#5i4FP

Dziś moja koleżanka urodziła córeczkę. Składając jej gratulacje, powspominaliśmy dawne czasy. 

Jak miałem 5, a ona 7 lat, była dla mnie ideałem piękna, chciałem ją "poderwać". Zaprosiłem ją na moje podwórko i zacząłem popisywać się swoimi umiejętnościami. Jako że ona uwielbiała sportowców, postanowiłem rzucać młotem.
 
Zabrałem z domu taki młotek z gumową główką (używany np. przy układaniu płytek) i zabrałem się do dzieła. Zamach niczym Paweł Fajdek i rzut. Szkoda tylko, że zamiast w wyznaczone pole, trafiłem w moją idolkę...


Chyba jej się nie spodobało, bo dziś ojcem jej dzieci nie jestem ja :D

#bB2zd

Moja babcia kupiła sobie nowy komputer. Teraz, z dziadkiem (który posługuje się starym laptopem) siedzą w osobnych pokojach i grają ze sobą w facebookowe karty. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że potrafią obrazić się na siebie na cały dzień, kiedy jedno z nich wygra, a drugie stwierdzi, że to przez oszustwa. Tacy, ot nowocześni dziadkowie. :)

#bea7b

O patologii i o tym jak "Historia lubi się powtarzać".

Pochodzę ze wsi, z patologicznej rodziny. Tylko u nas największym problemem nie był ojciec a "matka". Alkoholiczka, Wielka Pani, zapatrzona w siebie dwulicowa żmija, wysługująca się dziećmi.

Całe dzieciństwo byłam traktowana gorzej niż reszta rodzeństwa. Jak nie miała za co mnie bić to wymyśliła powód. I nakręcała ojca do przemocy, głównie wobec mnie. Rzadko bywał w domu (to były lata 80'-90'), pracował żeby utrzymać 7-mio osobową rodzinę. Nie usprawiedliwiam go, mógł rozmawiać zamiast bić.

Tak więc dzieciństwo upłynęło mi pod znakiem krwi i siniaków. Katowany Kopciuszek. W szkole podstawowej ukrywałam co się dzieje w domu. Kto by zresztą mi uwierzył, że moja "matka" zasiadająca na stanowisku przewodniczącej Rady Rodziców, jest potworem? A ojciec, właściciel firmy katuje mnie niemal codziennie? Tak myśli dziecko.

Wsparcie dawał mi najstarszy brat, niech będzie Maciek. Opiekował się mną. Nauczył mnie wiele. Między innymi jak się bronić.

W gimnazjum byłam jedyną "nową" w klasie. Szybko się jednak zaaklimatyzowałam. W klasie był też ON - Radek. Przezywał innych, rzucał cudzymi rzeczami, a czasem nawet bił. Nauczyciele jedynie upominali i to NAS, bo Radziu ma przecież ADHD, więc nie można go winić. Nie wtrącałam się w bójki z Radkiem. Do czasu...

Do klasy w połowie roku dołączyła Basia. Radek obrał ją sobie za cel, bo była cicha. Któregoś dnia uderzył ją i wtedy coś we mnie pękło. Rzuciłam się na niego i... pobiłam agresora! Stałam się klasową gwiazdą. A Radziu po kilku kolejnych moich "interwencjach" wyłączył swoje ADHD.

W wieku 17 lat zgłosiłam na policji sytuację w domu. Straciłam za to dach nad głową, a sprawę umorzono z braku dowodów. Jednak nie żałuję. Poznałam wtedy mojego męża, też z patologicznej rodziny i mamy razem 2 dzieci.

Z patologią jest tak, że albo ją powielasz albo odwracasz o 180 stopni. My swoje odwróciliśmy. Wychowujemy dzieci z głową, a nie z pasem. Uczymy ich żeby reagować kiedy widzą, że komuś dzieje się krzywda.

W zeszłym roku nasz syn, mały rycerz, poszedł do przedszkola. Po kilku dniach zauważyłam, że wraca markotny i na wszystko reaguje złością. Zapytałam go co się dzieje. Wtedy opowiedział mi chłopcu, Kubie, który bije dziewczynki. W tym kuzynkę naszego syna. Młody nie wiedział co ma z tym fantem zrobić.
Następnego dnia zapytałam przedszkolanek o Kubę i o to dlaczego nie reagują skoro bije dziewczyny. Co usłyszałam? Bo ON MA ADHD! Krew mnie zalała. Tego dnia powiedziałam Młodemu, że jeśli znów zobaczy, że Kuba bije dziewczyny, to ma stanąć w ich obronie i po prostu go zlać. Tak też zrobił. Kilkanaście razy...

Nie chcę użalania się nade mną ani rad jak wychowywać dziecko. Opisałam tylko część mojego życia. Bo mogę.

#HxuVl

To było dawno temu, gdy jeszcze byłam w gimnazjum.

