Musicie mi wybaczyć, że piszę o świętach chociaż mamy październik, ale dopiero dowiedziałam się o sytuacji. Otóż w domu mojej babci, kiedy są święta, każdy domownik znajduje rano cukierka na poduszce. Skąd to się bierze, choć wszyscy śpią? Wspaniałomyślny kot każdego ranka ściąga cukierki z choinki i każdemu przynosi po jednym. Co ciekawe, jeszcze nigdy nie przewrócił tej choinki.
I jak tu nie kochać takiej kici. :)
Moi rodzice rozwiedli się ze sobą 3 miesiące po moich narodzinach, około 19 lat temu. Przez te lata nie mieli nikogo innego. Teraz wracają do siebie, a ślub odbędzie się w grudniu, w dzień rocznicy zawarcia ich pierwszego małżeństwa.
Pierwszego, drugiego i trzeciego. Tak się też złożyło, że tego samego dnia wzięli pierwszy i trzeci rozwód.
Kilka dni wstecz moi dziadkowie z obu stron zakładali się o to, ile tym razem ze sobą wytrzymają.
Ot, ciekawa rodzinka.
PS Nikt nie obstawia dłużej niż 3 lata. Ja dałem im półtora roku.
Pięć lat temu rzucił mnie narzeczony. Był sporo starszy ode mnie i do granic dewocji religijny, ale jako młodziutkiej dziewczynie (gdy się poznaliśmy, byłam w klasie maturalnej) imponowało mi, że się mną opiekuje i wydaje się tyle wiedzieć o życiu.
Sądziłam, że pomimo różnic to jest wielka miłość na resztę życia, nic nie zapowiadało katastrofy - aż tu pewnego wieczoru N. wrócił z pracy i zakomunikował, że odchodzi. Nie chciał powiedzieć nic więcej, w końcu - z oporami - wyznał, że zakochał się w szesnastolatce, której udzielał korepetycji, że jest mu z nią tak cudownie, jak ze mną nigdy nie było, a przede wszystkim... że my przecież współżyliśmy, a on czuje, że powinien poślubić dziewicę. I w ogóle kogoś takiego, jak ta jego Natalka, która taka młoda, a już rozumie rolę kobiety, tyle potrafi zrobić w domu, będzie wspaniałą matką... Że jedyny sens życia człowieka to rodzina, a ona gotowa wyjść za niego już zaraz i od razu rodzić dzieci, a nie jakaś tam praca i, o zgrozo, studia.
Następne miesiące pamiętam jak przez mgłę, wyprowadził się, ale dzwonił do mnie prawie codziennie, na zmianę chciał pieniędzy, których jako studentka wcale nie miałam dużo, i straszył piekłem. Przestałam odbierać, więc wysyłał SMS-y. Zmieniłam numer telefonu, policja rozłożyła ręce, bo konkretnych gróźb tam nie było. Był to koniec trzeciego roku studiów, cudem dałam radę obronić dyplom i na drugi stopień wyjechałam za granicę. Spotkałam tam wspaniałych ludzi, wśród nich jednego bardzo szczególnego, również Polaka... No, koniec końców studia skończyliśmy, wróciliśmy do Polski, do mojego rodzinnego miasta, wzięliśmy ślub, a teraz realizując się w każdej dziedzinie życia czekamy na pierwszego potomka (i jakoś nie jest to ani za późno, ani za wcześnie, a w domu wszystko jest zrobione i nikt nie musi "znać swojego miejsca").
Dlaczego piszę? Bo dostałam wczoraj od N. maila na starą, prawie nieużywaną skrzynkę, z prośbą o mój numer i pytaniem, czy myślę czasem o nim. Odpowiedziałam, zgodnie zresztą z prawdą, że właściwie nie, że zajęta jestem myśleniem o tym, co najważniejsze, o swojej rodzinie, i on też powinien, bo dzieci ma już pewnie czwórkę i trzeba na nie i na żonę pracować.
