Jako starsza siostra nie potrafiłam patrzeć, jak mój brat młodszy o 5 lat, zaraz po zdaniu prawka, zaczyna coraz bardziej głupieć.
Pół biedy, kiedy wygłupiał się z kumplami na pustym parkingu.
Kiedyś nocując u rodziców, pod ich nieobecność, słyszałam, jak na parterze trwała w najlepsze libacja młodszego i jego ziomków. Któryś miał chyba urodziny, wódka lała się strumieniami, ktoś chciał nawet poczęstować mnie.
Nie piję, zajęta zresztą byłam nauką. Czasem schodząc na papierosa mogłam zaobserwować, jak towarzystwo uszczupla się po kilku godzinach. Ktoś spał w salonie, ktoś inny wylądował w ogródku na ławce. Zaczynało się robić późno, kiedy i mój młodszy przestał kontaktować, jakiś idiota wziął sobie jego kluczyki od samochodu, niezbyt dbając o to, że był pod wpływem.
Nie wiem kiedy to się stało, samochód zniknął z podjazdu, a nikt w zasadzie logicznie nie potrafił odpowiedzieć kogo wsiąkło i po co.
Część uznając, że to ktoś ruszył po zapasy alkoholu albo odwieźć jakąś ofiarę walki do domu, nie przejęła się faktem, że banda się uszczupliła.
Coraz bardziej nerwowo paląc kolejnego papierosa, padłam niemal na zawał, kiedy po półgodzinie do drzwi zapukała policja.
Żartowniś na szczęście nie dojechał daleko, rozbił samochód uderzając w drzewo. Uratowały go pasy, które chyba anioł stróż kazał pijanej głowie zapiąć.
Nie zrobił nikomu krzywdy, mieszkanie na zagwiździu ma swoje zalety.
Szkoda samochodu i brata. Po feralnej imprezie stracił pierwsze auto oraz kumpli, no bo "nie znasz się na żartach?!".
Sprawcy zajścia nie udało się wyłonić.
Historia o planowaniu rodziny. Drodzy Anonimowi, w życiu bywa różnie. Czasem się dziecko planuje, innym razem ono pojawia się nagle. Samo życie. Nasz (tj. mój i mojego męża) przypadek należy do tego pierwszego.
Jesteśmy po ślubie i zaplanowaliśmy sobie, że dziecko nie pojawi się u nas od razu. Chcemy się sobą nacieszyć, nie spieszymy się. Zwyczajna decyzja, którą myślałam, że wszyscy zaakceptują... Duży błąd z mojej strony. O ile moja część rodziny powiedziała ''spoko'', rodzina męża miała inne zdanie. I tak po ślubie chwila ciszy i zaczyna się. ''Kiedy potomek?''. ''Zmajstrowaliście już coś?'' itp. Z początku śmiechy chichy, my tłumaczymy nasze plany, jednak nic z tego, ataki dosłownie się nasiliły. Wszyscy zaczęli nad nami pracę jak nad jakimś programem rozmnożenia pandy wielkiej. Każdy niedzielny obiadek u teściowej musiał być okraszony kilkoma docinkami w tym temacie, często już niesmacznymi. Nawet dalsi członkowie rodziny, których widziałam z jeden raz pytali się męża ''czy już coś ustrzelił'', we mnie się gotowało. Nie zrozumcie mnie źle, w jakimś stopniu muszę lubić dzieci, skoro się do mnie garną i potrafię się z nimi bawić godzinami. Jednak nie chcę wymuszanego posiadania dziecka. Chcę, żeby było wyczekiwane i miało jak najlepsze warunki jakie będziemy mogli mu stworzyć.
