#8U98k

Historia, którą tu opisze działa się dobre 50 lat temu.
Moja babcia i dziadek poznali się przypadkiem, wpadając na siebie na ulicy. Od razu się w sobie zakochali. Przeżyli namiętny rok pełen miłości, kiedy to w ich życiu pojawiła się osoba trzecia. Pewna Grażyna stwierdziła, że dziadek musi być jej.

Doprowadzała do dwuznacznych sytuacji. Dziadzio nigdy nie lubił się tłumaczyć, nie chciał o tym rozmawiać… W pewnym momencie babcia przestała dziadkowi ufać.

Zaczęli się kłócić, dziadek opowiadał, że kilka razy prawie się pobili. Po kolejnym roku kłótni, rozstali się. Nie potrafili jednak bez siebie żyć. Babcia pewnego dnia pojawiła się w drzwiach mieszkania dziadka i powiedziała "Powiedz mi tylko prawdę, ja Ci wszystko wybaczę"
No i dziadek przyznał się do zdrady.

Tydzień temu odszedł. Był do tego przygotowany. Cała rodzina siedziała przy nim.
Tuż przed śmiercią, chwycił babcie za rękę i powiedział "Kochana, ja Ciebie tak naprawdę nigdy nie zdradziłem. Przyznałem się, bo nie chciałem Cię stracić drugi raz, a bałem się, że mi nie uwierzysz. Jesteś kobietą mojego życia."
I zmarł.

W sumie nie wiem jak to skomentować.

#c1GhM

Szłam na zajęcia, to była środa, było już chłodno. Nagle zaczepiła mnie staruszka z pytaniem:
- Przepraszam, ale nie mam co jeść. Czy mogłaby pani kupić mi coś do jedzenia?
(zazwyczaj nie daje nikomu pieniędzy, ale jeśli ktoś mnie prosi o coś do jedzenia, to nie odmawiam. Poza tym, ta staruszka wyglądała naprawdę na potrzebującą, dlatego postanowiłam coś jej kupić)
- Oczywiście, kupię coś pani, tylko gdzie zrobić te zakupy? - mówię nieco zagubiona
- Chodźmy do biedronki! - ochoczo odpowiada babuszka
- To idziemy!

Zaczynam iść, ale babuszka mnie zatrzymuje i mówi, że nie tak prędko, że musi mi coś pokazać. Zatrzymuje się i czekam cierpliwie. Staruszka daje mi kartkę i stwierdza, że to jest jej potrzebne. Patrzę na listę, a tam: ziemniaki, udka, klopsy, gołąbki, pomidory, banany, żeberka, sałata itd. Zdziwiona spoglądam: to na listę, to na babuszke i mówię:
- Przykro mi. Ale nie mam tylu pieniędzy przy sobie. Nie kupię tego pani.
- Jak to?! To co chciałaś kupić?! - pyta zdenerwowana babcia
- Chciałam pani kupić chleb i coś do chleba...
- Chleb?! Jak tylko chleb to spie**dalaj.
Staruszka wydarła mi listę z ręki, zwyzywała pod nosem i odeszła.

No...tak można być uczynną w dzisiejszych czasach.

#P2FMv

Mój pies jest już bardzo stary. Co się z tym wiąże, musi dostawać regularnie leki. Zazwyczaj wrzucamy je po prostu do karmy, aby aż tak nie było czuć smaku leku. No niestety, nasza psina zawsze wyczuje ten nieprzyjemny smak i kombinuje jak tylko może, aby go nie zjeść. Zawsze było mi jej szkoda, że musi jeść takie świństwa (nie, nie próbowałam, ale najładniej to nie pachnie), ale to dla jej dobra.

Pewnego dnia, gdy moja mama chciała wyrzucić śmieci, zauważyła w śmietniku na wpół przeżute tabletki właśnie naszej psiny. Od razu zaczęła na mnie krzyczeć, że jak ja mogę pozwalać naszej psinie nie brać lekarstw i wyrzucać je do kosza!? Przecież to dla jej zdrowia itp. itd. Tyle że ja tego nie robiłam! (Mieszkamy tylko we dwie, plus pies, wiec nie ma szansy, aby ktoś inny to zrobił). Postanowiłam przyczaić się i popatrzeć jakim cudem tabletki lądują w śmieciach.

