Jestem potencjalnym przyszłym kierowcą. Sytuacja, którą chcę się z wami podzielić ma miejsce w WORDzie.
Siedzę zestresowana przed egzaminem teoretycznym. Nie zwracam uwagi na ludzi, na rzeczy, na nic, stres mną zawładnął. Siedzę tak w bezruchu i przeżywam, analizuję w głowie wszystkie przerobione zagadnienia.
Podchodzi do mnie chłopak, śmiało siada, chyba oczekuje w niecierpliwości na nawiązanie dialogu. Ja pochylona do przodu dostrzegłam tylko żółtą terakotę, nie myślę nawet o rozmowie z owym przybyszem. W końcu on zaczyna dialog:
- Na co zdajesz?
Tak mnie poirytował tym pytaniem, a bądź co bądź nic tak nie denerwuje kobiety jak wszystko, że odpaliłam mu odpowiedzią równie mądrą:
- Na rower.
Chłopakowi się chyba głupio zrobiło, zerwał się na równe nogi i odszedł.
Mija 5 minut. Dzwoni telefon do pewnej blondi, która siedziała naprzeciwko mnie, chwilowa rozmowa "Nie mam czasu, czekam na egzamin...", następnie na koniec rozbrzmiewa pytanie "Ty, a w WORDzie to się zdaje egzaminy na rower?!". Poprawiła mi humor. Nawet na egzaminie miałam banana na ryju. Pozdrawiam kochana.
PS: Mam problem w odróżnieniu świateł, ciężko mi z tym, a w rowerze jednak łatwiej... Teoria zdana!
Historia raczej z tych budzących grozę, choć nie wiem czy osiągnę efekt, bo ciekawie pisać nie umiem.
A więc tak, moi rodzice chodzą spać ok. 5 lub 6 godzin przede mną (czyli ok 23:00), oczywiście, kiedy oni myślą że śpię, ja chłonę seriale lub zagrywam się do rana. Tej nocy oglądałem "American Horror Story" Czyli lajtowy serial-horror. Po którymś to odcinku stwierdziłem, że pomimo tego iż nie czuje zmęczenia, położę się wcześniej spać (3:30).
Ciemno, cicho i tylko od czasu do czasu słychać przejeżdżający samochód. Leżałem tak może z 30 min rozmyślając nad życiem, aż naglę! Słyszę krzyk... ale nie taki zwykły krzyk kobiety, która upuściła zakupy, taki by na mnie nie zrobił żadnego wrażenia... Był to krzyk gdzieś w oddali, wyjęty jak z horroru. Jakby jakiejś kobiecie urywano kończyny lub przypalano skórę. Od razu różne scenariusze się rysowały w głowie: Gwałt? Morderstwo? Może niezrównoważona psychicznie? No cóż, zawsze mogło mi się zdawać, idę spać.
Mniej niż 1 min i znowu podobny krzyk, lecz tym razem o wiele dłuższy, a właściwie dwa krzyki, które łącznie trwały może z 10 sek. Będąc pewny, że to nie zwidy, podnoszę się z łóżka i uważnie obserwuje przez okno z 5 piętra bloku skrawek jednej z ruchliwszej ulicy w moim mieście. Patrzę, szukam, i nic, nic podejrzanego. Już miałem się kłaść, lecz znowu krzyk! Tym razem głośniejszy i umiałem określić z której strony dobiegał. Z prawej. Ciarki mnie przechodzą po plecach. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Szybko chwyciłem telefon i zrobiłem screena ekranu, by mieć dokładny czas, o której słyszałem krzyk, a nóż to morderstwo i pomogę policji?