Pewnego dnia dostałam okres i na moje nieszczęście podpaska nie uchroniła mnie przed plamką na czarnej tunice. Na dużej przerwie podszedł do mnie kolega z klasy i powiedział mi, że chyba usiadłam na czekoladę, bo mam plamę i postanowił mi ją zdrapać... tak, drapał plamę po okresie.

Kolega sam się zorientował, że to nie czekolada i uciekł. Nie wiem komu bardziej było wstyd mi czy jemu.

#Xr4jR

Mam 19 lat. Jak większość, pracowałem w wakacje żeby sobie zarobić trochę pieniędzy. Było upalne południe w środku lipca, właśnie wracałem samochodem z pracy do domu. Była pora obiadowa, więc jedyne co miałem w głowie, to aby coś zjeść.

Gdy zbliżałem się do mojego domu zauważyłem karetkę stojącą centralnie przy wejściu prowadzącym do klatki schodowej mojego bloku. Mniej więcej wiem jak wyglądają najbardziej pospolite typy karetek, więc z łatwością stwierdziłem, że ta służy do dowozu leków, ewentualnie lekarz przyjechał do kontroli stanu zdrowia mojej chorej sąsiadki. Jako, że droga pod blokiem nie pozwala na swobodny przejazd dwóch aut w tym samym czasie, a karetka zatrzymała się centralnie przed wejściem, mocno poirytowany wizją czekania całe 20 metrów od parkingu aż przejazd znów będzie możliwy, postanowiłem zrobić sobie skrót przez trawę i kilka chodników. Chwilę później samochód był już zaparkowany na parkingu, a ja zmierzałem w stronę domu.

Na parterze od zawsze mieszkał sąsiad - starszy pan, który ma już za sobą ponad 75 wiosen. Zawsze był miły i sympatyczny, najczęściej zamienialiśmy ze sobą parę krótkich zdań gdy się mijaliśmy na klatce schodowej. Moim zdaniem to był jeden z najlepszych sąsiadów z całego bloku. Gdy już zbliżałem się do karetki, tuż przed drzwiami wejściowymi zauważyłem dwóch sanitariuszy wyprowadzających mojego starszego sąsiada, tak więc szybko otwarłem im drzwi i trzymałem w oczekiwaniu aż spokojnie wyjdą. Jak zwykle szedł sobie ze swoją drewnianą laską w ręce, był cały blady. Po jego twarzy można było poznać, że jest bardzo źle, a jego wzrok skupiony na mnie, dawał wyraźnie znać, że mój sąsiad już zdał sobie sprawę z tego co się dzieje.

Zatrzymał się przy mnie i podał mi rękę bez słowa, aby się przywitać, co mnie ogromnie zdziwiło, ponieważ nigdy wcześniej tego nie robił. Spojrzał poważnie ze smutkiem w oczach na mnie i powiedział "Trzymaj się". Po czym można było dostrzec minimalnie jego skromny uśmiech. Następnie znów zrobił się smutny, spojrzał na karetkę i ruszył przed siebie. Rzadkością są momenty, w których można zauważyć u mnie łzy, nie licząc tych spowodowanych śmiechem, lecz po tym zdarzeniu oczy przepełniły mi się łzami i z całych sił próbowałem się opanować. W domu myślałem o tym w ciszy ponad godzinę.

Po jakimś czasie już zajęty codziennymi sprawami, zapomniałem o tej sytuacji. Po czym po ponad dwóch tygodniach znów spotkałem sąsiada pod blokiem wracając z pracy, który został właśnie przywieziony ze szpitala do domu. Widać było poprawę. Sąsiad na mój widok uśmiechnął się od ucha do ucha. Usiadłem z nim na ławce i rozmawialiśmy przez długi czas.
Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak szczęśliwy widząc kogoś zupełnie mi obcego.

#uLo6O

Nie zdradzę, ile mam lat, bo nie jest to istotne. Pisząc to zdanie, pomyliłam się, nacisnęłam zły klawisz i zamiast poprawić tylko jedną literę, napisałam jeszcze raz część zdania od ostatniego przecinka. Robię tak zawsze.

Mam nerwicę natręctw. Tzn. nie mam zdiagnozowanej, ale w internecie wyczytałam, że to, co robię, to właśnie ta choroba. Kiedy idę do szkoły, bądź gdziekolwiek indziej, dbam o to, aby ostatni krok na jezdni lub chodniku był postawiony lewą nogą. Zawsze. I nie ma, że nie. Kiedy piję coś, szklanka zawsze musi być w lewej ręce. Kiedy piszę na lekcji, w prawej ręce trzymam długopis, a w lewej cienkopis. Kiedy mówię, potrafię dopowiedzieć jeszcze jedno słowo do zdania, nawet gdyby było całkowicie bez sensu, tylko po to, żeby liczba wyrazów była wielokrotnością czwórki.

