Mój pierwszy obóz zapamiętam bardzo dobrze, do końca życia.
Jako piętnastoletnia dziewczyna, pragnęłam poznać kilku ludzi w moim wieku, więc wybrałam sobie wyjazd nad cudowne polskie morze! Oferta programu zapewniała towarzystwo osób w wieku od 13 do 17 lat, wykwalifikowaną kadrę oraz moc atrakcji.
Na miejscu jednak sprawa przedstawiała się nieco inaczej.
Pomijając już nawet komitet powitalny (mrówki w szafkach i z 10 pająków na ścianach) okazało się, że w moim wieku osób jest może 6, reszta do 13 roku życia.
No, ale okej, da się to przeboleć.
Gorzej z wiecznie pijanym studentem prawa, który udawał opiekuna (szczególnie w trakcie wycieczki do Niemiec - zasnął na ławce w pozycji bezdomnego po obfitym trunku), proponującego nam prostowanie bananów i kefir z biedronki.
Nie ma tragedii? A szalona współlokatorka, która spiła się połową piwa, napisała do koleżanki, że wszyscy ćpamy, co przeczytała jej matka i zadzwoniła do kierowniczki wycieczki?
Koleżanka ta, lat 14, odczuwająca nieodpartą potrzebę wymienienia śliny z jednym z chłopaków tej samej nocy, pomimo że wypadła przez okno, krzyczała i włączała telewizor na cały regulator, nie zwróciła uwagi równie pijanego, wspomnianego wcześniej wychowawcy.
Wytrzeźwiała dopiero po siarczystym ciosie drugiej koleżanki, co skończyło się płaczem, prośbą o zabranie do dentysty oraz kolejną dramą.
Jeszcze mało? Musiałam latać z kolegą po połowie ośrodka, by załatwić jednej dziewczynie transport na pogotowie, gdy podejrzewaliśmy, że złamała rękę. Kadra zareagowała jedynie smarując jej kończynę altacetem, my sami musieliśmy zrobić im aferę, by zabrali ją na prześwietlenie.
Ostatnią ciekawą sytuacją było wypełnianie przez nas ankiet dotyczących obozu (anonimowych oczywiście). Na poprzednich, wszystkie trafiały do biura, ale nie tym razem... Odczytała je kierowniczka wraz z innymi wychowawcami po to, aby przyjść i oskarżyć o to, że jesteśmy wredni i nie potrafimy się zachować, bo napisaliśmy, że kadra jest niezorganizowana, a ośrodek nie grzeszy standardem.
Oczywiście to nie wszystkie przygody, ale postanowiłam podzielić się tymi najbardziej "zabawnymi", by ostrzec przed uważniejszym dobieraniem swojemu dziecku wakacji...
Podczas ostatniej wizyty u znajomego, jego babcia, kobieta wiekowa i słusznej postury, wieloletnia wdowa oraz zagorzała katoliczka w jednym najpierw uszczypnęła mnie w tyłek, a następnie puściła mi "oczko" i z dziwnym uśmiechem powędrowała w kierunku kuchni.
Po tej sytuacji zrodziły się dwa pytania:
1. Czemu nie mam takiego powodzenia u kobiet w moim wieku?
2. Kiedy odlatuje najbliższy samolot w kierunku Syberii?
Widziałam tutaj dużo wyznań o kupie, ale twierdziłam, że mi się coś takiego nie przydarzy. Przecież umiem wytrzymać. Ale nie! Kochany pan Życie postanowił zrobić inaczej.
Cały dzień bolał mnie brzuch. Ale co tam! Wytrzymam, jestem silna! Robiłam wszystko tak, jak co dzień: szkoła, zakupy, zajęcia taneczne. W końcu nadeszła 19. No wreszcie upragniona chwila wolnego! W domu cieplutko, więc postanowiłam, że wezmę najbardziej relaksującą kąpiel w moim życiu. Przygotowałam sobie pachnącą truskawkami kąpiel i rozebrana wchodzę do wanny. Delektuję się tą jakże przyjemną i ciepłą wodą aż nagle tę wspaniałą chwilę przerywają dziwne dźwięki dochodzące z mojego brzucha.
