Moja babcia, ze strony ojca, nienawidziła kobiet. Sama miała tylko jednego syna - mego ojca i choć spierdzielił on przed nią, w młodzieńczych latach, na drugi koniec Polski, to ona postanowiła za to nienawidzić moją matkę, twierdząc, że gdyby jej nie poznał, to na pewno by wrócił. Żelazna logika..
Zaś moi rodzice mają dwójkę dzieci - mnie i mojego brata. Ja, na jej (i po trochu moje) nieszczęście, jestem płci żeńskiej.
I tak oto miałam babcię, która hołubiła mego brata, a mnie traktowała jak zło konieczne. Donosiła na mnie, obrażała, szukała okazji, żeby zgnoić. Wywyższając przy tym mego brata. Do tego głośno komentowała niechęć do naszej mamy.
Na moje szczęście ten mój ojciec spierdzielił, więc widywałam ją "tylko" w wakacje.
Gdy byłam już na tyle samodzielna, by wychodzić na imprezy nocne, celowo zamykała drzwi, żeby wiedzieć, o której wróciłam... na szczęście przechytrzyła ją technologia, bo dzwoniłam wtedy do taty na komórkę, żeby mi otworzył. Przeżywała wtedy prawdziwy dramat, bo po pierwsze uno, nie wiedziała, o której w końcu wróciłam, bo drugie uno, liczyła, że poskarży się ojcu i będzie dym, a on współpracował ze mną i jeszcze bezczelnie mi otworzył. Ona wstawała rano i nie mogła od nikogo wyciągnąć, o której wróciłam.
Co w tym anonimowego? A więc to, że gdy umarła, nie pojechałam na jej pogrzeb! Zasłoniłam się egzaminem życia na studiach, a tak naprawdę nie chciało mi się jechać przez całą Polskę, żeby udawać, że płaczę za kimś, kto był mi, delikatnie mówiąc, obojętny. To było dziesiąt lat temu, a ja nadal nie mam wyrzutów sumienia, że gdy ją chowali, ja byłam z przyjaciółmi na piwie.
Nigdy nie miałam nic do osób czarnoskórych, ba, wspierałam grupy antyrasistowskie. Moją ukochaną nianią była Etiopka.
Dziś na instagramie zobaczyłam post, w którym stwierdzono, że starożytni Egipcjanie byli czarni, ponieważ w niektórych grobach znaleziono tzw. dredloki. Grzecznie i kulturalnie przedstawiłam swój kontrargument, powołując się na naukowe strony, w których przedstawiono wyniki badań dot. DNA mumii zaprzeczające tej tezie.
Zostałam nazwana suką, kaukazoidalną kretynką, która powinna wracać do jaskini i usłyszałam, że Afryką zawsze rządzili tylko czarnoskórzy ludzie, a Europejczycy nie powinni temu zaprzeczać, bo są gorsi i kłamią w naukowych (!) artykułach. Wszystko to od rzekomo wyedukowanych Afroamerykanów. Gdy napisałam, iż są rasistami, zostałam wyśmiana. Bo przecież tylko "białasy" to rasiści.
I jak tu chcieć żyć w zgodzie...
Lata temu, gdy byłam dzieckiem, dalsza rodzina chciała wykastrować swojego kota. Byłam jako tako zaznajomiona z pojęciem seksu. Kotek był już umówiony na zabieg, a w mojej małej główce zrodził się plan. Otóż było mi szkoda, że kotek już niedługo nie będzie mógł uprawiać seksu i nigdy nie przeżyje swojego pierwszego razu. Tak oto postanowiłam go zadowolić własnoręcznie, by choć raz mógł zaznać tego uczucia. Jak już wspomniałam, byłam dzieckiem, nie miałam więc pojęcia jak to zrobić. Próbowałam, ale marnie mi to wychodziło, a kot nie wyglądał na szczęśliwego. Więc jak gdyby nigdy nic wróciłam do swoich zabaw, a nikt nigdy nie dowiedział się o moich zoofilskich zapędach. Nikt oprócz was :)
Wydawało mi się, że piękne chwile to te spędzone z bliskimi, wypełnione miłością i brakiem zmartwień...
Po wstrzymywaniu kupy przez pół godziny i przejściu na skraju gównianej wytrzymałości trzech kilometrów do domu, kiedy myślisz, że zaraz coś rozsadzi cię od środka, dopadnięcie toalety pobija wszystkie najcudowniejsze chwile życia.
Przeglądając wyznania natrafiłam na jedno o dziecku, które lubiło swoją zabawkę tak bardzo, że nie pozwalało jej dotykać. Czytając je przypomniałam sobie, że sama miałam taką zabawkę - białego misia z serduszkami na policzkach i kokardką przy jednym uchu.
Był tak uroczą zabawką, że każde dziecko mi go zazdrościło.
Do mojej mamy często przychodziły znajome z dziećmi. Oczywiście dzieci od razu ciągnęło do mojego misia.
