#lGawv

Wakacje. Miałam wtedy 8 lat, a moja siostra 11, mniej więcej. Uprosiłyśmy mamę, żeby pozwoliła nam spać w namiocie na działce przed domkiem.

Nie wiem, czy też tak macie, ale zdarzyło mi się ze trzy razy, że śniłam, jak siedzę na kiblu i robię siku. Ten sen był strasznie realistyczny, ale zawsze w porę się budziłam.
Jak się domyślacie - nie tym razem... Opróżniłam chyba cały zbiornik, kiedy się obudziłam. Nie wiedziałam, co zrobić, bo było mi strasznie wstyd i nie chciałam nikogo budzić o świcie. Poszłam więc spać do domku pod pretekstem, że było mi zimno w namiocie. A siostra spała w najlepsze w całej zaszczanej pościeli.

PS. Za to, jakim później "wspaniałym" człowiekiem się okazała, powinnam jeszcze tam nasrać.

#44Jv3

Mam 28 lat, od 6 lat mam męża. Mam też dwoje dzieci i 5 tatuaży. Sukcesywnie będą dochodzić nowe :) Wspominam tutaj o tatuażach, ponieważ to one są tematem wyznania. Tatuaże mam na obu rękach, łopatce, łydce, wszystkie widać. Niestety mam to szczęście i przyciągam różne dziwne indywidua, świętojebliwe mohery, maDki i takie tam. Zawsze skomentują moje tatuaże, cmokają i kręcą głową, nazywają kryminałem i patologią. Kij z tym, gdy jestem sama, ale jak już dziećmi, to używanie jest, a mnie krew zalewa. Mimo, że jestem nauczona szacunku do osób starszych ode mnie, to nie pozwalam się obrażać  co powoduje jeszcze większe awantury.

Wczoraj w drodze do pracy, zostałam zjechana przez mohera, nacmokała się, naprychała o Boże, jak tak można... Mało zawału nie dostała. Skomentowałam:

- Rozumiem, że upał pani na głowę zaszkodził, polecam od razu do psychiatry.

Może i ostro, ale naprawdę nie rozumiem co komu do tego czy ktoś ma kolczyki, tatuaże czy zakłada ćwieki, czy ma powiększone usta czy implanty w tyłku. Mnie to rybka, sprawa tej osoby. Nikt nie ma prawa obrażać innych ze względu na wygląd. Pracuje od lat z klientami, wiem na co ich stać, ale starsi ludzie przebijają wszystko. Czasami aż odchodzę z pola widzenia, bo wystarczy tylko spojrzenie i wiem, że zaraz spadnie na mnie bomba. Bardzo to przykre. Starsi domagają się szacunku, a sami prezentują poziom godny patologii...

#57vNP

Miałem wtedy 23 lata. Mieszkałem w akademiku, ale co drugi weekend przyjeżdżałem do domu moich rodziców. Mój tata, który jest starym budowlańcem, kupił kiedyś stojącą na skraju lasu (na totalnym zadupiu pod Białymstokiem), rozpadającą się, przeszło stuletnią nieruchomość, którą doprowadził do idealnego stanu.
W tamtym czasie, mimo że ciągle studiowałem, miałem fajną pracę, którą mogłem wykonywać zdalnie - potrzebowałem tylko komputera i netu.
Była późna jesień. Jak zwykle zaparkowałem samochód przed wejściem do domu. Światła były zgaszone. Chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do mamy. "Cześć, Krzysiu! Fajnie, że już przyjechałeś. Jesteśmy z tatą u ciotki na imprezie. Wrócimy późnym wieczorem. Klucze są tam gdzie zwykle. W lodówce masz zupę...".
Otworzyłem sobie drzwi, wstawiłem wodę na herbatę, wziąłem lapka pod pachę i poczłapałem na górę, popracować. Robota szła mi całkiem szybko, bo nikt mi nie przeszkadzał. Po jakiejś godzinie usłyszałem jednak hałas z pokoju obok. "Znowu myszy..." - pomyślałem i poszedłem zobaczyć co jest grane. W pomieszczeniu panowała jednak cisza.
Sytuacja powtórzyła się parę razy i naprawdę zacząłem czuć się trochę nieswojo, szczególnie, gdy wyraźnie usłyszałem za ścianą czyjeś kroki po skrzypiącej podłodze. "Pier#olę, idę do samochodu." - mruknąłem. Zamknąłem laptopa i zbiegłem na dół. Kiedy mocowałem się z drzwiami od wozu, kątem oka zauważyłem światło palące się na górze domu. Spojrzałem tam i zaprawdę powiadam wam - prawie umarłem.
Mało tego, że w pokoju, z którego dobiegały dziwne hałasy, paliło się światło, to jeszcze w oknie stała jakaś starsza pani i gapiła się na mnie. Dokładnie pamiętam jak wyglądała. Miała koczek, taką koszulę z koronkami, a na jej twarzy malowała się złość.
Patrzyła wprost na mnie z oskarżycielską miną, tak jakby miała do mnie żal o coś. Stałem tak sparaliżowany strachem, nie wiedząc co mam zrobić.

Prawie padłem na zawał, gdy za moimi plecami rozdarł się klakson samochodu moich rodziców, którzy właśnie wrócili od ciotki. Aż usiadłem na mokrej ziemi, bo mi się w głowie zakręciło. Spojrzałem znowu na dom. Światło było już zgaszone, a w oknie nie widać było już nikogo.
Rodzice, a szczególnie mój tata - śmiali się, że palę za dużo trawki i że najwyższy czas przestać oglądać horrory. Oczywiście nie uwierzyli w moją historię.