Kiedy idę do toalety, przed skorzystaniem muszę 2 razy dotknąć (lewą ręką!) papieru toaletowego, 2 razy ręcznika leżącego na pralce i 6 razy pralki. I to samo po. Zanim wyjdę z łazienki, muszę 4 razy dotknąć klamki i 4 razy włącznika światła. Zawsze też uważam, żeby ostatni krok na schodach postawiła lewa noga. Mój pokój podzieliłam sobie w myślach na 4 strefy. Zanim z niego wyjdę, muszę 2 razy postawić nogę na pierwszej (od drzwi), raz na 2, raz na 3, 2 razy na 4, przeskoczyć na 1, postawić tam nogę 2 razy, przeskoczyć na 4, postawić tam nogę 2 razy i szurając nogami przesunąć się do wyjścia. Zawsze. Tych nawyków jest więcej. Ludzie patrzą na mnie, jak na dziwoląga.

Do niedawna wiedzieli o tym tylko moi rodzice. Czasami mam takie momenty, że po prostu moja głowa wariuje, wtedy siadam na łóżku i zaczynam płakać. Moi rodzice twierdzą, że nie zapiszą mnie do psychologa, bo ''sama sobie poradzę''. Oni po prostu nie widzą wszystkiego. Postanowiłam powiedzieć mojej babci. Stwierdziła, że jestem wariatką i powinni mnie zamknąć w psychiatryku.
Także ten, pozdrawiam wszystkich Anonimowych Wariatów.

#iwCW1

Jestem w ósmym miesiącu ciąży. Od początku ciąża dawała mi i mojemu partnerowi popalić. Zdarzyło się mnóstwo krępujących dla mnie sytuacji. Mój partner znosił dzielnie moje załatwianie się co pięć minut czy wzdęcia w najmniej oczekiwanych momentach. Ale to nic w porównaniu z tym co zdarzyło się ostatnio. 

Jesteśmy w trakcie remontu domu. Odnowiliśmy sypialnie. Wstawiliśmy do niej nowe duże łóżko z nowym materacem. Zawsze spaliśmy na kanapie więc cieszyliśmy się z nowego spania ogromnie. Postanowiliśmy ochrzcić nowe wyrko wiecie - przytulaski itp.

Całkowicie niekontrolowanie puściłam tak głośnego i długiego bąka, że nie pozostało nam nic innego jak śmiać się z tej sytuacji. I wtedy też całkowicie niekontrolowanie, ze śmiechu zesiusiałam się do łóżka. Nie zdarzyłam nawet wstać, a cały materac był już zalany. Zaczęłam płakać. Było mi tak wstyd. Partner wziął na klatę sprawę i kazał iść się umyć a on miał się zająć łóżkiem. 

Gdy zszedł do łazienki akurat byłam już umyta. Powiedział, żebym się nie przejmowała, że rozumie i zaczął się śmiać, że trzeba mi pieluchy kupić. Wtedy i mi zrobiło się do śmiechu i znowu się posiusiałam. Nie wiecie jak bardzo zażenowana byłam i jestem sobą. Ciąża to dziwny stan. A mój facet jest najlepszy na świecie, że jeszcze ode mnie nie uciekł.

#sg2Jl

Jestem Polakiem mieszkającym w Ameryce. Moją pasją są motocykle, ale po tej historii raczej były...

Od małego miałem przyjaciela nazwijmy go Matt. Byliśmy praktycznie nierozłączni i wszystko robiliśmy razem. Jako dzieci obiecaliśmy sobie, że zawsze będziemy przyjaciółmi. Przez 19 lat był ze mną zawsze wtedy, kiedy go potrzebowałem. Mogłem zadzwonić do niego o 2 w nocy i powiedzieć, że muszę się wygadać, a on przyjeżdżał bez problemu.

Kiedy byliśmy pełnoletni kupiliśmy sobie motory. Pokochałem to. Potrafiliśmy jeździć całą noc. Raz kiedy pojechaliśmy nad jezioro powiedział mi:
- Chciałbym umrzeć na motorze, bo to jest to, co kocham. Nie chcę leżeć w łóżku i płakać nad swoim losem.

Pewnego wieczoru Matt postanowił, że chce trochę pojeździć, a ja nie mogłem, bo miałem kolację rodzinną, więc pojechał sam. Cały czas się zastanawiam, czy gdybym pojechał z nim, to skończyłoby się inaczej. Po skończonej kolacji zacząłem sprzątać, gdy usłyszałem dzwonek. Poszedłem otworzyć, a tam zobaczyłem zapłakaną matkę mojego przyjaciela. Dowiedziałem się, że zginął. Nie chciałem w to uwierzyć, zacząłem płakać, wrzeszczeć, uderzyłem ojca. To był najgorszy dzień mojego życia.

Od pogrzebu minął już rok, ale ja nie umiem się pozbierać. Od tamtej chwili nie wsiadłem na motor.
Dodaj anonimowe wyznanie