Wysłałam tę krótką odpowiedź z szerokim uśmiechem - od znajomych wiem, że panienka go zostawiła, pracę stracił, mieszka teraz z matką i jest na jej utrzymaniu, przegrany, samotny człowiek pod czterdziestkę. I usunęłam tę skrzynkę. Nie mam czasu na maile, trzeba dla Młodego wyprawkę skompletować ;)
Krótka historia o tym, jak byłam małym szatanem.
Kiedy przyjeżdżałam do mojej babci, chowałam się w pokoju i dzwoniłam do budki telefonicznej, która była po drugiej stronie ulicy (widziałam ją z okna). Kiedy ktoś odbierał mówiłam, że wiem w co jest ubrany/a i opisywałam jej/jemu ubiór, na koniec dodawałam, że zostało jej/jemu tydzień życia. Miny były bezcenne, kiedy ktoś próbował zlokalizować gdzie się znajduję, a gdy nie mógł mnie znaleźć, uciekał w popłochu.
Ot, takie wyznanie jak lubiłam straszyć ludzi. :)
Odkąd zamieszkałam z moim chłopakiem, ciągle go upominam, że za głośno rozmawia. Jakoś nie lubię, kiedy wszyscy sąsiedzi podsłuchują, gdy rozmawia na klatce... Mój chłopak mówił, że każdy jest tak zajęty swoim życiem, że nie podsłuchuje przy drzwiach swojego mieszkania i mam urojenia. Jak bardzo się pomylił przekonałam się dzisiaj.
Wchodzę do bloku zmęczona po ciężkim dniu pracy. Z daleka już słyszę, że sąsiad mieszkający pod nami schodzi z psem na spacer. Zamyka drzwi i spotykamy się na półpiętrze. Mówię mu grzecznie dzień dobry i już chcę iść do swojego mieszkania, aż ten nagle zaczyna mi gratulować i ściskać. Mówi mi, że wiedział od początku i trzymał kciuki. Patrzę na niego zdezorientowana i pytam o co chodzi, na co on z uśmiechem: No wczoraj słyszałem, jak pani chłopak mówił przez telefon, że już ma pierścionek i będzie się oświadczać... Zamurowało mnie, podziękowałam i poszłam.
Wchodzę do mieszkania, widzę, że mój chłopak jest zdenerwowany, pyta mnie, czy pójdziemy dzisiaj na jakąś kolację, bo on to znalazł taki fajny lokal i w ogóle. Patrzę na niego i pytam, czy ma się tam zamiar oświadczyć, czy tutaj. On zszokowany patrzy na mnie i pyta skąd wiem... No cóż, pan Mietek spod trójki był szybszy.
Oświadczyny przyjęte, a mój narzeczony już nie rozmawia przez telefon na klatce schodowej.
Kierowcy komunikacji miejskiej kojarzą nam się z typowymi chamami, którzy robią łaskę nawet sprzedając bilet czy otwierając drugi raz te same drzwi.
Też spotkałem wielu takich, tym bardziej zdziwiło mnie, kiedy jadąc autobusem nagle z głośników usłyszałem pytanie od kierowcy, czy aby jest ciepło w autobusie, bo można jeszcze podkręcić ogrzewanie. Wszystkich pasażerów najwyraźniej zamurowało, bo popatrzyłem się po ludziach i nie widząc żadnej reakcji stwierdziłem, że sam odpowiem. Po mojej opinii, że temperatura jest "idealna", kierowca mi podziękował, co już nawet mnie zdziwiło. Następnie wytłumaczył dlaczego się spóźnił o 7 minut (bo tyle wskazywał mu komputer) i przeprosił za korek na trasie, który oczywiście jest zawsze i nie jest za niego odpowiedzialny, ale i tak godne podziwu jak ten pan martwił się o pasażerów. A na dokładkę jeszcze powiedział, że o bilety czasowe nie trzeba się martwić, bo są liczone według rozkładu i możemy stać w tym korku nawet 2 godziny, a i tak bilet będzie ważny.