Rozmyślając nad tym zdarzeniem, siedziałem przy oknie przerażony, zmarznięty i głodny, aż tu nagle ktoś wyłania się z ciemności, wchodząc pod lampę po drugiej stronie ulicy. Dodam, że od strony słyszanych krzyków (z prawej). Czarne buty, czarna bluza i kaptur. Nic, tylko idzie, idzie i idzie obserwowany uważnie przeze mnie... Szedł dość szybko. Z nogi na nogę był coraz bliżej granicy mojego pola widzenia. Myślałem że zniknie mi z oczu, ja pójdę spać, a nazajutrz, zapomnę o krzykach i podejrzanym typie, lecz... człowiek zatrzymał się, skręcił głowie w lewo i patrzył się w kierunku mojego bloku. Może mnie zobaczył !? Nie, niemożliwe, mam zgaszone światło. Stał tak z parę sekund i po tym skręcił w uliczkę prowadzącą w stronę mojego mieszkania! Coraz więcej teorii przelatywało mi przed oczami. Słabo mi się zrobiło. Wszystkie straszne sceny z horrorów miałem przed oczami. Nie wytrzymałem i wstałem do kuchni nalać sobie wody. Otwieram butelkę, już miałem nalewać, gdy po całym mieszkaniu rozległo się cichutkie, przeraźliwe PIK PIK z domofonu. To oznaczało tylko jedno - ktoś zna kod do mojego prywatnego mieszkania i właśnie jest na klatce schodowej. Myślałem że zemdleję. Cz. 2 w komentarzu.
Rodzice zabronili mi uczęszczać na lekcje tańca, który jest całym moim życiem, ponieważ nie wierzę w Boga.
Zapewne każdy z was brał kiedyś udział w teatrzyku szkolnym. Jak to w podstawówce, każda okazja jest dobra, a to Dzień Matki, Ojca, Babci, Dziadka, a to Pierwszy Dzień Wiosny itd. u mnie w szkole był nawet hucznie obchodzony Dzień Sprzątania Świata. Jako że zawsze byłam osobą aktywną, nie mogłam i tym razem nie wystąpić.
Nauczyciele wpadli na pomysł, że przebierzemy się za coś, co zaśmieca Ziemię, więc mama uszyła mi strój z worka na śmieci, do którego były przyczepione różne papierki, zakrętki od butelek itp. Byłam taka dumna ze swojego stroju...
W końcu nadszedł wielki dzień, każdy z uczniów prezentował się i mówił za co się przebrał, gdy przyszła pora na mnie w odpowiedzi na pytanie „Kim jesteś?” Nie zastanawiając się w ogóle na pytaniem odpowiedziałam:
- Największym śmieciem na Ziemi.
Chociaż od tego dnia minęło przeszło 20 lat, do tej pory pamiętam śmiech kolegów, nauczycieli i minę mamy, która jak zawsze przyszła wspierać swoją córkę.
Mamo, kocham Cię.
Bylem świadkiem sytuacji jak pewna kobieta jechała tramwajem bez biletu i jak się pewnie domyślacie, jeden z kanarów upatrzył sobie akurat ten sam tramwaj. Gdy ją kontrolował, dojeżdżali akurat do następnego przystanku. Motorniczy nie powinien otwierać drzwi, ale chyba nie zauważył tej sytuacji lub postąpił rutynowo. Kobieta skorzystała z okazji i uciekła.
To jednak nie koniec - trafiła na kanara, wykonującego swą pracę z powołania. Ruszył on za nią w pościg, podczas którego złapał ją za torebkę, aby zatrzymać "przestępcę''. Wtem pojawił się dres na białym koniu, który wziął kanara za złodzieja. Podszedł do niego i go pobił, ratując niewiastę, która uciekła.
Krótko i zwięźle.
Jak miałam 10 lat rodzice obiecali mi na 18-tke superowe mieszkanie i samochód.
Dali mi zabawkowy, elegancki domek na pół pokoju i różowy samochodzik na baterie.
Uważali, że to śmieszne i słodkie.
Będąc w liceum złamałam sobie rękę. Jak to zwykle bywa w takich sytuacja trzeba było jechać na pogotowie, założono mi gips, który sięgał od nadgarstka po łokieć.