Pora karmienia, napełniam miskę karmą, wrzucam lek i wychodzę (zazwyczaj pilnuję, aby wzięła lekarstwo do pyszczka, ale teraz zrobiłam inaczej). Co się okazało? Pies niczym chomik trzymał lekarstwo w pyszczku i kiedy nikogo już nie było w kuchni, wypluwał je do kosza na śmieci... Co śmieszne, ten kosz działa na zasadzie, że trzeba nadepnąć na nóżkę, aby klapa się podniosła. Pfff... żaden problem o dla psa!

PS Mama mi nie wierzyła, dopóki sama  tego nie zobaczyła.

#Hj2ID

Pracuję jako kelner w dość dużej i znanej restauracji w jednym z większych miast w Polsce. Środek sezonu, bardzo duży ruch. Nabijam na komputerze zamówienie i w głowie już mam ułożony plan: tamten stolik posprzątam, tam podam napoje, przyjmę kolejne trzy stoliki itp., typowa praca kelnera. Dzielimy sobie zawszę sale na "rewiry", by wiedzieć kto gdzie przyjmuje i ile ma stolików pod sobą. Restauracja jest duża. Piętro, ogródki...
I podchodzi do mnie pani (podczas jak nabijam to zamówienie), z wyglądu typowa Grażynka żona Janusza. Wywiązuje się miedzy nami dialog:

Grażyna: Czy podejdzie ktoś do stolika?
Ja: A gdzie pani siedzi?
Grażyna: Na krześle.

Zamknęła mi gębę totalnie.

#XncRR

Kiedy miałam 12 lat, zostałam w paskudny sposób zgwałcona przez dwóch chłopaków.
Nie zaszłam w ciążę, ale łatwo się domyślić, jaki wypływ miało na mnie to wydarzenie. Praktycznie siedziałam zamknięta w pokoju, zawaliłam rok szkoły, bo nikt nie potrafił mnie do niej wyciągnąć. Na samą myśl o tym, że miałabym pójść do pobliskiego sklepu sama po bułki dostawałam ataku paniki. Kiedy raz wyszłam przed dom z ojcem, czułam już palpitacje serca i chciałam wiać do środka.

Na nic zdawali się psycholodzy i psychiatrzy, którzy do nas przychodzili, na nic zdawała się rozpacz mojej mamy, bo ja się naprawdę, naprawdę bałam. A już najbardziej mężczyzn. Myślę, że w planach był już szpital psychiatryczny, ale może rodzice bali się, że tam zeświruję jeszcze bardziej.
Tak więc większość czasu spędzałam w łóżku, czasami coś czytając, czasami po prostu leżąc. Aż pewnego dnia mama weszła do pokoju z obiadem i przy okazji przyniosła mi jego.

To było coś w rodzaju labradora wymieszanego z owczarkiem niemieckim i może czymś jeszcze. Zaprzyjaźniłam się z nim. On niczego nie wymagał, na nic mnie nie namawiał. Bawiła mnie jego radość z każdej rzeczy. Na początku wychodziła z nim mama, a później sama chciałam to zrobić. Poszłam z ojcem i psem i po raz pierwszy od dłuższego czasu odważyłam się przejść kawałek od domu. Ja pilnowałam psa, pies pilnował mnie. Co chwila się obracałam, żeby sprawdzić, czy idzie, a on co chwila popatrywał na mnie.
A parę tygodni później, w wielkim strachu, wyszłam z psem na pobliską polanę. Akurat spadł pierwszy śnieg, i chyba widok mojego przyjaciela jak strasznie, strasznie cieszy się czymś tak głupim jak płatki śniegu sprawił, że poczułam ponowną chęć do życia.
Kiedy już miałam odwagę, by wychodzić do sklepu, Oliwer (bo tak go nazwałam) obronił mnie przed zaczepkami dwóch meneli, skutecznie odstraszając ich szczekaniem. Chodziłam z nim na szkolenia i wiedziałam, że mogę czuć się bezpieczna.

Tak pokonałam traumę.

