Dorabiam jako kelner w pizzerii, w której jest naprawdę duży ruch, po pizzę chodzę do kuchni i zanoszę ją do klienta.
Od baru do "kuchni" jest spory dystans i trzeba przejść przez jedną z sal, dlatego mamy zamontowany dzwonek o charakterystycznym dźwięku, dziewczyny wciskają go u siebie, a u mnie za barem rozlega się tak jakby dzwonek do drzwi, trzy dźwięki, nie mam pojęcia jak to opisać, takie "tim dum dum". W ciągu jednego dnia mam kilkadziesiąt, w porywach ponad sto takich wezwań (jak jest duży ruch np. podczas festiwalu i dzień pracy trwa nawet 15-17 godzin).
Po takim "ostrym" weekendzie przychodzi upragniony sen. Nie dla mnie. Czasem śni mi się ten dzwonek, budzę się wtedy i... Idę po pizzę. Nie ma znaczenia, że jest środek nocy albo poranek, często uświadamiam sobie, że jestem we własnym domu przy drzwiach pokoju albo w połowie schodów. Najdalej doszedłem do kuchni.
Ot, tak jestem zaaferowany niesamowitą pracą kelnera, że pracuję nawet przez sen.
Słowem wstępu: moi rodzice to był taki konserwatywno-staroświecki typ, że zawsze gdy znalazłem sobie jakieś zajęcie, które mnie wciągnęło i zaciekawiło na dłużej, to po pewnym czasie im się to przestawało podobać, nagle zabraniali mi tego robić i jednym słowem "podcinali mi skrzydła" - ot tak, bo za bardzo coś mi się spodobało i to ich z niewyjaśnionych mi powodów niepokoiło.
Od zawsze jako dziecko lubiłem rysować. W czasach podstawówki najczęściej to były postacie mang (typu pokemony). Rodzicom się to nie podobało (jak zresztą wszystko, czym się zająłem), bo w tych bajkach się bili, to były złe chińskie bajki. Po pewnym czasie zabraniali mi ich oglądać. Zaczęli mi nawet konfiskować rysunki z tymi postaciami. Z uporem maniaka rysowałem kolejne, bo lubiłem to rysować, a to mi najlepiej wychodziło. Wysłali mnie nawet do psychologa twierdząc, że coś ze mną nie tak, bo "naoglądałem się takich i takich bajek" i "wszystkie moje rysunki są takie same i z tych właśnie bajek". Po serii pytań typu "czy gadasz do swoich rysunków, twoje postacie żyją, rozmawiasz sobie z nimi" psycholog oczywiście powiedział, że wszystko jest ze mną w porządku.
Siłą rzeczy byłem uzdolniony plastycznie, wszyscy rówieśnicy sikali z wrażenia widząc moje rysunki, mam za sobą wygrane liczne konkursy artystyczne. Dziś mam ponad 23 lata. Robię to, co kocham, pracuję jako ktoś typu artysta-projektant prowadząc własną firmę i nie narzekam na zarobki.
Rodzice oczywiście z dumą opowiadają innym, jakiego to mają zdolnego syna. Ale nigdy nikomu nie przyznali się do tego, że zabraniali mi rysować, palili moje rysunki i próbowali wmawiać, że jestem nienormalny.
Kreatywność dzieci nie zna granic.
Jako małe, głupiutkie, lecz kreatywne dziewczę, lat dokładnie 9, nudziłam się tego dnia przeogromnie. Dosłownie nosiło mnie z kąta w kąt. Warto wspomnieć, że w domu odbywał się remont.
W jednym pokoju o powierzchni około 20m2 oprócz drabiny znajdował się przeogromny stos pisemek mojej babci. Po przekroczeniu progu w mojej głowie radośnie rozbłysł cudowny plan. Rzuciwszy się na stos gazet niczym na promocję karpia w Lidlu rozwaliłam ogromny stos. Wyrywając kartka po kartce tworzyłam z nich kulki. Mama była wtedy w pracy, więc nikt mnie nie pilnował. Parę godzin wytrwale tworzyłam swoje dzieło. W końcu osiągnęłam cel. Byłam zachwycona.