Tymczasem dwa tygodnie temu wpadły mi w ręce dokumenty własności domu rodziców. Wynika z nich, że jego pierwszą właścicielką była jakaś starsza pani z Podlasia, która na początku ubiegłego wieku dożyła w nim swoich ostatnich dni.
Nie wiem co o tym sądzić - racjonalne myślenie mi w tym na pewno nie pomaga...

#OeiKP

Jako, że do września zostało jeszcze trochę czasu, postanowiłem zostać slim fit chociaż na jesień. Niestety bieg z kanapy do lodówki przestał mi wystarczać, więc zostało mi wyciągnąć buty do biegania i ruszyć w miasto.

Zawsze byłem raczej przeciwnikiem każdej aktywności fizycznej i widocznie wszechświat stara się dać mi do zrozumienia, że jest to opcja przy której powinienem zostać.
Elegancko wybiegam sobie z bramy podwórka, niczym urodzony zwycięzca przy akompaniamencie 'We are the champions' i dupa. Cztery bydlaki (bo psami tego nie nazwę) już szczerzą na mnie kły. Popytałem znajomych, wszystkie bydlaczki należą do sąsiadów.

Sytuacja zgłoszona na policję, nie może tak być, że człowiek boi się wyjść z własnego podwórka. Tylko właśnie... krew się we mnie gotuje.
Psi gang terroryzuje ludzi na moim osiedlu już od dłuższego czasu. Nikt tego nie zgłasza, bo po co sobie robić problemy? Maleńkie miasteczko, każdy każdego zna. To może rozmowa z sąsiadami?

Przecież mój Reksio/Azorek/Pimpuś to taki aniołek! On by nikogo nie ugryzł! Pobawić się tylko chce! On musi mieć przestrzeń by się wybiegać!
Oczywiście, kiedy Reksio/Azorek/Pimpuś rzuca się na płot na mój widok i warczy jak popierdolony od razu nabieram ochoty na zabawę z takim aniołkiem. Przecież mnie nie pogryzie, nie? Po drugiej stronie ulicy jest przedszkole. Jak jakieś dziecko skończy jako kaleka do końca życia to będzie płacz i oburzenie. Bo Azorek to aniołek przecież był.

Psów się boję, szczególnie tych, których nie znam. I na myśl, że mam sobie biec, a cztery skurczybyki się na mnie rzucą, bo zobaczą uciekającą ofiarę, robi mi się słabo.
Policja nie robi nic, sąsiedzi nie widzą problemu, a ja bać się nie zamierzam. Jak wieczorem zobaczycie wyznanie 'Ludzkie skurwysyństwo! Ktoś mojemu Azorkowi strzelił gazem pieprzowym po oczach! Żaden pies nie może być już bezpieczny!', to wiedzcie, że odpowiedziałem na zaproszenie Azorka do wspólnej 'zabawy'.

#f4rtV

Jestem księdzem. Ludzie mnie lubią, nawet młodzież chętnie przychodzi na moje kazania i lekcje w szkole. Być może dlatego, że nigdy nie biorę pieniędzy za śluby, chrzty czy pogrzeby, nie mam auta, ze swojej wypłaty kupuję tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a resztę oddaję na cele charytatywne. Żyję skromnie, nawet parę butów mam tylko jedną od pięciu lat.

Do młodych staram się mówić w ich języku i uderzać w tematy, które ich interesują, lubię rocka i Stephena Kinga, mam nawet kilka tatuaży, nie próbuję nikogo nawracać, mówię otwarcie o problemach w kościele, jakimi są pedofilia, hipokryzja, zakłamanie i miłość do pieniędzy. Ale nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie miał swoich sekretów. Oto dwa największe.

Nie wierzę w Boga. Nigdy nie wierzyłem, a po studiach teologicznych i przeczytaniu całej Biblii jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że boga nie ma. Zresztą rzadko o nim mówię, bo nie lubię kłamać. Mówię o byciu dobrym człowiekiem raczej dla samego siebie, niż dla wyimaginowanej postaci, o odrzuceniu zła nie ze strachu przed karą, ale dla własnego spokoju ducha. Często też opowiadam dzieciakom o mojej przeszłości, o alkoholu, narkotykach i upodleniu. I z tym wiąże się moje druga tajemnica, o której nigdy nikomu nie powiedziałem.

Miałem 18 lat, byłem młodym punkiem, ćpunem, nie szanowałem nikogo ani niczego. Miałem też dziewczynę, piękną i dobrą Lucy, to ona próbowała mnie zmienić i wyciągnąć z narkotyków. Wierzyła we mnie i nie zostawiła do samego końca. Któregoś dnia pożyczyłem od ojca auto i zabrałem ją na wycieczkę. Byłem pijany i naćpany, chciałem się popisać jak dobrze jeżdżę autem, ona prosiła bym zwolnił, bym się zatrzymał, a ja tylko pędziłem coraz szybciej, aż w końcu zatrzymałem się na drzewie. Moja piękna Lucy zginęła tego dnia, a ja wyszedłem cały, poza kilkoma zadrapaniami na ciele i duszy. Nie spotkała mnie żadna kara, mimo że przyznałem się do winy. To było dawno temu, mój ojciec był kimś ważnym w mieście, zapłacił komu trzeba, sprawa została zamknięta, ot, nieszczęśliwy wypadek.

Dlatego sam postanowiłem się ukarać, zostałem księdzem, choć nie wierzę w boga, żyję jak biedak, choć zawsze uwielbiałem pieniądze i luksus, nigdy nie miałem dziewczyny po Lucy, choć codziennie spotykam piękne kobiety, o których później śnię. Unieszczęśliwiam się, bo jak mogę być szczęśliwy po tym, gdy zabiłem anioła?
Dodaj anonimowe wyznanie