Bardzo dziękuję, że przywrócił mi Pan wiarę w ludzkość. Oby było coraz więcej takich pozytywnych osób. Aż z wrażenia musiałem założyć konto na anonimowych :)
Ostatnio odwiedziłam rodziców, jako że mieszkamy po dwóch przeciwnych stronach Polski, nieczęsto się to zdarza. Do domu przywiozłam ze sobą szampana i słodycze z okazji mojej pierwszej w życiu poważnej wypłaty. Okazało się jednak, że rodzice sami byli zaopatrzeni w lepsze i bardziej wysokoprocentowe trunki, czym zostałam uraczona, i rozpoczęło się wspólne biesiadowanie.
Tata przestał pić szybko i zwędrował do innego pokoju obejrzeć nocny turniej tenisa.
Z mamą po skończonej wódce wzięłyśmy się za whisky.
O 2 w nocy mama puściła płytę Adele, na cały regulator.
Tańczyłam z mamą wolne tańce, a później wspólnie płakałyśmy do piosenek Adele.
W tym momencie urwał mi się film. Później dowiedziałam się, że:
* tato zszedł do nas na parter domu, by przerwać imprezę, ponieważ zadzwonili sąsiedzi
*porzygałam się do zlewu w kuchni
*umyłam włosy peelingiem z błota Morza Martwego
*z łazienki wyszłam goła i tato pomagał mi się ubrać w piżamę
A mam 26 lat i nie jestem z patologicznej rodziny...
W podstawówce wraz ze mną do klasy uczęszczał Mirek. Mirek był typowym łobuzem, który potrzebował ofiary - stałem się nią ja. Ograniczał się głównie do przemocy słownej czy nacierania śniegiem/rzucaniem drobnymi przedmiotami. Dla młodego dziecka była to tragedia, poczułem chęć zemsty.
Na genialny plan wpadłem podczas kąpieli - zbliżały się święta Wielkanocy. Podczas leżingu w wannie zachciało mi się sikać. Swoim moczem napełniłem puste opakowanie po szamponie. Zemsty dokonałem w lany poniedziałek. Mirek nigdy nie dowiedział się, czym został pokropiony w śmigus-dyngus.
Stoję sobie dzisiaj na przystanku i ze zniecierpliwieniem czekam na tramwaj. Podjeżdża autobus, z którego wysiada mały tłumek. Facet staje przy ławce i najzwyczajniej czeka na ten sam cud komunikacji miejskiej co ja. Podchodzi do niego jakiś koleś i zaczynają się przepychać. Bójka wisi na włosku.
A teraz najlepsze.
Podchodzi typowy moher i wywiązuje się wymiana wyzwisk (M-moher A-agresor)
M: Zostaw go w spokoju! Spadaj, brudasie!
A: Spie*****j!
M: Naucz się kultury, gnoju!
A: Chcesz wpie*dol?!
I może zabrzmi to nierealnie, ale babcia podeszła do kolesia i przywaliła mu z prawego sierpowego. Facet spanikował i uciekając klął na kobietę. W sumie sam nie miałem odwagi się ruszyć, ale brawa dla walecznej pani!
Morał? Nie każdy "moher" jest zły.
PS Znam tę panią z kościoła i boję się przy niej siedzieć :D
Pamiętajcie wyznanie "oFLQ4"?
Oto ciąg dalszy wyczynów organisty-śmieszka.
Na słowa "bierzcie i jedzcie z tego wszyscy..." na tablicy wyświetlił się tekst "smacznego, mniam, mniam".
Tym razem akurat proboszcz się dowiedział i zwolnił organistę. Z tym akurat śmieszek przesadził.
Dodaj anonimowe wyznanie