Mimo, że ręka była złamana to chodziłam do szkoły. Wiadomo, klasa maturalna, nie chciałam tracić lekcji. Pech chciał, że biegnąc na autobus do domu z ręką w gipsie znowu się wywróciłam. A jak to bywa przy takich upadkach, naturalnym odruchem było podtrzymanie się rękami. Ale przecież miałam rękę w gipsie, która nie utrzymała mojego ciężaru. I tak z impetem trafiła w moją twarz, a co za tym idzie złamałam sobie nos i podbiłam oko :D
Postanowiłam już nie wychodzić z domu bojąc się o dalsze wypadki. I tak leżałam sobie na łóżku, z podbitym okiem i złamanym nosem. Jako, że rodzice pracowali i byli poza domem, nie bardzo przejmowałam się swoim wyglądem. Nie kamuflowałam siniaka, który rozlał się na pół twarzy, ubierała tzw. "ciuchy po domu" - dobry wygodny dresik, więc możecie wyobrazić sobie mój wygląd.
A teraz wyobraźcie sobie miny świadków Jehowy, którzy zapukali do całkiem ładnego domu, a otwieram im ja. W obdartych ubraniach, ze złamanym nosem i krwiakiem na pół twarzy. Zrezygnowali z nawracania. Przerażoną minę miał też kurier, od którego odbierałam paczkę (przyszła do mojego ojca, o czym mnie nie poinformował, przez co nie zdążyłam się ogarnąć) :D Trafiłam też do szkolnego psychologa, bo martwił się, czy ktoś się nade mną nie znęca. No cóż, musiałam się przyznać, że jestem po prostu ofiarą losu.
Historia typu "weź wyślij faceta do sklepu"...
Główny bohater: Mój tata.
Pewnego dnia mama wysłała tatę do sklepu, po kilka rzeczy potrzebnych na obiad, tata posłusznie poszedł i wrócił godzinę później. Gdy "zakupy" wreszcie wylądowały na stole poszłam je rozpakować... kupił na obiad gaśnicę i płyn do czyszczenia kibla.
Smaczne było.
Mając kilka lat, rozbierałam się do majtek, wyciągałam mleko z lodówki i lałam je kroplami po swoich sutkach krzycząc "MAMUUUUSIU JESTEM W CIĄŻY, POMOŻESZ MI URODZIĆ?"
Ot takie, wyznanie z dzieciństwa.
Każdy z nas miał w życiu taki moment, w którym naprawdę, ale to naprawdę chciał się zapaść pod ziemię. To jest mój.
Okres gimnazjum/liceum, wakacje, pływalnia (basen publiczny), na której o tej porze przychodziło sporo młodych ludzi. Zagadaliśmy z kolegą do takich dwóch dziewczyn. Tak się składało, że nikt z naszej czwórki (oprócz mnie) nie umiał tam skakać na główkę. Padło hasło: "Pokaż nam, jak to robisz!". Dodam, że miałem trochę za luźne slipki, które przy skoku do wody lubiły mi spadać z tyłka, więc pod wodą zanim wypłynąłem musiałem je poprawiać.
Pełny męskiej dumy podszedłem, wykonałem idealny skok, poprawiłem slipy, wypłynąłem, wyszedłem i stoję dumny z siebie. Na ich twarzach (one dwie i kolega) widzę najpierw przerażenie, a potem śmiech, którego nie potrafią opanować. Myślę "o co chodzi, kurde?". Dopiero gdy kolega opanował się na tyle, by cokolwiek powiedzieć, mówi do mnie: "Jajko ci wyszło". Patrzę w dół i rzeczywiście - z jednej strony luźnych slipek "wyszło mi" jedno jajko.
Na szczęście nigdy więcej już tych dziewczyn nie zobaczyłem. Kolegę też na szczęście rzadko widuję, ale ilekroć się widzimy, bezczelnie mi o tym przypomina.
Dodaj anonimowe wyznanie