Tymczasem takie docinki nie pomagały, a wręcz odstręczały od macierzyństwa. Nie chciałam takiej awersji. I teraz opis sytuacji. Kolejny obiad, teściowa z resztą rodziny męża, w tym jego rodzeństwo posiadające już kilkoro potomków. Temat zaczyna się kręcić wokół mojego ulubionego zagadnienia... padło już w naszym kierunku parę perełek o prokreacji. Jedna z wypowiedzi - szwagier do mojego męża: ''I co tam, Tomek, jeszcze nic nie macie przychówku? Co ty, ślepakami strzelasz?;'. Mój mąż już nie reaguje (ćwiczy wtedy oddychanie i życie w harmonii z Kosmosem). Znów śmiechy i chichy, osądy, ja jednak nie wytrzymałam, o kant d**y szły nasze tłumaczenia, więc wypaliłam po chamsku. Zwracając się do wszystkich zapytałam otwarcie - wiecie co jest najfajniejszego w dzieciach? Odpowiedziałam od razu - to jak się je robi. Efekt: cisza, czerwona teściowa, bulwers zgromadzonych matek i potakująca mina szwagra, który wcześniej zadał pytanie. Od tego czasu częstotliwość tych pytań spadła o jakieś 90%. Za moją wypowiedź zostałam potępiona przez rodzinę męża. Gdy piszę to wyznanie plotki o mej bezduszności przekraczają już pewnie terytorium RP (niesione połączeniami telefonicznymi w rodzinie mego lubego), jednak taka ''kometa'' była potrzebna dla naszego spokoju. Dziecko lub dzieci nadal mamy w planach, jednak gdy nasza ''panda'' pojawi się na tym świecie będzie wyczekiwana i kochana jak na to zasługuje i nikt poza nami nie ma tu nic do gadania :)
Morału jako takiego nie mam, czasami zwyczajnie trzeba się bronić, nawet jeśli jest to cios poniżej pasa :)
Musiałam walczyć o wiele, żeby dobrnąć do tak długo wyczekiwanego szczęścia. Dobrze płatna, wymarzona praca w wymarzonym kraju, wymarzony domek na przedmieściach i wymarzona garderoba, o której zawsze marzyłam - wszystko to miałam przy sobie. I do niedawna także narzeczonego, który opuścił próg naszego domu z uśmiechem, zostawiając mi buziaka na policzku; po czym zarzucił kaptur na głowę i był to ostatni raz, kiedy go widziałam. Zginął w wypadku. Próbuję resztkami sił poskładać moje szczęście, ale bez niego to tylko imitacja życia, jakie chciałam mieć.
Miałam może około 6-7 lat. Pewnego pięknego dnia oglądałam sobie różnorakie filmiki w internecie. Śmieszne pieski, jakieś wpadki z teleturniejów i wiecie jak to bywa z jednego filmiku do następnego, aż w końcu natrafiłam na wtedy przerażający dla mnie filmik, jak bodajże tarantula czy jakiś inny straszny zwierz wychodzi z muszli klozetowej. Pełno filmików o tej tematyce doprowadził mnie do takiego strachu, że od tego czasu zaprzestałam oddawaniu moczu siadając na toalecie.
Z racji, że kuchnia jest dosyć blisko łazienki, za każdym razem gdy musiałam iść za potrzebą, zabierałam do toalety ze sobą przypadkowy kubek z szafki, robiłam do niego to co musiałam, wylewałam do kibelka i zwracałam go na swoje miejsce. Tak było dopóki mama mnie nie wyczaiła i nie przeprowadziła ze mną ciężkiej rozmowy uświadamiając mnie, że taka sytuacja z pewnością nie będzie miała miejsca u nas w domu.
Tak, wszystkie kubki oraz dla pewności inne naczynia zostały następnego dnia wyparzone.
Do tej pory gdy moja rodzicielka o tym wspomina zapadam się pod ziemię.
Mój facet został już o tym doskonale powiadomiony i za każdym razem gdy robi mi herbatę, pyta czy chcę z cukrem, czy wolę z innym znanym mi dobrze dodatkiem.
Bunkier już pełny, więc może jest tu ktoś kto udostępni jakąś przytulną piwnicę?
Było to jakiś czas temu. Chciałam kupić przez internet jakąś serię książek. W końcu udało mi się znaleźć, co prawda używane, jednak w dobrym stanie, no i tanie.
Chciałam pochwalić się swoim znaleziskiem rodzicom. Dumna siadam między nimi, otwieram laptopa, włączam przeglądarkę, wpisuję szybko stronę i...
No właśnie.
Zamiast znanego chyba wszystkim olx.pl, wpisałam "onx.pl".
Te ich miny...
Mam 24 lata i jestem schizofrenikiem.
Choroba zaczęła się dokładnie rok temu. Uwierzcie mi, że dla schizofrenika najcięższym okresem jest początek koszmaru. Między innymi dlatego, że nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Byłem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Miałem dziewczynę, studiowałem prawo, a także cieszyłem się ogromnym zaufaniem ze strony rodziny. Dziś nazywam to największym szczęściem, ponieważ schizofrenia obnażyła mnie ze wszystkich wartości, jakie może posiadać człowiek.
Początek był paskudny. Zawsze uważałem, że jestem dobrym chłopakiem. Wiele pomagałem, angażowałem się w akcje charytatywne, nie kłamałem i miałem twarde zasady. Związek i przyjaźń były najbardziej drogocenne - to te wartości, których nigdy bym nie złamał. Do czasu... Choroba nakazała kłamać, manipulować, zdradzać i wystawiać ludzi na próbę. Nie chcę opowiadać o tych wszystkich świństwach, jakie wyrządziłem ludziom, bo raczej nie dokończyłbym tego wyznania. Straciłem dziewczynę, a rodzina uznała mnie za kłamce i psychopatę. Nie miałem nikogo, oprócz cotygodniowego psychiatry i kozetki w jego gabinecie.
