Co tu dużo mówić...
Moja mama jest zagorzałą katoliczką, mój chrzestny księdzem, a mój ojciec homofobem.
A ja co?
A ja jestem lesbijką.
Po długich negocjacjach, Babcia zgodziła się ze mną pójść na basen (Miałem wtedy z 8 lat i byłem u niej podczas wakacji). Byłem na tyle "dorosły" że pozwoliła mi się przebrać samemu, mimo że przebieralnie były w przeciwnych narożnikach basenu.
Wyobraźcie sobie uczucie kiedy... Spotykam się z Babcią już na basenie i nagle moja kochana Babcia wypala przy wszystkich "Żabciu to nieładnie tak sobie coś wkładać w kąpielówki". Problem w tym, że nic w nie, nie włożyłem... Tak ratownicy lali ze śmiechu, a ja już nigdy później nie zrobiłem takiego buraka...
P.s. Współczuję dziadkowi "robaczka" ;))
Ta historia złapie za serce głównie biol-chemy.
Obecnie studiuję jeden ze ścisłych kierunków. Gdyby ktoś zapytał mnie o największą wpadkę w życiu, bez wątpienia wskazałabym to wydarzenie. Jak tylko pomyślę o tym, mam ochotę zapaść się pod ziemię.
Działo się to rok/dwa lata temu. Były urodziny mojej młodszej siostry, osiemnastka - więc wiadomo: dużo ludzi, dużo alkoholu, dobra impreza. Ja też się dostatecznie rozkręciłam, kilka drinków, może kilkanaście. W każdym razie bawiłam się przednio. Rano wstałam z bólem głowy, pamiętałam jedynie niektóre sytuacje, jak przez mgłę, wiadomo jak to jest.
Chłopak, podając mi szklankę wody, zapytał "Pamiętasz jak wczoraj się kłóciłaś?". No kurczę, coś tam świtało. Zapytałam więc o co. "Zapytałem cię dlaczego w czajniku robią się bąbelki jak gotuje się woda". Od razu odpowiedziałam: "Przecież wiadomo, woda zmienia swój stan skupienia."
Okazało się, że po pijaku uparłam się, że w czajniku pod wpływem prądu zachodzi elektroliza wody, że wydziela się tlen, wydziela się wodór, rodniki. Nie wiem co miałam wtedy w głowie, gdzie w czajniku była anoda, gdzie katoda...
Co ciekawsze, ludzie tak przysłuchiwali się naszej wymianie zdań i wybierali po kogo są stronie. Podobno byłam tak przekonująca, że wszyscy mi uwierzyli. Pamiętam tylko jak ktoś się wahał i zapytał mnie co studiuję. Jak wymieniłam ścisły kierunek - uznał, że nie ma więcej pytań, że to ja mam rację. Łatwowierni są matematycy...
Cóż, widocznie nadaję się na przywódcę. Chłopak śmieje się ze mnie do dzisiaj.
Gdy byłam małą dziewczynką, ok 5 lat to myślałam, że mamy w gardle 3 "dziurki". Jedna na powietrze, druga na picie i oczywiście trzecia na jedzenie. Niby nic aż takiego, ale moim problemem było gdzie trafia budyń?! Pamiętam jak bałam się, że trafi do tej "na picie" i będę miała za gęsty mocz żeby się wysikać. A jeśli trafiłby do tej "na jedzenie"? Proste. Za rzadka kupka.
Tym bardziej to potwierdzało moje przypuszczenia, bo tak było. Po latach się dowiedziałam, że po prostu nie toleruje laktozy... Teraz jestem już dorosła, ale pamiętam to do dziś. Czemu tak myślałam, nie mam pojęcia. Chociaż chyba to lepsze niż urojone ciąże w dzieciństwie anonimowych koleżanek :D
Jak to na każde święta, gdy przyjeżdża moja 7-letnia siostrzyczka cioteczna wybieram się z nią na plac zabaw. Nieważne śnieg czy deszcz, ona zawsze mnie wyciągnie z domu.
Było to dwa lata temu.
Gdy mała świetnie bawi się z rówieśnikami na placu, ja spokojnie siedzę na ławeczce i umieram z nudów. Nagle ktoś rzucił we mnie śnieżką. Normalnie bym to zignorowała, ale humor mi nie dopisywał więc wkurzona wstałam i zdążyłam tylko krzyknąć: CO DO CHU... a moim oczom ukazało się 3 Sebków. Ajć, trochę przypał. W myślach konsternacja, stoję bez ruchu, żeby nie pogarszać sytuacji, a oni perfidnie nabijają się ze mnie! NIE DAM ZA WYGRANĄ! Moja godność wzięła górę i raz dwa skleiłam piękną śnieżkę i rzuciłam w jednego z nich. A to, że strzelec ze mnie jest wyborowy to nawet trafiłam. Ha! Nikt mi nie podskoczy! Jednak Sebki nie przestraszyli się tego, wręcz przeciwnie: tylko ich nakręciłam na dalszą bitwę...
