#6NxON

Jeśli myślicie, że macie pokręconą rodzinkę, to moja przebija wszystko!

Pradziadek od strony mamy miał na imię Antoni, ale wszyscy mówili na niego Józek.
Prababcię ze strony ojca ochrzcili imieniem Jagna, ale całe życie używała imienia Hanka.
Babcia, córka Antka vel Józka, z imienia Anna przeszła na Basię. Mój wuj Waldek każe się mianować Zbigniewem, a kuzyn zamiast Filipem woli być Wojtkiem. Żeby było jeszcze śmieszniej, jego narzeczona Marzena tak naprawdę ma na imię Magda...

Co najśmieszniejsze, imieniny obchodzą wszyscy hucznie, i to wedle imion nadanych urzędowo.
I weź tu się człowieku połap, kiedy komu życzenia składać...

#7XCbs

Nie myślałem, że będę dodawać tu wyznanie po raz trzeci (5b1Gw & FFONL), ale niestety, znów zdarzyło się coś teoretycznie wartego opisania. Pamiętacie tego kota, który mnie tak wkurzał? Po tym, jak potraktowałem go miotaczem ognia, wreszcie miałem spokój - wiedział, że lepiej nie zadzierać ze mną i z moim gołodupcem. Lecz o ile nie zaobserwowałem działań wymierzonych bezpośrednio we mnie, to zauważyłem, że próbuje mi dać coś do zrozumienia. Mianowicie zawsze po stawieniu klocka kot rozpędzał się i szorował tyłkiem po podłodze, pozostawiając za sobą piękny brązowy ślad. Kilka razy zahaczył nawet o ścianę! Zazwyczaj kończyło się to sprzątaniem, ale niczym więcej - może tylko nadzieją, że to był ostatni raz. A następnego dnia to samo. Kilka razy próbowałem nawet w akcie desperacji czaić się pod kuwetą i wycierać mu ten obsrany zad, ale zawsze uciekał, by znów użyć podłogi jako srajtaśmy (którą przecież miałem w ręce - srajtaśmę, nie podłogę). Raz nawet zainwestowałem w chusteczki nawilżane, bez skutku. Wyżalenie się kumplom nie poskutkowało, a nawet gorzej - zaczęli bez końca ze mnie śmieszkować i prześcigać się w "dobrych" radach, z których najlepszą była "wyłóż podłogę papierem ściernym, jak się rozpędzi, to do pokoju same oczy dojadą".

W końcu zabrałem go do weterynarza, bo może problem tkwi w gównie, nie w kocie, ale nic z tego. Od weterynarza usłyszałem, że "ze stolcem wszystko w normie, kot prawdopodobnie jest już przyzwyczajony do takiego zachowania, radzę skonsultować się z kocim behawiorystą". Zajebiście, kasy tylko ubyło, a problem wciąż był.

Kilka tygodni później dopadła mnie grypa żołądkowa. Ania musiała iść do pracy, a ja siedziałem sam w domu, starając się nie wyjść z własnego żołądka. Oczywiście był też kot. Po kolejnej serii wymiotów trochę się nimi ubrudziłem, więc podszedłem pod prysznic. Po skończonej kąpieli postanowiłem założyć szlafrok, który jakimś cudem znalazł się w salonie. Wyszedłem nagi z łazienki i ruszyłem do pokoju. I wtedy, akurat wtedy kot postanowił znów wykonać swój gówniano-podłogowy rytuał. Zobaczywszy, jak zwierzak zanieczyszcza panele, pobiegłem za nim z zamiarem schwytania go, coby nic więcej nie ucierpiało. Byłem tak blisko i już miałem go złapać, gdy nagle poślizgnąłem się na kocim guanie, przy okazji wywijając pięknego orzełka. Pół biedy, gdyby nie to, że z wrażenia zwymiotowałem. Cały deszcz poleciał na podłogę i kota... I tak leżałem na podłodze, w kałuży pizzy, z obolałym pośladkiem i wkurzonym zwierzakiem obok.

Może i musiałem umyć kota, sprzątnąć podłogę i przykładać lód do pośladka, ale minęło już kilka tygodni, a zwierz jeszcze ani razu nie zbalsamował podłogi. Ale przysięgam wam tu i teraz, że jeszcze jedna afera z kotem, a następne wyznanie będę pisać z psychiatryka.

#ONOwT

W gimnazjum miałam przyjaciółkę. Podobał mi się pewien chłopak, ona o tym wiedziała.

Pewnego razu opowiedziała mu, że masturbuję się cukinią, bakłażanem i innymi warzywnopodobnymi elementami. On uwierzył, uwierzyła też klasa i część szkoły. Mieliśmy po 14-15 lat, tak że wydawało się to być dziwne i żenujące.
Przyjaciółki nie mam, chłopaka mam lepszego. Znajomych zmieniłam, więc nikt nie zna już Pani Bakłażan.

#siH4f

Nie potrafię rozmawiać na poważne tematy.