- No kurde, coś mi jakoś dziwnie - wygłosiłam swój interesujący monolog na głos. Czuję, że nadchodzi ONA. Brązowa i płynna jak kakao, pojawiająca się zawsze w najlepszym momencie, moja najlepsza przyjaciółka - biegunka! Szybka analiza - toaleta zaraz obok wanny, wyskoczę prosto na antypoślizgowy dywanik, przetrę się ręcznikiem i zasiądę na tronie. Nim zdążyłam się ruszyć - poszło... Pani Biegunka również postanowiła wziąć kąpiel. W wannie, razem ze mną.
Krótko mówiąc - miałam gównianą kąpiel. I to dosłownie...
Odkąd skończyłam 14 lat, zaczęłam interesować się sztuką tatuażu. Te malunki na skórze i uśmiechnięci, wyluzowani tatuażyści robiły na nastoletniej mnie ogromne wrażenie. A że, mówiąc skromnie, talentu plastycznego Bozia nie poskąpiła, ustanowiłam sobie cel - nauczyć się zawodu i mieć swój zakład. Skrupulatnie ćwiczyłam styl, dziarałam markerem dzieciaki z klasy, a potem się cieszyłam widząc, że obrazki się podobają. Siebie też potrafiłam na lekcji pobazgrać, że niby mam rękaw (rękę całą pokrytą w harmonijnym wzorze). Oczywiście, błagałam wtedy rodziców o zgodę na prawdziwy. Wiadomo, gimnazjalistce nie pozwolą ani na wymarzone kolczyki na twarzy, ani na tatuaż.
Po latach nadeszła chwila, w której postanowiłam nareszcie dać upust fantazji o tatuażu. Śliczny znak, który będzie coś ważnego dla mnie symbolizował, na przedramieniu. Umówiłam się z tatuażystą, obgadaliśmy szczegóły - to lecimy!
Wróciłam do domu. Na wejściu dostałam ogromnym fochem ze strony ojca, który nienawidzi rysowania po skórze nawet długopisem, a co dopiero igłą. Nie odzywa się, a jak już to burczy. Nie może w ogóle na mnie patrzeć. Zrobił mi wykład, że to obrzydliwe, permanentne i że zrobiłam mu na złość, nie dając mi dojść do słowa.
Byłoby to zrozumiałe, gdybym nie kończyła w przyszłym roku dwudziestu trzech lat, a on doskonale wiedział, że jego córeczka idzie w tym kierunku od dawna. Cóż... pozostaje mi nic innego jak przeczekać ten czas, aż ojcu przejdzie. Wiecie co było najgorsze w robieniu tego tatuażu? To, że musiałam wybrać między swoim szczęściem i spełnianiem marzeń a jego chwilowym byciem miłym. Nie ma co ukrywać, już dawno temu spadłam w jego oczach na dalszy plan. Ale cieszę się z ozdoby, która dodaje mi otuchy w tym całym zamieszaniu. Może i tatinek nigdy nie zrozumie mojej pasji (bo to przecież dziwne, a to, co dziwne jest złe), ale uznałam, że najwyższy czas robić coś tylko dla siebie.
Mam prawie 18 lat, a mój ojciec daje mi szlabany na telefon i komputer za tak absurdalne rzeczy jak złe wyjęcie kabla z kontaktu, przełączenie mu kanału w telewizji podczas jego nieobecności w pokoju czy za umycie rąk płynem do mycia naczyń...
Pytanie: czy to ze mną jest coś nie tak, czy z nim?
Hej anonimowi! Mam na imię Wojtek, obecnie mam 26 lat i narzeczoną. Mieszkam w wielkiej stolicy, a historia, którą chciałbym wam przedstawić miała miejsce podczas mojego drugiego roku studiów.