Nie było kłótni. Od razu zaczynałam bić to dziecko i wrzeszczeć.
Pewnego dnia matka (przed wizytą znajomej) zabrała mi misia. Ostatecznie dziecko wyszło z podbitym okiem, a znajoma matki miała ślady moich zębów i paznokci na rękach.
Czy po latach jest mi głupio? Niezbyt. Miś był prezentem od ojca (a ojciec umarł jakiś miesiąc po tym, jak mi go dał), a dzieci przyjaciółek mojej mamy były obrzydliwe - chciały dotykać go brudnymi łapami, smarkać w niego, rzucać go do piaskownicy albo błota. Raz pewna dziewczynka wbiła w niego zęby. Mogłam to tolerować przy innych zabawkach, ale nie przy tej.
Kiedy miałam może z 6 lat, poszłam z mamą na targ. Spodobały mi się rękawiczki, na środku których przyczepione były takie kolorowe mini-rękawiczki. Spytałam do czego służą. Usłyszawszy moje pytanie, pan sprzedawca, postanowił zaspokoić moją ciekawość. Odparł, że są one przeznaczone dla elfów, które każdej nocy wchodzą do nich i zasypiają tam. Oczywiście uwierzyłam.
Mama kupiła mi te wspaniałe, magiczne rękawiczki. Od tego czasu za każdym razem, kiedy zbliżał się wieczór, wkładałam rękawiczki do kartonika po butach, wsuwałam tam jakąś watę i jedzenie, żeby elfy nie były głodne. Rano, gdy się budziłam, szybko biegłam sprawdzić, czy jedzenie jest tknięte. Radości nie było końca, kiedy zauważyłam niedojedzony jogurt albo nadgryzione ciasteczko.
Po latach dowiedziałam się, że to tata podjadał w nocy pozostawione przeze mnie jedzenie, żeby nie było mi smutno.
Strasznie boję się ciemności. Ogólnie jestem strachliwa, szczególnie jeżeli chodzi o rzeczy paranormalne. Mój pokój (jako jedyny na piętrze) mieści się zaraz obok strychu, co również pobudzało wyobraźnię i działało na strach. Tak nauczyłam się zasypiać przy telewizorze. Wystarczyła funkcja drzemki. Moją zmorą były burze, zdarzało się, że nie było prądu. Przenosiłam się wtedy na kanapę w salonie, bliżej sypialni rodziców, gdzie czułam się bezpieczniej.
Ostatnio w moim mieście zdarzały się ulewy, a przez to podtopienia. Tej nocy zapowiadali potężne burze z opadami gradu. Rodzice z planami wyjścia do znajomych, ja w głowie z maratonem ulubionego serialu. Optymizm prysł, kiedy wieczorem zaczęło się błyskać. Niedługo potem spadł gigantyczny grad przy akompaniamencie potężnych grzmotów. Cały mój niepokój wylewałam chłopakowi przez telefon. Mieszka ok. 140 km ode mnie, poznaliśmy się na studiach. Kiedy burza nieco się uspokoiła, wrócili moi rodzice. Bali się, że miasto znowu będzie zatopione, nieprzejezdne, wiec postanowili wrócić do domu. Cała rodzinka do spania, ja rozłożona w salonie, który od czasu do czasu rozjaśniał się pod wpływem błysków.
W nocy obudziło mnie pukanie w okno. Ktoś pukał w drzwi od tarasu. Sparaliżował mnie strach. Przed oczami stanęły mi wszystkie sceny z horrorów, widziałam już seryjnego mordercę, który wybija całą moją rodzinę, a nasze wrzaski przeplatają się z porządnymi grzmotami burzy. Starałam się zachować zimną krew. Trzeba obudzić rodziców. Tak, zdecydowanie.
Mój tata - bohater domu - szybko wziął latarkę i postanowił znaleźć delikwenta/śmieszka/złodzieja. Mijały kolejne minuty. Strasznie się o tatę martwiłam, wiec podeszłam do uchylonych drzwi tarasowych, aby nieco skontrolować sytuację. Wpatrywałam się w światło latarki, gdy nagle "napastnik" pojawił się przed moimi oczami. To była sekunda. On w tym czasie zdążył powiedzieć "Hej". Ja? Napięcie sięgnęło zenitu. Spodziewałam się zawału serca, paraliżu czy czegokolwiek innego. Nic z tego - puściłam bąka. Już wtedy czułam, już wiedziałam, że to nie był zwykły pierd. Po prostu zesrałam się ze strachu w majtki.
Moim mordercą okazał się chłopak, który słysząc lamentowanie przez telefon postawił wsiąść w samochód i przyjechać. Zobaczył auto rodziców na podjeździe, więc nie chciał wchodzić przez drzwi frontowe i wszystkich budzić, tylko wejść dyskretnie - przez drzwi do salonu, w którym spałam ja.