Niestety nie mogę tego powiedzieć o mojej mamie. Biedna, zmęczona kobieta wraca z pracy. Woła swoje dziecko, lecz to nie daje znaku życia, więc szuka go po pokojach. Otwiera ostatni i zostaje zasypana setkami papierowych kulek. A jej pociecha radośnie pływa, a raczej ''topi się'' w ''morzu''.
20m2 wypełnionych na wysokość 1,5 m papierowymi kulkami.
Do dziś w mojej głowie rozbrzmiewają słowa mamy ''Kur^a, za co...''.
"Koledzy" śmieją się ze mnie, że dobrze się uczę, walczę o stypendium szkolne, stypendium od burmistrza, biorę udział w konkursach itp.
"Koledzy" nazywają mnie kujonką.
"Koledzy" mnie nie lubią.
"Koledzy" nie wiedzą, że pieniądze ze stypendium przeznaczam na jedzenie, by rodzeństwo miało co jeść.
Nie jestem pewna, czy nadaje się to na wyznanie anonimowe, bo nic anonimowego tutaj nie ma, aczkolwiek pokazuje jak można źle ocenić człowieka.
Od kilku lat mieszkam za granicą. Jechałam dzisiaj pociągiem do większego miasta. Na miejsce obok mnie dosiadł się typowy ''kryminalista''. Łysy, dresy, tatuaże na całej szyi i twarzy.
Przywitał się przyjaźnie, zapytał się o samopoczucie, spytał gdzie jadę i takie tam. Po chwili zaczął opowiadać o tym, że w młodości popełnił kilka błędów i dzisiaj mija miesiąc, jak po 10 latach wyszedł z więzienia i ciężko mu znaleźć pracę, ale całkiem nieźle sobie radzi, bo w pierdlu nabił sobie skillsy i zarabia 300 funtów dziennie!
Pierwsza myśl, że pewnie gotuje metę albo coś... A tu koleś wyciąga z plecaka miśka wielkości 40 cm, zrobionego z papieru. Staranność tego dzieła powaliła mnie na nogi. Koleś robi takie miśki, ramki, a nawet krzesła i sprzedaje je na eBayu. Na koniec podróży podziękował mi za miłą konwersację, życzył powodzenia, kopsnął mi za free jedną ramkę, którą zrobił i poszedł przedstawić swoje arcydzieła jakiemuś typkowi, który ma galerię z takimi pierdółkami.
Da się? Da się. Szacun dla niego :)
Wychowałam w mieście położonym w Sudetach. Po górach chodziłam od zawsze, mogłabym rzec, że znam je jak własną kieszeń, ale góry to żywioł, więc myślę, że nikt nie może tak powiedzieć. Mimo że nie wiążę swojej przyszłości z ratownictwem górskim, któregoś razu postanowiłam zrobić kurs na ratownika GOPR. Na studiach o moich zainteresowaniach dowiedział się jeden z doktorów i postanowiliśmy zorganizować w ramach zajęć fakultatywnych tzw. zimowy survival.
Grupa liczyła 30 osób. Jednym z uczestników miał być Radek. Koleś doszedł do nas na studiach mgr, słynął z rozbuchanego ego i szowinizmu. Od początku sprawiał problemy. Burzył się, że mieszkamy daleko od miasta, że trzeba rąbać drewno, że mało czasu wolnego, że dziewczyny nie przygotowują posiłków, nie pasowało mu również, że byłam jedną z osób oceniających zdobytą przez niego wiedzę (w skład komisji wchodziło również 2 doktorów i 2 członków GOPR, więc nie można mówić o ocenianiu wg widzimisię), notorycznie podważał moje doświadczenie. Starałam się ignorować jego poczynania i kulturalnie stawiać go do pionu, ale w momencie, kiedy zaczął wyśmiewać tych "słabszych", a potem naraził zdrowie jednego z uczestników wyprawy na niebezpieczeństwo (nota bene jego przydupasa, który wykonywał większość jego zadań), puściły mi nerwy. Obmyśliłam plan.