Jednak najpierw przedstawię wam "fundamenty" historii. Czasy mojego dzieciństwa nie były do końca udane, moi rodzice się rozwiedli jak miałem 6 lat. Ojciec zostawił nam tylko wielki dom i słuch po nim zaginął. Moja mama długo nie potrafiła się otrząsnąć, jednak miała mnie, więc to ją trzymało. W wieku 12 lat zacząłem ćwiczyć, tak mogłem sobie pomóc i odreagować. Lata mijały, a mama zaczęła sobie radzić ze wszystkim, znalazła genialną pracę i jakoś żyliśmy razem.
Do czasu, kiedy poznała Marka, było to już po mojej maturze. Na początku cieszyłem się strasznie, w końcu ma kogoś, nie będzie sama. Lubiłem gościa, naprawdę wydawał się przyjemny i inteligentny. Jednak pewnego dnia wracając po całym dniu ćwiczeń (byli już razem jakieś 8-10 miesięcy) zauważyłem, że jest coś nie tak. Marek leżał na kanapie z piwskiem, a mama w pokoju cicho jak mysz oglądała telewizję.
Dziwne, zawsze razem spędzali czas po pracy. Wszedłem do pokoju i osłupiałem, mama ze spuchniętym okiem. Powiem wam, że jak na swoją masę i wygląd (mam bardzo krótkie włosy no i ważę te 110 kg, bo masa) jestem bardzo przytulny, nie lubię agresji. Coś wtedy we mnie pękło, nic nie zdało się tłumaczenie mamy, że niechcący, że pijany, że wylali go z pracy. Wyje***em go na beton i trochę poturbowałem. Nie mogę zapomnieć wtedy postawy Marka, miał minę jakby chciał mnie zabić, co jeszcze bardziej potęgowało moją nienawiść. Zacząłem go okładać jeszcze bardziej. Skończyło się na tym, że moja mama wezwała policję. Przestałem, na moje szczęście nic poważnego mu się nie stało.
Po bójce nie odzywała się do mnie w ogóle.
Dwa dni później Marek i moja mama zniknęli z mojego życia. Nie wiem, czy są razem, gdzie są, w zasadzie nic nie wiem. Dłuższy czas po odejściu mojej mamy nienawidziłem jej, musiałem sam uporać się ze wszystkim, jednak rodzina pomogła mi się pozbierać, dzięki nim uporałem się z rachunkami i dostałem bardzo dobrze płatną pracę u wujka w dużej firmie.
Teraz mam 26 lat, narzeczoną, dziecko w drodze.Chciałbym, żeby była przy mnie, mimo że zostawiła mnie jak ojciec, to bardzo mi jej brakuje. Najbardziej mnie smuci fakt, że w Polsce na pewno jej nie ma i prawdopodobnie nawet w Europie.
Słowem wstępu mam 15 lat, chodzę do OSP i jeżdżę dużo na motocyklu. To najpotrzebniejsze informacje dla Was.
W piątek razem z moim przyjacielem stwierdziliśmy, że zostaniemy na noc w naszej remizie. Oczywiście rodzice się zgadzają, bo to nie pierwszy raz, a cel nadzwyczaj szczytny. Jak na strażaków poszliśmy późno spać, lecz się nie przejmowaliśmy, bo co mogłoby się palić w grudniu? W grę wchodziły jedynie wypadki, ale parę osób z naszego zastępu nie ma wymaganych szkoleń do takich akcji.
Obudziłem się jako jeden z pierwszych około godziny 11:30. Poszedłem do takiego jakby salonu, włączyłem telewizor i dosłownie parę minut później słyszę syreny. Oczywiście standard - przebrać się i do wozu, a tam się wyjaśni gdzie jedziemy.
5-10 minut później dwa zastępy ochotników jadą do lasu. Cel niewiadomy. Osoba, która zadzwoniła widziała dużo czarnego dymu nad drzewami. Teraz informacja, którą podałem na początku staje się istotna. Znam ten las, bo wielokrotnie jeździłem tamtędy do remizy, bo jest ona tylko 3-4 km od mojego domu.