Można powiedzieć, że śmiechom nie było końca (przynajmniej jeżeli chodzi o pozostałą trójkę). Wciąż nie mogę zrozumieć, czemu po prostu nie zadzwonił przez telefon...
Musiałam się udać do lekarza rodzinnego po skierowanie, a że miłość do spania wzięła górę nad rozsądkiem, to na miejsce dotarłam dosyć późno. W poczekalni przede mną były już cztery starsze panie. Jako że przychodnia mała, to dane mi było wysłuchać która więcej dała na tacę, że Nowakowa to za męża dała 300 zł, a Kowalska to w ogóle swojego chyba nie kochała, bo za mszę zapłaciła tylko 50 zł.
W międzyczasie przyszła pani z rejestracji nas przeprosić w imieniu lekarza, bo ten niestety spóźni się dobre 40 minut.
Jakiż lament się zaczął, bo ta nagle się śpieszy, ta umierająca, a tej duszno i że to w ogóle nie do pomyślenia, lekarz to najlepiej żeby 24h na dobę był w przychodni!
Wtem wtrąciła się czwarta pani, która do tej pory siedziała cicho:
- Jakbyście zamiast na tacę dały swoim wnukom na studia, to by nie było problemu z brakiem lekarza!
Wiem, że pani tego nie przeczyta, ale chciałabym podziękować za pozostałe 35 minut ciszy. :)
Dziadek Teodor (od strony żony), ale po ślubie to również mój dziadek - fantastyczny 90-latek, znawca i miłośnik sportu wszelkiego rodzaju, tak samo jak ja. Gdy umierał, byłem przy nim i trzymałem go za rękę. Woziłem go do kościoła na 6 rano, zostawałem na noc, jak były igrzyska olimpijskie, które oglądał w 98%. Byliśmy sobie naprawdę bliscy.
Pięć lat staraliśmy się z żoną o potomstwo. I nic. Pięć lat regularnego starania się o dziecko!!! Pewnej nocy obudził mnie głos. Dziadek zmarł w sierpniu, a zaczął odwiedzać mnie po nocach około listopada. Powiecie, że po@@@bany jestem? Otóż po nocnej rozmowie wstawałem z łóżka i wszystko to spisywałem na kartce w toalecie, żeby nie budzić żony. Opowiadał o największych szczegółach, np. remontu mieszkania jego córki z drugiego końca Polski - kolor ścian, meble, rogówka, lustro. Wiedział wszystko, nawet problemy z ekipą remontową i sprawy techniczne.
My nawet nie wiedzieliśmy, że ciotka ma remont. Teściowa ryczała jak bóbr, pytając przez telefon swoją siostrę o szczegóły zapisane przeze mnie.
Pewnej nocy mówię - Dziadek, ty lepiej wstaw się tam u góry o syna dla nas. Powiedział, żebyśmy się modlili za niego i dbali o grób, a on zobaczy co da się zrobić. I wiecie co nastąpiło? Podał mi dokładną datę narodzin, którą kazał schować w kopertę (zapisałem, schowałem i opisałem "Otworzyć we wrześniu"). Pochwalił mnie za opiekę nad teściową (jego córka), zjebał mnie, że od 2 tygodni baterie w lampce na pomniku są wyczerpane.
Pomylił się o dwa dni, a my w końcu zostaliśmy rodzicami.
Teoś, kocham Cię człowieku i obiecuję, że zawsze będziesz w moich myślach i sercu.
PS Od czasu narodzin mojego syna i dobrze wykonanej przez dziadka roboty tam na górze kontakt się zerwał. Notatki zostały, i to wyznanie.
Mój dom został wybudowany na starej stodole, w której moja prababka chowała zamordowanych żołnierzy niemieckich. Zakopywała ich w wielkim dole na końcu pola, żeby żadna zaraza nie kiełkowała.
Nigdy bym się o tym nie dowiedziała, gdyby nie fakt, że robotnicy, którzy pracowali przy budowie domu, wchodząc do piwnicy wychodzili zawsze bladzi, posiwiali ze strachu. Opisywali zawsze to samo - biała postać przez nich przeszła. Za każdym razem, kiedy któryś z nich tego doświadczył, ktoś z ich bliskich umierał. W przeciągu 2 lat jednemu z robotników umarli oboje rodzice.
W domu spadały nam karnisze, trzaskały okna. Raz moją mamę dopadło zmęczenie, więc poszła się położyć do sypialni. Kiedy spała, cały sufit runął. Nic jej się poważnego nie stało. Tato bardzo często drzemie w dzień, ale tego, jak wróciłam ze szkoły i opowiadał mamie, jak nie mógł się obudzić z koszmaru, w którym kościotrup siedzi mu na klatce piersiowej i nie może zaczerpnąć tchu, nie zapomnę. Tata zdecydował się na egzorcystę. Od tamtej pory jest jakby spokojniej.
Czasem podczas przekopywania grządek trafi się na stary nieśmiertelnik.
Dodaj anonimowe wyznanie