W sumie walka trwała około godziny, trochę pogadaliśmy, trochę się poznaliśmy... Okazało się, że dwóch z nich to moi rówieśnicy, a ostatni (powiedzmy, że Tomek) jest 8 lat starszy. Gdy dwóch Sebixów poszło po piwerko zostałam sam na sam z Tomkiem. Strachu co nie miara, ale odważna dziewucha ze mnie, więc próbowałam zachowywać się naturalnie. Czas mija, a Sebków ni widać ni słychać... No cóż, uratowała mnie ciocia, która zadzwoniła i kazała wracać do domu. No to raz dwa, już się przygotowuję do ucieczki, a Tomek patrzy na mnie z miną zbitego psa i wypala z tekstem "Dasz mi swój numer?". Auć, chłop kompletnie nie w moim typie, o wiele starszy, co robić?! Nigdy nie widziałam dresa tak zestresowanego!
Koniec końców numeru mu nie dałam, jakoś się wykręciłam, jednak parę tygodni później naszły mnie wyrzuty sumienia, bo jednak fajny chłop. I tak myślałam o nim dniami i nocami, aż pewnego pięknego popołudnia natknęliśmy się na siebie ponownie. Ale mam szczęście!
Od tamtej pory zaczęliśmy się spotykać. Zostaliśmy przyjaciółmi, ufałam mu jak nikomu innemu. Po 8 miesiącach takiej znajomości miałam pewne problemy w życiu i przyszłam do niego z butelką wina coby się wyżalić. Oczywiście skończyło się na prawie 3 butelkach... i na namiętnej nocy w łóżku.
I teraz moi Anonimowi przyjaciele wasz znienawidzony fragment: Od roku jesteśmy razem...
Różnica wieku jednak nie jest tak wielką przeszkodą jak myślałam.
Coby uczcić rocznicę poznania się, w Boże Narodzenie urządziliśmy bitwę na śnieżki. Zaczęliśmy od naszej czwórki, a skończyliśmy na około 25 osobach.
Jestem dzieckiem komornika. Jako że mieszkamy w małej miejscowości, wielu wie czym się mój tata zajmuje i nie sposób nie odczuć niechęci społeczności.
Urodziłem się, gdy mój tata kończył studia prawnicze, a że chciał jak najszybciej zarabiać i utrzymać swoją rodzinę, jak i pozostać w zawodzie, zdecydował się na aplikację komorniczą.
Stosunkowo szybko okazało się, że nie jest to praca dla niego i zaczęła go wykańczać psychicznie. Był szczuty psami, niejednokrotnie sam byłem świadkiem gróźb pod adresem całej naszej rodziny, pewien dłużnik nawet próbował zaatakować go nożem w jego kancelarii.
Pamiętam, gdy tata wrócił cały roztrzęsiony do domu po przeprowadzeniu swojej pierwszej eksmisji, widziałem jak płakał, jak ciężko mu było.
Uwierzcie mi, nie każdy komornik to świnia, to też człowiek, który ma uczucia, który również jest prawnikiem i musiał pracować tak ciężko jak inni prawnicy, którzy bądź co bądź są szanowani wśród ludzi. Komornik tylko egzekwuje wyroki sądu, nie może się im przeciwstawić, a i tak zawsze cała wina spoczywa na nim, mało kto pamięta o tym, że wyrok sądu nie bierze się znikąd, a i eksmitowani nie zostają ludzie za niespłacone raty za telewizor, to wszystko to wieloletnie długi, których w większości przypadków można było uniknąć. Jak i mało kto pamięta, że to komornik jest odpowiedzialny za egzekwowanie niespłacanych alimentów, a także ugody jeśli chodzi o spłacanie zadłużenia w mniejszych ratach, jeśli tylko dłużnik wyrazi chęć współpracy.
Wielokrotnie, nawet jako dzieciak, byłem zaczepiany, pytany co robimy z rzeczami, które mój ojciec odebrał dłużnikom. Cóż, nigdy nie widziałem ich na oczy, bo wbrew powszechnej opinii komornik nie zabiera ich dla siebie, a licytuje, i pieniądze trafiają do wierzyciela.
W podstawówce byłem nękany za bycie jego synem, w gimnazjum już było lepiej, ale to właśnie w tamtym okresie wydarzyła się największa tragedia. Jeden z synów dłużników zaatakował mnie, pobił do nieprzytomności krzycząc, że to za tę komorniczą świnię i niech ma nauczkę. Ledwo z tego wyszedłem, po czym mój ojciec postanowił rzucić pracę.
Po latach niechęć społeczeństwa pozostała.
Niektóre dziewczyny podczas okresu boli brzuch.
Jeszcze inne nie odczuwają nic.
Niektóre potrzebują słodyczy na poprawę humoru.
Jedne krzyczą, drugie ćwiczą, trzecie skaczą.
A ja? Zachowuję się jak po 4 piwach. Po prostu jakbym była nawalona w trzy dupy. Przez caaały dzień.
Nie wiem, czy to dobrze czy źle.