Któregoś dnia mieliśmy nocne zajęcia z mapą. Uczestnik dostawał GPS, nadajnik (żeby można było go znaleźć), krótkofalówkę, latarkę i mapę, zadaniem miało być znalezienie "skarbów" w określonym czasie. Po krótkiej gadce i wjeździe na jego ego, Radek postanowił wykonać zadanie sam. Jak każdy, dostał zalaminowaną mapę, z tym że jego była specjalnie przygotowana przeze mnie. Jego trasa owszem, przebiegała przez miejsce ukrycia skarbu, ale była bardziej pokręcona (chociaż nie jakaś znowu ciężka).
Czas mijał, a Radzio coraz bardziej błądził, widziałam na monitorze jak zatacza koła i zbacza z trasy. Kiedy przybyła cała grupa postanowiłam pójść po Radzia. Znalazłam go, chłopak siedział na kamieniu i płakał. Każdy szelest, śpiew ptaka czy spadające sople stawiały go na równe nogi. Przyglądałam mu się chwilę, a potem wyszłam z ukrycia i kiedy tak szłam bez słowa, Radek zerwał się na równe nogi i zaczął uciekać. Dopiero po 2 min biegu i wołania jego imienia opamiętał się i zatrzymał. Jak mówi myślał, że jestem wilkiem (wtf?). Zabrałam go na miejsce zbiórki.
Wszyscy byli zdziwieni, że taki chojrak nie wykonał zadania i do tego wrócił zapłakany. Kiedy panowało zamieszanie, podmieniłam mapę na tę właściwą. Opiekunowie nie byli w stanie zrozumieć czemu Radek tak mocno zboczył z prostej trasy i co go tak przestraszyło. Koleś stracił szacun wśród swoich przydupasów, ale za to stał się milszy dla innych uczestników, a mnie podziękował, za cyt. "uratowanie życia" :)
Wyznanie stuprocentowo anonimowe, bo nikt z mojej rodziny ani znajomych nie wie o tym co zwykłam robić. A rozchodzi się o to, że mam pewien talent, czyli plastyczny i donośny głos, który umiem doskonale modulować.
Z wielką przyjemnością wykorzystuję ten dar do straszenia przypadkowych osób i sąsiadów. Mieszkam na 3 piętrze w bloku na osiedlu zamkniętym, acz wieczorami i w nocy często przechadzają się pod moim blokiem wracający z imprez studenci lub ludzie z psami. Lubię wtedy zaczaić się za winklem na balkonie i udawać jęczące zombie, a potem patrzeć jak ktoś ucieka w popłochu. Czasem również udaję wycie psa w mieszkaniu, żeby wieczorem denerwować sąsiadów - kiedy przychodzą pod drzwi mieszkania orientują się, że z żadnym psem nie mieszkam. Czasami również na balkonie udaję wycie wilka albo koty w rui, a jak dzwonią konsultanci telefoniczni udaję głos osoby upośledzonej umysłowo lub dziecka. Sprawia mi to ogromną przyjemność.
Nie, nie jestem dzieckiem. Mam 28 lat i pracuję w bibliotece.
Dziś wraz ze znajomą pojechałam pod jej pracę, nie miała gdzie zaparkować, a zająć jej to miało tylko chwilę, więc zaparkowała na trawniku. Wychodząc z samochodu nawiązał się taki dialog:
Ja: A jak podjedzie straż miejska?
Ona: Wciśnij im jakiś kit.
Ja: Powiem, że pobiegłaś dać siostrze inhalator do pracy!
Ona: Może uwierzą, ja bym uwierzyła.
Oczywiście rozmowa była na żarty.