Byłoby chyba za łatwo, gdybyśmy od razu dojechali drogami, które wskazywałem kierowcy, prawda? A jakże. Między drzewami była rozpięta metalowa linka, linka vs 7-tonowy MAN. Od razu mówię, że nie wiem kto tak uparcie chciał zabić mnie lub innego motocyklistę (bo dla osób, które nie wiedzą taka linka rozcina szyję i powoduje obfite krwawienie), ale utrudniła nam bardzo życie. Wóz po prostu został zatrzymany przy prędkości ok. 40 km/h, bo linka była okrążona wokół drzew chyba z 10 razy. Wszyscy w szoku, nie wiemy co robić. Podaję inną drogę i jakoś taranując chyba z 5 innych toporniej zawieszonych linek dojeżdżamy do miejsca.
Wiecie co było w tym wszystkim najlepsze? Stos opon pali się dosłownie w środku lasu. Gasiliśmy to chyba godzinę, pomimo mrozu drzewa były mocno muskane płomieniami.
Pisząc to wyznanie domyślam się, że osoba, która stoi za podpaleniem mogła również zawiesić te linki. Ale trudno, czasu nie cofnę. Ważne, że las i zwierzęta w nim żyjące nie ucierpiały. Dodam jeszcze, że na motocyklu nie jeżdżę po jakiejś trudno dostępnej drodze, tylko zazwyczaj po prostej, kiedyś utwardzanej uliczce, która łączy dwie wsie i nadal jeżdżą nią samochody.
Teraz apel do Was, drodzy czytelnicy. Wiem jak bardzo nie cierpicie motocyklistów i wiem, że wielu z nich też zatruwa wam życie. Droga w lesie jest stworzona również po to, żeby odpowiednie służby mogły interweniować w razie np. pożaru. Jako strażak-motocyklista proszę Was żebyście się zastanowili dwa razy, zanim Wy albo wasi znajomi taką linkę rozwiesicie.
Zbliża się sylwester i Nowy Rok. Tą ostatnią noc tego roku część spędzi na imprezach w klubach, na koncertach, na domówkach, czy gdzie sobie tam zaplanują. Ja spędzę trochę inaczej. Na dyżurze na SORze. Cóż poradzić, taki urok pracy.
Chciałbym, by w tym roku, chociaż raz w tą noc, było spokojnie. By nie było ludzi z wypadków. By nie przyjeżdżali rodzice z dziećmi, którym petardy czy fajerwerki poharatały dłonie, lub co gorsza pourywały palce. Byśmy tą noc mogli spędzić w spokoju, choćby rozmawiając z bliskimi przez telefon.
Ale wiem, że jest to marzenie ściętej głowy. Znowu będziemy mieli urwanie kapelusza. I wiecznie za mało rąk do pracy. Znowu nasłucham się, że jestem leniem, bo nie chcę pomóc jakiemuś małolatowi, który wskutek własnego narwania i głupoty ma poharataną całą dłoń od wybuchu petardy, mimo, że przed chwilą przywieźli do nas w ciężkim stanie ofiarę wypadku drogowego. Znowu wychodząc na dyżur, żona powie mi, " spokojnej nocy Kochanie i do zobaczenia w Nowym Roku", mimo iż wiem, że ta noc na pewno nie będzie spokojna.
To wyznanie nie jest hejtem. Raczej informacją. My, lekarze na SORze, cieszymy się, kiedy spędzacie ten ostatni dzień w roku, z resztą nie tylko ten dzień, z bliskimi, a nie u nas. Pomimo, że kocham swoją pracę, wolę, by pacjentów było jak najmniej. Dlatego miejcie na uwadze również nas i bądźcie ostrożni, byśmy nie musieli się spotykać w tą ostatnią noc w roku na sali segregacji.
Jak byłam mała to goliłam sobie brwi i uważałam, że w nich wyglądam głupio. Na zdjęciach z komunii wyglądam okropnie, dzień wcześniej sobie je kompletnie zgoliłam.
Paradoksalnie teraz, kiedy chciałabym je mieć, to są rzadkie i jasne, tak że muszę je delikatnie malować.
Jadę sobie właśnie autobusem i widzę całującą się parę.
Niby nic w tym dziwnego, gdyby nie wielki, widoczny, ciągnący się między nimi.. glut.
Dodaj anonimowe wyznanie