Gdy muszę mówić o swoich uczuciach, słuchać czyichś uwag na mój temat, czasami nawet gdy bronię swojego zdania podczas kłótni, albo rozmawiam z kimś o cudzym nieszczęściu, od razu łamie mi się głos i łzy stają w oczach.

Mój tato pracuje w hospicjum i zdarza się, że opowiada o tym, jak wygląda opieka nad umierającymi. Zawsze wtedy odwracam wzrok i staram się nie angażować w rozmowę, bo jestem bliska płaczu, gdy tego słucham.
Kłótnie niezakończone potokiem łez są dla mnie rzadkością. Niekiedy potrafię się tylko powstrzymać przed wybuchem płaczu do momentu zamknięcia drzwi pokoju. Potem pękam i ryczę. Dlatego w wielu przypadkach nawet nie potrafię zaprezentować swoich argumentów. Bo przez łzy i tak zabrzmią żałośnie.

Gdy jestem zła na chłopaka, a on pyta, o co chodzi, nie odpowiadam "nic" dlatego, że jestem kobietą, tylko dlatego, że tłumaczenie mu tego doprowadzi mnie do łez. Im głupszy powód, tym trudniej mi się wysłowić.

Płacz na książkach i filmach podczas śmierci bohatera też jest obowiązkowy, a jeśli muzyka przy tym jest naprawdę dramatyczna, ryczę jeszcze bardziej.
Nie umiem sobie w ogóle z tym poradzić. Chciałabym móc dyplomatycznie i swobodnie rozmawiać z ludźmi, również na trudne tematy, takie jak opieka paliatywna, rozwód rodziców, czy samobójstwo ulubionego piosenkarza bez łez w oczach. Ale nie umiem.

#EXzVa

Kiedy byłam mała (8-10 lat) wyobrażałam sobie dziwne gwałty żeby się podniecić. Czemu dziwne?

Wyobrażałam sobie np, że naga kobieta ucieka przez las przed wampirem, zaplątuje się w ogromną sieć, którą stworzył ogromny pająk - wspólnik wampira i właśnie dzięki tej sieci wampir łapie kobietę, a następnie związuje ją i gwałci. Na to wszystko patrzy pająk i się masturbuje.

Nie mam pojęcia skąd mi się to wszystko wzięło w tak młodym wieku, a tym bardziej nie wiem dlaczego to mnie tak bardzo podniecało.

PS. Teraz mam 22 lata i podnieca mnie brutalne, hardkorowe porno.

#zoTPh

Dowód na to, że jak ma się w życiu pecha, to on ani na chwilę nie odpuszcza...

W przerwie w roku akademickim postanowiłam sobie trochę dorobić, tak więc od niedawna pracuję w centrum handlowym w jednym z większych miast Polski, co ważniejsze na stoisku obok pracuje facet, który bardzo mi się podoba. W pracy czasami rozmawiamy, ciągle wymieniamy uśmiechy, można rzec, że umówienie się na randkę było tylko kwestią czasu, ale no właśnie, było...

Przychodzę sobie więc do pracy, przygotowuję wszystko, siadam na krzesełku i czekam na klientów uśmiechając co chwilę do wyżej wspomnianego chłopaka. Wyciągam z torebki domowy sok z jabłek i bananów, który mam w sylikonowym kubku (niedawno były w Biedronce, takie bidony sylikonowe) i żyć nie umierać, powoli sączę soczek, który z czasem nie chciał z kubka wyjść.

Co robi bardzo mądra ja? Ściska ten kubek, powodując, że nakrętka wylatuje w górę, a zawartość wylewa się na moją bluzkę i spodnie. Kto pija domowy sok z jabłek i bananów ten wie, że konsystencją i wyglądem przypomina wymiociny. Szybka ocena sytuacji i wkurzona zamykam stoisko, biegnąc brudna cała do łazienki. Wstyd niesamowity, ale dobra, dotrę, zmyję, wyschnie. Także nie bardzo patrząc przed siebie biegnę wręcz do toalety i tu po raz kolejny mój pech daje o sobie znać, bo wbiegłam prosto na mojego kolegę, tego do którego po cichu wzdycham i który jak miałam nadzieję nigdy mnie takiej nie zobaczy. Mało tego gdy na niego wbiegłam, zderzyliśmy się tak, że ubrudziłam jego białą koszulę... Ja pobiegłam do łazienki, a za chwilę przyjaciółka przywiozła mi rzeczy na zmianę.

On siedział w tej koszuli do końca dnia i więcej się do mnie nie odezwał. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że to był sok i że go bardzo przepraszam, czy, że wypiorę mu tą koszulę, tylko pokiwał głową i powiedział, że jest zajęty. Od koleżanki ze sklepu obok dowiedziałam się, że rozpowiada wszystkim, że przyszłam skacowana do pracy i zwymiotowałam nie tylko na siebie, ale też na niego :)

No cóż, romans nie powstał, ale przynajmniej dowiedziałam się jaki jest zanim coś się zaczęło, także przegryw przegrywem i pecha mam, ale dzięki soku jabłkowo-bananowemu nie marnuję czasu na frajera.
Dodaj anonimowe wyznanie