Przynajmniej nie mam kaca ;)
Wczoraj widziałem panów budowlańców, robiących zakupy na śniadanko w pewnym markecie, obok którego powstaje nowy budynek. Jeden brał coś do jedzenia, trzech po 0,7 i po kilka piw.
Zapytałem, czy ładnie to tak w pracy wódę łoić. Jeden odburknął tylko: "kim ty jesteś, że pytasz". "Kierownikiem tej budowy", odpowiedziałem i kiwnąłem głową na widoczny z okien sklepu żuraw.
Panowie zostawili swoje zakupy na taśmie i uciekli :)
Skoro to na pewno anonimowe, to i ja podzielę się z Wami moją wstydliwą historią.
Otóż kiedy byłam małą dziewczynką, około dziesięcioletnią, miałam owsiki. Sąsiadka poradziła mojej mamie, żeby ta dała mi do jedzenia kapustę kiszoną oraz... żeby wsadziła mi ząbek czosnku do pupy, jak czopek. Nie minął jeden dzień, a problem z pasożytami zniknął. To musiał być weekend, bo w niedzielę po mszy wybraliśmy się na giełdę. Poczułam parcie w jelitach i w myśl, że na dworze każdy może, puściłam małego, niewinnego, cichego bączka. Woń poleciała za mną, a starsze małżeństwo, które szło za nami było moją ofiarą.
Myślałam, że umrę ze śmiechu, kiedy starszy pan powiedział do żony: "Hela, zatrzymajmy się tu i kupmy trochę czosnku, tak pięknie pachnie" :)
Czytając Anonimowych natrafiam na sporo historii ludzi o nadnaturalnych zdolnościach - a to, że sny im się sprawdzają, a to, że duchy widzą itp. Fajne? Straszne? Nie wiem, nigdy tak nie miałam. Miałam natomiast taką jedną przyjaciółkę...
Dla nakreślenia sytuacji: od dziecka byłam raczej flegmatyczna, zamknięta w sobie i w ogóle był ze mnie taki nietowarzyski milczek. Łatwo można wywnioskować, że w szkole nikt niczego o mnie nie wiedział, a już w ogóle mało kto zauważał. Aż tu któregoś dnia przypałętał się do mnie ten wybryk natury ;) Głośne toto było, gadatliwe i, jak się szybko okazało, dosyć specyficzne. Zaczęło się od przynoszenia mi (oczywiście bez żadnego słowa z mojej strony) wycinków, pocztówek, nawet kart telefonicznych z wizerunkami wszelkiego rodzaju rogacizny. Nie piesków, nie kotków, nawet nie króliczków - tylko i wyłącznie krówki, byczki tudzież jelenie i inne łosie. Skąd bestia jedna wiedziała, że ja akurat do takich zwierzaków mam słabość? A tam, pewnie podpatrzyła co tam sobie rysuję na plastyce.
Akurat.
Potem było już z górki.
1. Wiedziała, że mam chomika, chociaż nigdy jej (ani, kurde, nikomu w klasie) nie powiedziałam.
2. Wiedziała, jaki kolor lubię najbardziej, chociaż NIC na to nie wskazywało. Najlepsze, że jak zapytałam ją, skąd o tym wie, to powiedziała: "Bo ty myślisz w tym kolorze".
3. Miałam kilka złych snów, które śniły mi się przynajmniej raz w miesiącu i zawsze tak samo. Normą było, że przychodziłam do szkoły, a ona patrzyła na mnie i mówiła: "Co, znowu miałaś ten koszmar z oknem?".
4. Jeśli, będąc już w domu po lekcjach, zdarzyło mi się o niej myśleć, zazwyczaj dzwoniła do mnie po kilku minutach.
Jak dziecko nie zwracałam na to specjalnej uwagi, a wręcz było to dla mnie bardzo wygodne - mówić wiele nie musiałam, tłumaczyć nie musiałam, bo ta bestia i tak wiedziała. Z czasem uznałam, że ma po prostu niesamowitą intuicję i tyle.
Jedno z naszych ostatnich spotkań pamiętam do dziś. Idziemy sobie polną dróżką, ona, jak to ona, plepla o wszystkim i o niczym, ja, jak to ja, słucham jednym uchem, a w głowie wracam wspomnieniami kilka dni wstecz. A tak się złożyło, że te kilka dni wstecz oglądałam z kuzynką japońską kreskówkę na kasecie - DragonBall. Kto z moich czasów to pewnie kojarzy, a kto nie, to i tak nie musi :) Istotne jest, że po obejrzeniu kłóciłyśmy się o to, kto jest silniejszy - Piccolo czy Vegeta. No i tak sobie idę i kręcę główką nad głupotą mojej kuzynki, bo przecież wszyscy wiedzą, że Vegeta, a ta bestia przerywa w połowie swój monolog i mówi z pogardą:
- Nie no, przecież Vegeta to beznadziejny jest - po czym jak gdyby nigdy nic kontynuuje przerwaną opowiastkę.
Nie, nie zauważyła tego, co powiedziała, a ja od tamtej pory zawsze pilnowałam się, by nie myśleć przy niej o moich sekretach :)
Dodaj anonimowe wyznanie