W czasach licealnych doprowadzałam się do krwotoku z nosa. To znaczy wbijałam do nosa co tylko miałam pod ręką (nożyczki, jak miałam dłuższe paznokcie to paznokcie, ołówek, czasem długopis), byleby tylko poleciała krew, dużo krwi.
A wszystko dlatego, żeby ludzie się nade mną litowali, żeby nauczycielki wypuszczały mnie do domu, "bo krew z nosa, to pewnie z przemęczenia"...
Głupie to było, ale anonimowym wyznaniem się podzieliłam z Wami.
Wyznanie o uczniach porzuconych przez nauczycielkę w metrze (OgICl) przypomniało mi pewną licealną historię.
W pierwszej klasie nasza polonistka postanowiła, że zabierze naszą klasę do teatru na "Świętoszka" Moliera. Właśnie skończyliśmy omawiać tę lekturę i grzechem byłoby nie skorzystać z tego, że jeden z teatrów wystawia sztukę na jej podstawie.
Na sali sporo osób, w tym - w większości - uczniowie z innych szkół.
Spektakl się rozpoczyna, z półmroku wyłania się jeden z aktorów, kucający nad skrzynią wypełnioną pieniędzmi i liczący monety. Z każdą kolejną minutą jestem coraz bardziej zdziwiona, aż w końcu staje się dla mnie jasne, że wcale nie trafiliśmy na "Świętoszka", a na "Skąpca". Zdaje się, że w tym samym momencie stało się to jasne także dla siedzącej koło mnie polonistki. Z pełnym oburzeniem zapowietrzyła się i opuściła salę. Nie wróciła do końca spektaklu. Jak się wkrótce okazało, opuściła wtedy teatr i pojechała do domu, zostawiając całą naszą grupę samą w dzielnicy, z której drogi powrotnej nie znaliśmy. Nie poruszyła tego tematu ani na lekcji następnego dnia, ani nigdy później.
To jednak nie koniec historii.
Gdy po skończonym seansie aktorzy wyszli na scenę, by się ukłonić, artysta grający główną rolę podziękował wszystkim za obejrzenie ich wersji "Skąpca". W tym momencie jeden z mniej rozgarniętych chłopaków z mojej klasy krzyknął:
- To to nie był "Świętoszek"??!
Uczniowie innych szkół spojrzeli na nas z mieszaniną politowania i oburzenia, a aktorzy... cóż, na szczęście siedziałam za daleko, by dojrzeć ich miny.
I to uczucie jak po mocnym wczuciu się w książkę i głaskaniu jednocześnie kota, zauważasz, że przez ostatnią godzinę nie głaskałeś kota, tylko polarowe gacie...
PS: Gdzie mogę złożyć kartę o członkostwo w klubie błyskotliwych życiowo?
O tym jak straciłem robotę.
Parę lat temu, zaraz po studiach poszedłem do pracy w takim dużym sklepie z artykułami RTV i AGD. W weekend zawsze jest dużo klientów, więc również i nas-pracowników z reguły było więcej. Tego dnia miałem przydzielone zadanie sprawdzenia stanów magazynowych i wklepania ich w tabelkę. Prościzna. Uwinąłem się w dwie godzinki i zacząłem się nudzić. Połaziłem trochę po sklepie, pomogłem koleżance zrobić zwrot kilku towarów, a potem usiadłem sobie przy naszym sklepowym laptopie.
Jako że był to dość szybki komputer z całkiem dobrą kartą dźwiękową, podpięty był on pod głośniki w sklepie. Najczęściej puszczaliśmy z niego muzykę, lub reklamy i bieżące promocje. Oprócz tego czasem ktoś sprawdził na nim Fejsa, czy zerknął na rozkład MPK.
Ja akurat chciałem poszukać kodów do jednej gry, którą kupiłem sobie dzień wcześniej. Wygooglałem co trzeba, kliknąłem na kilka linków. Pech chciał, że jedna ze stron, które otworzyłem, była pułapką. Otworzyło się z piętnaście zakładek. Przynajmniej połowa z nich wypełniona była gołymi babami i materiałami zachęcającymi do przejścia na jedną z porno-witrynek. Pewnie jakoś bym sobie z tym problemem poradził, gdyby nie to, że niektóre ze wspomnianych pop-upów miały dodatek w postaci dźwięku.