Jednak rok temu, po ośmiu wspaniałych latach przyjaźni, mój pies znalazł i zjadł na dworze kiełbasę. Z czymś. A ja nie zdążyłam do weterynarza. Nie mogłam pomóc Oliwerowi, chociaż ojciec zapakował go jak najszybciej do auta i gnaliśmy do najbliższej kliniki.
Gdybym miała powiedzieć, co myślę o człowieku, który to zrobił, to przeczytalibyście pięć linijek przekleństw. Nie rozumiem tego.
Czekało nas jeszcze wiele lat, byłam wdzięczna temu psu za całą jego pomoc, był moim najlepszym towarzyszem.
Wszystkim, którzy wpadają na tak idiotyczne pomysły, życzę źle. Zabraliście moje najlepsze wsparcie i najcudowniejszego przyjaciela. Teraz, dla Oliwera, trzymam się sama. I może kiedyś zaadoptuję jakiegoś biedaka ze schroniska.
Uważajcie na spacerach!

#DURFd

Dzisiaj wracając z uczelni (studiuję na kierunku ratowniczo-medycznym) razem z grupą innych studentów na tymże samym kierunku, czekaliśmy na autobus (ja tradycyjnie ze słuchawkami na uszach), a na ławce siedział siwy, straszy pan z wąsem, który nagle spadł z siedzenia na ziemię.
Jak się pewnie domyślacie nikt na przystanku nie zareagował, co więcej, czułam na sobie te, powiedzmy, pobłażające?/ironiczne?/pogardliwe? spojrzenia innych ludzi, gdy pomagałam mężczyźnie się podnieść. Okazało się, że staruszkowi trochę się zakręciło w głowie, ale nie chciał bym wzywała karetkę, więc nic więcej nie mogłam pomóc. Trochę przy nim zostałam (a nuż by się okazało, że jednak nie jest do końca w porządku), ale...

Najbardziej uderzyło mnie to, że większość ludzi na przystanku stanowili moi koledzy z wydziału. Osoby, które powinny zareagować jako pierwsze (w końcu po to się uczą, cholera, by zostać ratownikiem!) A jedyne co robili, to tylko z ciekawością patrzyli co ja wyrabiam. Tak, że no...

#HVCav

Jestem siedemnastoletnim prawiczkiem, który masturbuje się przynajmniej raz dziennie. Ostatnio zastanawiało mnie czemu wszyscy faceci co grają w porno są obrzezani. Zacząłem przeglądać internet w tej sprawie (nie jestem gejem, ani bi). Okazało się, że nie wszyscy są obrzezani, dlatego zacząłem szukać pornosa, w którym grają nieobrzezani faceci, tak z ciekawości. Nie znalazłem, więc zacząłem przeglądać różne fora internetowe, co się okazało?

Że tak naprawdę widziałem wiele pornosów z facetami nieobrzezanymi, to po prostu jest ze mną problem. Jestem po prostu stulejarzem. Myślałem, że jak skórka jest odciągnięta, to oznacza, że jest się obrzezanym.

Mam ogromny żal do polskiej edukacji o to, że na lekcji biologii uczyli mnie o budowie komórki roślinnej czy innych pierdołach, a nie nauczyli mnie jak zdiagnozować u siebie stulejkę...
Zastanawiam się jak powiedzieć rodzicom, że mam stulejkę i by zapisali mnie na zabieg...

#ZAG0n

Moja mama uwielbia modę. Wszyscy w rodzinie podziwiają jej gust - zawsze wygląda elegancko, z klasą i bez przepychu. Bardzo często jest pod tym względem komplementowana.

Jestem kobietą, mam 23 lata. Jeśli dostawałam od mamy prezenty, to zwykle ciuchy (chyba że chciałam coś konkretnego). Mama dobrze żyje z właścicielką ciucholandu, więc zwykle te lepsze rzeczy trafiają w jej ręce. Średnio co tydzień mama przynosi do domu jakieś ubrania.

Większość z Was pewnie pomyśli - fajnie mieć taką mamę. Można się na niej wzorować, pożyczać ciuchy (większość pod względem rozmiaru jest OK), nawet wspólnie się "stroić". U mnie niestety było inaczej.