Po 3 miesiącach usłyszałem wyrok. Schizofrenia paranoidalna - powiedział mój stary, schorowany terapeuta. "Teraz musisz się postarać, by odzyskać tych ludzi z powrotem, ponieważ sam sobie nie poradzisz z chorobą" - tych słów nie zapomnę przez resztę życia, bo od tamtej pory przez 12 miesięcy nie robię nic innego w tym kierunku, by ludzie poznali mnie na nowo. Do dziewczyny się nie odezwałem. Do dziś nie mam odwagi powiedzieć jej prawdy. Wiem, że mimo wszystko nie chcę, by przechodziła ze mną przez najgorsze etapy choroby. Robię to z miłości. Nie szanuję tak bardzo żadnego człowieka na tej ziemi. Chciałbym, by była szczęśliwa. Znalazła sobie po prostu kogoś normalnego. Niewiele jest osób, które wiedzą o chorobie.
Psychoterapeuci zalecają raczej, by informować o tym bliskich. Ale piszę to wyznanie, byście pamiętali, przyjaciele, że nie warto jest oceniać. Po ludziach chodzą przeróżne zaburzenia. Uwierzcie, że żaden normalny człowiek nie zmienia się ot tak - z dnia na dzień. Nie zostawiajcie bliskich w emocjonalnych potrzebach. Może to właśnie Ty znaczysz w czyimś życiu najwięcej?
Historia przydarzyła się mojemu znajomemu, w pierwszej klasie gimnazjum. Nigdy nie grzeszył sprytem i mądrością. W dodatku zapisał się do klasy sportowej, bo myślał, że przez to będzie miał mniej lekcji takich jak polski lub matematyka.
Pewnego pięknego dnia nie chciało mu się ćwiczyć na wf. Postanowił wmówić nauczycielowi, że źle się czuje. Nauczyciel zapytał o powód, a kolega bez namysłu odpowiedział "Okres".
Geniusz :D
Krótko i na temat, moi drodzy.
Kiedy mój dom stoi pusty, a w nim jest tylko moja osoba, to...
Włączam głośniki na pełną moc, włączam Pudzian Band - Dawaj na Ring i udaję, że jestem profesjonalnym fighterem i walczę z cieniem - uprzednio oczywiście wchodząc w rytm muzyki na "ring".
Mam 18 lat.
PS Mam nadzieję, że kochany ojciec nie zamontował kamer w domu :))
Dzisiaj rano na pierwszych dwóch lekcjach mieliśmy profilaktyczną "pogadankę". Nie prowadziła jej ani pani pielęgniarka, ani pani pedagog z naszego gimnazjum, więc zapowiadało się ciekawie.
Weszliśmy do sali w Domu Kultury (sala gimnastyczna i aula nie są w stanie pomieścić ponad 200 uczniów) a na scenie stało tylko krzesło na którym leżała gitara i mała butelka wody. Żadnych tablic, statystyk, tabelek, obrazków, nic.
Na scenę wszedł jakiś facet, wziął łyka wody i zagrał "Kroplą deszczu". Zagrał pięknie, pobił oryginalne nagranie 1000 razy. Dopiero potem się przedstawił. Powiedział, że nazywa się Gabriel Fleszar. Czyli prawdziwy wykonawca tej piosenki. Opowiadał o swoim uzależnieniu od tytoniu, zagrał piosenkę, o uzależnieniu swojego kumpla od alkoholu. Znów zagrał piosenkę, opowiadał o uzależnieniu od heroiny znajomego i uzależnieniu swojej pierwszej poważnej miłości od marihuany. Po wszystkim znowu zagrał piosenkę.
Czemu o tym piszę? Od ok. miesiąca żyłam w letargu. Cały czas chodziłam smutna, chociaż to mało powiedziane. Nie uśmiechałam się, jeśli już to na kilka sekund i to niezbyt szczerze. Zły nastrój tłumaczyłam okresem i dużą ilością sprawdzianów.
On na tym spotkaniu niby nie powiedział nic pocieszającego czy wesołego. Ale za to dał mi takiego emocjonalnego kopa. Nie wiem co dokładnie zrobił, ale przestawił mi jakiś trybik w głowie. Może pokazał dno i ja nie musiałam do tego dna docierać, aby się odbić?
Nie wiem jak pan to zrobił, panie Gabrielu, ale dziękuję panu za to bardzo. Te 1,5h zmieniło coś we mnie i nie chodzi tylko o smutek.
Podczas swojej imprezy z okazji ukończenia 18. roku życia trochę przesadziłam z alkoholem.
Włożyłam sobie banana majtek, tak żeby wyglądał jak penis i tańczyłam z nim do piosenki "Chodź, chodź, moja kochana, dam, dam, dam ci banana".
Dodaj anonimowe wyznanie