"Ohh-Ahhh! Seksowne nastoletnie, lesbijki czekają na ciebie..." - wyjęczała jakaś babka z głośników. Klienci zamarli. W panice zacząłem zamykać każdą kartę po kolei. Ale ta strona była prawdziwą hydrą - wyłączałem jedną reklamę, a wyskakiwały dwie następne.
"Czy marzysz o powiększeniu swojego penisa? Wystarczy jedna prosta metoda...!" - ryknął radosny głos z kolejnej karty. Pot mi kapał z czoła, kiedy usiłowałem i tę reklamę zamknąć. Klienci tymczasem obracali głowami szukając źródła dźwięku.
"Namiętne, transseksualne karlice pragną twojego członka!" - Tego już za wiele! Cały monitor obsiany był chyba z setką reklam, z czego przynajmniej z kilku wydobywały się jęki. A ja blady jak ściana i mokry, ze łzami w oczach umierałem na raka żenady. Oczy wszystkich klientów zdążyły już mnie namierzyć. I wtedy...
KLIK! Zobaczyłem stojącego koło mnie szefa, który najzwyczajniej w świecie nacisnął guziczek od zasilania sklepowym systemem audio. Nie wpadłem na to. Tak samo, jak nie przyszło mi do głowy wyciszyć dźwięku z poziomu komputera. Po prostu spanikowałem.
Szef stał bez ruchu dobre pół minuty wiercąc moją duszę swoim ostrym jak szpikulec spojrzeniem. Za jego plecami grupa klientów głośno biła brawo, a jakaś żująca gumę gimnazjalistka rejestrowała mój upadek komórką.
"Trzeba sobie było złożyć CV do Pink Shopu..." - wysyczał przez zęby szef.
To był mój ostatni dzień w pracy. Kolejne tygodnie spędziłem grając w grę (znalazłem kody!) i intensywnie pocąc się na samą myśl o mojej żenującej przygodzie...
Słyszałam już wiele tekstów na podryw, ale ten dzisiejszy wygrał.
"Hej, mój brat studiuje prawo, może pójdziesz ze mną na kawę?"
Nie, nie poszłam. Z jego bratem też nie.
Ta historia wydarzyła się tydzień temu gdy "zaspałem" do szkoły, a tak naprawdę nie chciałem iść na sprawdzian z chemii. Wszystko fajnie, nikt o niczym się nie dowiedział. Na następny dzień poprosiłem brata o napisanie mi usprawiedliwienia z całego dnia z powodu śmierci babci. Na następny dzień przychodzę ubrany na czarno, wiadomo żałoba i w ogóle. Niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem.
Moja wychowawczyni zainteresowała się specyficznym podpisem pod moim usprawiedliwieniem i postanowiła zadzwonić do mojej mamy. Rozmawiają, pani składa kondolencje, choć nie jest do końca pewna czy jej nie okłamałem. Kończy się rozmowa, pani mówi, że bardzo jej przykro i że oczywiście usprawiedliwia.
Myślę sobie - ale mam dobrą mamę, uchroniła mnie przed karą za podrabianie podpisu.
Na następnej przerwie dzwoni do mnie mama. Myślę - "o chyba nie będzie tak kolorowo", a mama mówi:
- Maciuś, jak się tak szybko dowiedziałeś o śmierci babci?
Okazało się, że babunia zginęła 10 minut przed tym jak pokazałem
wychowawczyni usprawiedliwienie. Jechała do dziadka na cmentarz. Co za okrutna ironia losu. Niby wiem, że to nie moja wina, ale zawsze pozostaje ta myśl: "brawo, wykrakałeś".
Później jeszcze wyszło na jaw, że to było napisane dzień przed śmiercią babci. Nie życzę nikomu tak się dowiedzieć o śmierci bliskiej osoby.
Wyznanie będzie o moherach w kościele.
Ostatnio w naszej parafii był biskup, który zrobił kazanie na 30 min. o tym że nie można oceniać ludzi po pozorach, że każde zachowanie ma jakieś wytłumaczenie, ogólnie to tematy bardziej etyczne. Koło mnie siedziała babcia (typ wymieniony wyżej) która przytakiwała, że tak, tak, biskup dobrze gada, że ja to powinnam słuchać, bo moje pokolenie to zawsze o tym zapomina itd.
