#2jgtf

Jako że są wakacje, pojechałem z moją dziewczyną w góry. Jako pierwszy punkt do zwiedzania wybraliśmy Morskie Oko.

Pewnie każdy z was kojarzy bryczki z turystami, które są ciągnięte przez konie.

Otóż podczas wchodzenia na górę mijała nas taka bryczka i usłyszałem dialog między córką (około 10 lat) a matką.

C: Mamo, a konie coś za to mają?
M: Mają.
C: A co mają?
M: Przejebane.

Wiem, że to dziecko i matka nie powinna tak powiedzieć, ale jakoś przez 10 minut nie mogłem powstrzymać śmiechu :D

#b3q3H

Gdyby nie pewne ogłoszenie, nigdy nie poznałbym mojej żony.
Ale od początku.

Pewnego razu przeglądając internety, natrafiłem na ogłoszenie. Dziewczyna szukała towarzysza na wesele siostry. Postanowiłem napisać.
Spotkaliśmy się na dwa tygodnie przed imprezą, aby omówić co i jak.
W końcu przyszedł czas wesela. Udało mi się wpasować. Niestety, moja partnerka była jakaś nieobecna. Nie miała ochoty na zabawę.
Z opresji uratowała mnie jej kuzynka, z którą przetańczyłem całą imprezę.

Nasza znajomość przerodziła się w coś więcej. Zaczęliśmy się ze sobą spotykać.
Pewnego razu zabrała mnie do swojej przyjaciółki, która leżała w szpitalu. Miała białaczkę.
Tak mną wstrząsnął widok tych wszystkich chorych ludzi, że postanowiłem zostać wolontariuszem.
Udało mi się namówić też do tego moją dziewczynę, ale ona, niestety, długo nie dała rady. A to zajęcie mną tak pochłonęło, że ostatecznie doprowadziło do rozpadu naszego związku.

Zbliżała się matura, postanowiłem wziąć się do nauki, aby pójść na studia medyczne.
W międzyczasie na odział trafiła dziewczyna z rakiem kości. Chciała poddać się chorobie, wolała umrzeć, tak bardzo cierpiała.
Nie mogłem na to pozwolić. Dopingowałem ją, aby walczyła.
I wiecie co? Udało się.
A my zbliżyliśmy się do siebie.

Tak, tak. To właśnie ona jest moją żoną i mamy dwójkę synów.
A ja zostałem onkologiem.

#6w45h

Kiedy chodziłem do liceum, miałem problem z cerą trądzikową - twarz poorana, jakby ktoś spuścił bombę atomową, nie pomagały żadne żele, kremy ani inne podejrzane specyfiki, chociaż poszedłem z tym nawet do dermatologa. Mimo tego w całej szkole nikt o tym nie wiedział.

Nie, nie było żadnego cudu. Po prostu nauczyłem się nakładać podkład - zaczynałem od jednego miejsca i stopniowo rozszerzałem zakres działań, żeby nie wzbudzać podejrzeń - i jakoś to wyglądało, a że to było dobre kilka lat temu i nawet dziewczyny nie malowały się na co dzień, nikt niczego nie podejrzewał i nikt nie zauważył. Najlepsze jest to, że rodzice też - ojciec nawet chwalił się znajomym, że jego syn poradził sobie z "pryszczami" bez aptekowych specyfików. Do dzisiaj myśli, że to dobre geny :D

Nie mam sióstr, mamy nawet nie pamiętam. Kupowałem podkład w sklepie na drugim końcu miasta i chowałem go na dnie szafki, żeby nikt go nie znalazł. Na moje zakupy poszło ok. 500 złotych w czasie tych trzech lat, zużywałem jedną buteleczkę podkładu na miesiąc-dwa. Mniej więcej na początku studiów zauważyłem, że pysk zaczął się uspokajać, więc przestałem się kamuflować.

Żodyn nie wie.

#16AjJ

Niektórzy mają swoje dziwne "tiki" lub zachowania, nad którymi nie panują. Ja mam "dyganie". Jak w filmach o średniowieczu, kiedy książęta kłaniali się księżniczkom, a one dygały. Mam taki odruch i dopiero niedawno go zauważyłam. I nie panuję nad nim. Nieważne, czy ekspedienta w sklepie, czy listonosz, czy ktoś wskazał mi drogę, ale jeśli jakkolwiek mi się przysłużył, to automatycznie dygam. Nawet jak myślę sobie, że uda mi się nie dygnąć, to i tak to robię.
Ot, jakiś pierwiastek królewny :D

#XAGUu

Moja babcia miała kota, który uwielbia spać na telewizorze. Ona miała jeszcze taki stary telewizor, wielkie pudło. No właśnie, miała...

Parę dni temu był jej pogrzeb, a my zdecydowaliśmy: skoro jako jedyna mam nieuczulone dzieci, które już dawno chciały mieć kotka, to zabieramy owego kocurka i idziemy razem do domu.

I od tego czasu Benek nieustannie próbuje wyspać się na mojej plazmie. BIEDACZYSKO nie może nawet na tym ustać...

#MO3kG

Kiedy miałam około 7, może 8 lat, koleżanka zaprosiła mnie na małe przyjęcie urodzinowe. Wiadomo, oprócz mnie, zaproszone zostały inne dziewczynki.

W pewnym momencie zabawy, któraś wpadła na pomysł, aby zagrać w pewną grę - każda z nas bierze po jednym z pewnych gąbczastych przedmiotów i chowa go gdzieś, a potem szukamy. Ja swojego schowałam w majty. Wstyd mi było się do tego przyznać, gdy moja gąbeczka jako jedyna nie została znaleziona.
Koleżanka płakała, a ja paliłam się ze wstydu na myśl, że schowałam ją w ci*kę...
Nie oddałam nigdy gąbeczki.
Dodaj anonimowe wyznanie