jest sporo recenzji tej książki, nawet całej jej serii). Moja siostra w trakcie rozmowy nawet coś o niej wspomniała, że ją kupiła i zawzięcie czyta, a jak skończy, to idzie po następną z tej serii. Słyszałam, jak ludzie na uczelni też o niej rozmawiali, a dużo moich znajomych wzięło udział na Facebooku w wydarzeniu, że przeczyta wszystkie książki tego autora w 2016 r. Przez ostatnie miesiące nie było mi po drodze do Empiku, więc stwierdziłam, że jak siostra skończy, to pożyczę od niej. Teraz, kiedy miałam więcej wolnego czasu, poprosiłam o nią, ona się tylko roześmiała i kontynuowała inny temat, nie wracałam do tego.
Wspomniałam o tym bratu, całą godzinę kłóciłam się z nim, że taka książka istnieje, że nasza siostra czyta tę serię, pokazywałam mu okładki, ceny, recenzje w internecie. Denerwowałam się jak powtarzał, że jestem idiotką.
Od początku wiedziałam, że ta okładka przypomina popularne kakao, ale myślałam, że to zbieg okoliczności.
Jestem Ola, mam 22 lata. Cieszę się, że kłóciłam się o to z rodzeństwem, a nie ze znajomymi, rodzina wybaczy ;)
W tym roku ukończyłem gimnazjum (pochodzę z Poznania) i chciałbym się podzielić pewną historią.
W 1 klasie naszą klasę uczyła bardzo fajna nauczycielka od j. polskiego, nie było ocen za nic, ale lekcje były ciekawe i w sumie nie było źle (nie przepadam za "polakiem"). Niestety pod koniec roku szkolnego pani nauczycielka wygrała konkurs i pojechała nauczać do Belgii (w naszej szkole uczymy się francuskiego i mamy niezły kontakt z Belgią, wymiany, wycieczki itd.).
Niestety w 2 i 3 klasie przydzielono nam dosyć kiepską nauczycielkę - panią X. Chyba nikt jej nie lubił, a ja jeszcze bardziej znienawidziłem ten przedmiot. Nic się nie chciało robić. No i tu pomogło moje lenistwo!
Wiadomo - j. polski = wypracowania do napisania co jakiś czas. Otóż u pani X wyglądało to tak:
1. Pani X zadaje do napisania np. rozprawkę i mamy zwykle tydzień.
2. Piszemy (lub nie) i oddajemy, a pani X je sprawdza i oddaje kilka dni później.
3. Pani X robi tak, że najpierw oddaje nam kartki, a potem czytamy na głos oceny i nasza nauczycielka je wpisuje.
Po 2 pracach wpadłem na genialny pomysł! Co jeśli nie napiszę pracy, a powiem ocenę? Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Kolejne wypracowanie zadane, nie chciało mi się go napisać (jak zawsze), no i nastał dzień oddawania. Pani oddała pracę, rozpoczęło się czytanie ocen i pani X dochodzi do mnie - mam numer 8. Postanowiłem zaryzykować - raz kozie śmierć! Powiedziałem na głos "cztery minus" (nie byłem za dobry, więc uznałem, że to idealna ocena). Serce zaczęło mi walić, myślę - kurka, co ja zrobiłem? Pani X stuka w klawiaturę i nagle słyszę "numer 9, jaka ocena?".
Kompletny szok! Udało się! Sam nie wierzyłem, że to się powiodło! Od tamtego dnia przez 2 lata oszukałem około 10 wypracowań, zawsze podając "4-". Oszukiwałem również z plusami, jak były dwa lub jeden po prostu mówiłem "proszę pani, a ja jeszcze tu 3 plusy mam, to piątka wychodzi", to też działało. W ten oto sposób udało mi się mieć ocenę 4 na każdy z 4 semestrów. Muszę przyznać, że to była niezła przygoda, zwłaszcza że ryzykowałem utratę głowy!
Zacznę od tego, że uwielbiam spać i zasypiam w kilka chwil — nie jest znana mi bezsenność. Zdarza mi się zasnąć w szkole na lekcji polskiego, w autobusie, którym jadę tylko trzy przystanki... Słowem wszędzie, gdzie się ułożę. W związku z tym miałam już kilka śmiesznych sytuacji, wiadomo, ale te dwie przebijają wszystko.
Jakieś pół roku temu zasnęłam przy obiedzie. Tak mnie znudziła gadka rodziców o ich interesach, że dosłownie wykąpałam się w zupie. Tak, głowa ześlizgnęła mi się z ręki i zanim się zorientowałam, trafiłam twarzą w talerz z zupą.
O wiele bardziej było mi wstyd, kiedy nocowałam u swojego chłopaka. Zrobiliśmy sobie maraton filmów, przy którym oczywiście piwa nie zabrakło. Jak wiadomo po piwie chodzi się siusiu... Koło trzeciej w nocy obudził mnie mój pęcherz i powiedział UWAGA, PORA WSTAWAĆ. Zaspana poszłam spełnić swój fizjologiczny obowiązek. I tak, zasnęłam na toalecie. Żeby było śmieszniej, z rana obudził mnie ojciec mojego chłopaka.
Tak jak mówiłam, uwielbiam spać.
Już od dzieciaka uwielbiałem motocykle i auta. Jednak rodzice wyraźnie nie podzielali mojej pasji do motocykli. Z tego powodu często kłóciliśmy się, zanim jeszcze kupiłem swoją wymarzoną maszynę. Pewnego razu zgodnie powiedzieli, że jeśli kupię motocykl, to nie będę ich synem.
Specjalnie nie wierzyłem w ich słowa. Jednak kiedy pieniądze z 18 urodzin wydałem na swoje największe marzenie, zostałem wywalony z domu.
Myślałem, że im minie... Ale po 8 latach zaczynam wątpić ;)
Dodaj anonimowe wyznanie