Kiedy miałam 6 lat, usłyszałam od pani sprzedającej obwarzanki "proszę, chłopczyku". Prawie się popłakałam. Ale było markowo i modnie. Na wesele siostry ciotecznej, kiedy miałam lat 14 (pierwsze zauroczenia, chęć podobania się płci przeciwnej), ubrała mnie w szerokie spodnie z wysokim stanem i żółtą bluzkę z żabotem. Czułam się jak własna ciotka, ale to... cóż, wtedy było modne. Nie mogłam znieść spojrzeń rówieśników i tego, że chłopak, który tak bardzo mi się spodobał, odmówił mi tańca.
Raz jako nastolatka kupiłam sobie wymarzone srebrne trampki. Mojej mamy nie obchodziło to, że o nich marzyłam. Były wieśniackie - jak określała każdą rzecz nie w jej guście - więc bardzo długo leżały zamknięte w szafie. Kiedyś też kupiłam sobie buty na jesień. Za jakiś czas zobaczyłam je u kogoś innego - wg niej były wieśniackie, więc zrobiła mi przysługę - przekazała je dalej... Nigdy nie mogłam się sprzeciwić mamie w kwestii ubioru, bo jak ubrałam się sama, to było "beznadziejnie". A musiało być modnie. Tak bardzo odbiło się to na mojej psychice, że na palcach jednej ręki mogę policzyć rzeczy, które kupiłam sobie sama. Oczywiście po przemyśleniu, czy mama to zaakceptuje i czy to nie będzie wieśniackie. Na każdą uroczystość rodzinną ona szykowała mi ubrania - nawet nie zdążyłam zastanowić się w czym chcę iść, uprasowany zestaw wisiał na drzwiach od szafy.

Na co dzień ubierałam się tak, żeby tylko się nie wyróżniać i nie usłyszeć słów krytyki od mamy. Dla każdej kobiety wygląd jest ważny, a ja... patrzyłam na fajnie ubrane dziewczyny i zazdrościłam im gustu, bo sama nie miałam swojego. Zazdrościłam im tego, że czerpią przyjemność z chodzenia na zakupy. Dla mnie była to największa katorga, bo bałam się, że coś co kupię nie spodoba się mamie. Bałam się.

Do dzisiaj. Czeka mnie rodzinna uroczystość. Przegrzebałam wszystkie szafy, wybrałam ubrania, które MI pasują. Nie będę pytać o zdanie ani słuchać krytyki, jeśli taka się pojawi. JA będę czuła się w tym dobrze.

Taki mały krok do przełamania wielkiej słabości. Jestem z siebie dumna, chociaż to takie banalne.

Nie myślałam, że ciuchy mogą rujnować życie. Koniec z tym. Szkoda siebie.

#KTu5K

Mam dziewiętnaście lat i nigdy nie byłam na randce, nie przyprowadziłam do domu chłopaka, ba, nigdy nie miałam chłopaka. Nie interesuję się kolegami ze szkoły, nie pociągają mnie. Spełnienie osiągam ucząc się do egzaminów na rozszerzeniu wiedzy o społeczeństwie.

Rodzice od półtora roku podejrzewają, że jestem utajoną homoseksualistką i boję się "wyjść z szafy", a mi po prostu głupio przyznać, że podniecają mnie wyłącznie dwa razy starsi mężczyźni.

#Uea7u

Moja historia będzie krótka i niewiarygodna. Mam na imię Zuza i całowałam się ze swoim wujkiem. Tak wiem to dziwne. 

Chłopak jest 2 lata starszy ode mnie. Poznaliśmy się w szkole i po pewnym czasie zaczęliśmy się spotykać (w tamtej chwili żadne z nas nie wiedziało, że jesteśmy rodziną). Z moim tatą mam świetny kontakt i po paru miesiącach mojego związku z Y powiedziałam mu o nim. Jeszcze nigdy nie widziałam ojca w takim szoku, i to nie z tego powodu, że jego mała księżniczka (która ma 19 lat) ma chłopaka, tylko z faktu że wybranek jej serca jest z nami spokrewniony. 

Ja to zawsze mam ogromne szczęście do wszystkiego. (:
Dodaj anonimowe wyznanie