Zanim koleżanka zniknęła mi z oczu, podjechała straż miejska. Poprosili mnie do siebie, a ja w szoku opowiedziałam bajeczkę o inhalatorze.
Uwierzyli :)
Korzystając z długiego weekendu wybraliśmy się z moim chłopakiem na wycieczkę do Torunia. Wynajęliśmy pokój w hotelu i poszliśmy zwiedzać miasto. Po całym dniu chodzenia po starówce byliśmy wykończeni i postanowiliśmy wrócić do pokoju i zrobić sobie szybką kolację. Wcześniej kupiłam dwie zupki błyskawiczne i przekąsiliśmy właśnie taki wytworny posiłek.
Po "kolacji" poszliśmy do łóżka, ale jakoś mój kochany nie mógł rozgrzać się do intymnych igraszek, więc postanowiliśmy wziąć wspólny prysznic, który miał jemu w tym pomóc. Ciepła woda, dużo piany, masaż ciała i żarliwe pocałunki pod strumieniami prysznica i nagle mój luby pada na kolana i mówi przerażonym głosem:
- Chyba musisz wyjść. Natychmiast!!!
Zdruzgotana i zdziwiona jego zachowaniem pytam:
- Dlaczego?
- Bo zaraz narobię pod prysznic!!!
Wyskoczyłam z łazienki porażona tym wyznaniem i stojąc pod drzwiami jeszcze cała w pianie i zawinięta w ręcznik, śmiałam się i naigrywałam z niego. A on siedząc na kibelku tylko krzyczał: "To wcale nie jest śmieszne". Mimo tego ja śmiałam się dalej.
Poszłam do łóżka w znakomitym humorze i tak sobie leżałam przeglądając internet na smartfonie, gdy poczułam bolesne ukłucie w jelitach. Momentalnie zwinęłam się z bólu, wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do drzwi łazienki. Zaczęłam się dobijać i gdy mój chłopak otworzył drzwi, stałam zgięta wpół i ostatkiem sił wytrzymałam, żeby usiąść na sedesie.
Nie zdołaliśmy już tego wieczoru odbudować atmosfery, jaka nam towarzyszyła na początku wycieczki.
Tak właśnie romantyczny wypad do pięknego miasta został zniszczony przez zupkę błyskawiczną...
Nie popełniajcie mojego błędu i zróbcie chłopu kanapki.
Zacznijmy od tego, że jestem na swój wiek strasznie mała. Tak mała, że krasnale ogrodowe to moi przyjaciele. Oraz mam chłopaka, nazwijmy go X.
Tak więc jest sobota, dzień jak każdy, ja jak zawsze w fartuszku sprzątam dom, jak co tydzień. O 17:00 umówiłam się z X na oglądanie filmu u mnie w domu.
Godzina 15:00, ja sprzątam łazienkę. Umyłam właśnie kibelek, który świecił się teraz w środku i na zewnątrz jak chińska zastawa i pachniał domestosem. Gdy skończyłam, stwierdziłam, że czasu mam dużo i zdążę umyć jeszcze okna. W międzyczasie usłyszałam dźwięk SMS-a, ale nie chciało mi się go czytać, jak się później okazało, X napisał, że przyjdzie wcześniej.
Okno w łazience jest nad ustępem i jest dość spore. Tak więc staję na desce klozetowej ze szmatą i zadowolona myję okna, kiedy nagle słyszę dzwonek do drzwi (które nie były zamknięte na klucz.) Obracam się ze szwungiem aby krzyknąć "otwarte!", i nagle trzask! Deska nie wytrzymała i się złamała. Zatem i ja wpadłam do środka. Mój chłopak słysząc hałas wbiegł do łazienki.
Zapewne umiecie sobie wyobrazić minę X, kiedy zobaczył swoją dziewczynę po kolana w toalecie. I jak tu później wytłumaczyć pogotowiu co się robiło, że ma się pocięte nogi, poparzone domestosem i znajdujesz się w klozecie.
Dodaj anonimowe wyznanie