W pewnym momencie przyszedł do mnie SMS. Szybko go przeczytałam i wyszłam z ławki. I tu się zaczyna. Wspomniany wcześniej moher zaczął dość głośno mówić, cytuję: "Oczywiście, miej w d*pie biskupa i idź do jakiegoś gnoja co pewnie już w łóżku na ciebie czeka!". Oczywiście inni przedstawiciele jej gatunku zaczęli przytakiwać. Ale wiecie co?
Ona miała rację. Szłam do tego "gnoja co w łóżku czeka". Czekał w łóżku, ale szpitalnym, bo po 3 miesiącach wybudził się ze śpiączki.
Widać tylko nie moje pokolenie ma problem z ocenianiem po pozorach.
Drodzy Anonimowi! Nie będzie do wyznanie o dresach, moherach, odchodach czy innych rzeczach! Będzie to właśnie o Was, o społeczności, która została stworzona przez Was. Zwykłych, ale tak naprawdę wyjątkowych ludzi. Wyjątkowych, bo każdy z Was przychodzi tu z historią, która może złapać za serce, wycisnąć łzy z niejednego twardziela, doprowadzić do nieopanowanego napadu śmiechu w najmniej odpowiednim momencie i miejscu. Dlaczego zdecydowałam się dodać takowe "wyznanie"? Słuchajcie więc, a właściwie czytajcie.
Od paru lat cierpię na depresję lękową, która utrudnia mi w znacznym stopniu życie w społeczeństwie. Ale dzięki Wam, Waszym historiom, naprawdę z dnia na dzień czuję się lepiej. To coś innego od szukania głupich rzeczy na necie. To integracja z ludźmi. Można przed niektóre historie poczuć się jak Wy w danej sytuacji. Poczuć wstyd, troskę, złość, smutek itd., wyobrazić sobie wszystko przed oczami, a przede wszystkim motywować się dzięki niektórym opowieściom. Nauczyć się tolerancji i tego, że nie powinno się oceniać po pozorach czy po tym, co się słyszało. Że każdy z nas dzieli się na kilka grup.
Na tym portalu są wszyscy. Osoby z chorobą, które wygrały, walczą lub spełniają marzenia. Ludzie, którzy wspominają kogoś, kto walczył za naszą ojczyznę, dziadków pradziadków, jak i swoje babcie, które na drogę, w której ktoś miał biegać, chciały dać kotleta (nie pamiętam jakie to dokładnie wyznanie, przepraszam :c). Są tu osoby homoseksualne (witam), "anonimowe sebki", "anonimowe moherki" i wszystkie gatunki homo anonimus. Ludzie, którzy tu przychodzą, mają swoją historię, swoją książkę i liczy się to, że chcą się z nami nią podzielić. Co prawda znajdą się osoby, którym wszystko nie pasuje i które doczepią się niczym dziewczyna do chłopaka, która znalazła na jego bluzce włos innej kobiety, który okazał się być włosem kota. Mimo wszystko tutaj nie jesteśmy do końca anonimowi dla siebie - coraz więcej z nas się rozpoznaje choćby po nazwach. Znamy najpopularniejsze historie, kalafijor i inne, które z uśmiechem na ustach wspominamy. Integrujmy się jak możemy, by ta strona przetrwała i byle jak najmniej "raków" (ludzi), jadowitych pijawek do nas doszło.
Dziękuję Anonimowa Rodzino, za wsparcie, które dzięki Wam mam, które mi nieświadomie dajecie! <3
Szczyt głupoty?
Kupiłam sobie lakier do paznokci, który świeci w ciemności. Na imprezie powiedziałam znajomym, że moje świecące paznokcie to efekt uboczny chemioterapii.
Uwierzyli.
Kilka miesięcy temu byłam w klubie. W trakcie imprezy wyszłam z niego by zapalić. Po chwili podszedł do mnie roześmiany mężczyzna i z wielkim szczęściem powiedział:
- Wygrałem na loterii! Pojedzie pani ze mną do klubu X? Mam szampana.
Ja nie zgodziłam się. Podziękowałam i pogratulowałam wygranej, a mężczyzna nie naciskał. Po tym wydarzeniu rozeszliśmy się w swoją stronę. Niby nic, prawda?
Wyobraźcie sobie moją minę, gdy czytając gazetę natknęłam się na fragment o gwałcicielu, z wieloma ofiarami, który właśnie w ten sposób zaciągał gdzieś niewinne dziewczyny.
Ciarki mnie przechodzą gdy myślę, że stałam twarzą w twarz z gwałcicielem....
Dodaj anonimowe wyznanie