#Rc2WN
Wiadomość o tym, że jestem chory, przyjąłem dość spokojnie. Właściwie to trzy wiadomości, bo po jednym wypadku wykryto u mnie 3 choroby, gdzie przy każdej lekarze mówili, że można z tym żyć, ale tak maks do 40 lat. "40 lat" - myślałem - "to jeszcze 15 przede mną". Zawsze marzyłem o założeniu rodziny - musiałem się z tym pożegnać w tym miejscu. Rozstałem się z moją narzeczoną, żeby nie musiała przy mnie cierpieć - nic jej nie powiedziałem o chorobach, chciałem dla niej dobrze.
Choroba nieco przyśpieszyła i od tamtego momentu minął ledwie trochę ponad rok. Nikomu nie mówiłem, że jestem śmiertelnie chory. Za każdym razem po prostu namawiałem ludzi, żeby cieszyli się życiem. Dużo się uśmiechałem i wokół mnie dzięki temu sporo ludzi się też coraz bardziej cieszyło z życia.
Kiedy dostałem od lekarzy te trzy śmiertelne wyroki, postawiłem sobie pytanie "Co mi pozostaje?" - pewnie większość z nas myśli, że powinienem się załamać, ale odpowiedź była zadziwiająco prosta "nic, po prostu cieszyć się życiem". Cieszyłem się. Bardzo krótko, ale zostawiłem po sobie masę dobrych rzeczy. Pomogłem wielu ludziom. Nikomu nie właziłem na głowę. Nikt się nie musiał o mnie martwić, a teraz po prostu odchodzę. Jestem z tym pogodzony od dawna, a jak o tym wszystkim teraz myślę, to jestem zwyczajnie szczęśliwy, bo wiem, że dałem z siebie wszystko co miałem najlepsze.
Cieszmy się życiem, bo jest piękne, a drugiego nie będzie. Ja je uwielbiałem i dzięki temu wszystkiemu lubię sam siebie o wiele bardziej niż parę lat temu.
Od tygodnia leżę w swoim mieszkaniu bez sił. Zejście na dół do sklepu to dla mnie wyzwanie. Moje serce ledwie daje radę toczyć krew, co chwilę mdleję, albo nie mogę się wybudzić. Zasypiam na podłodze w przedpokoju po drodze do toalety. Nie da się mnie już uratować.
Niech to wyznanie będzie ostatnią rzeczą jaką po sobie zostawię. Róbcie ze swoim życiem to na co macie ochotę, drugiej okazji nie będzie. ;)
Dobranoc :*
#GhQvB
W dużym skrócie, bohaterka od dziecka zakochuje się w ślubach i już jako dorosła panna pomaga w organizacji wesela wszystkim przyjaciółkom, przy czym sama jest samotną, zakochaną po uszy w swoim szefie dziewczyną, jego prawą ręką. Zza granicy w odwiedziny przyjeżdża jej siostra, której na wspólnej imprezie wpada w oko szefa bohaterki. Dochodzi do zaręczyn i jak się domyślacie, bohaterka zostaje pierwszą druhną i głównym organizatorem wesela swojej siostry i szefa.
Otóż moja sytuacja może nie jest identyczna, ale równie, jeśli nie bardziej smutna. Też jestem młoda, samotna i też po uszy zakochana w swoim szefie, z którym mam naprawdę świetne relacje. Pracujemy w dużej wiodącej firmie zajmującą się produkcją sprzętów AGD i można powiedzieć, że też jestem jego prawą ręką.
Rozumiemy się jak nikt inny, dokańczamy za siebie zdania i w każdej kwestii X, zanim podejmie decyzję, zawsze musi najpierw poznać moje zdanie, nawet jeśli chodzi o kupno bokserek. Poza pracą blisko się przyjaźnimy.
Czemu więc nie odwzajemnia mojego uczucia?
Ano cały problem tkwi w tym, że jest gejem.
Ale to nie wszystko. Ma chłopaka, (Y) którego szczerze uwielbiam. Często zdarza się, że spędzamy czas we trójkę i to są naprawdę wspaniałe chwile, tylko momentami bywam zazdrosna (o chłopaka, sic!) kiedy na moich oczach dadzą sobie buziaka, czy czule gładzą się po dłoniach. Żyję tak sobie w tej chorej gehennie i nawet zdążyłam się już do tej sytuacji przyzwyczaić.
Do czasu, aż X nie przyszedł do mnie z oświadczeniem, że postanowili z Y wziąć "ślub", taki czysto umowny, jako że małżeństwa homoseksualne są u nas nielegalne, ale taki "prawdziwy' z obrączkami, imprezą weselną, poprawinami etc.
Na koniec dodał że byłby zaszczycony, gdybym zechciała zostać ich "świadkiem" i pomóc w realizacji całej imprezy.
Zgodziłam się z nie do końca szczerym okrzykiem radości.
W filmie bohaterka zakochuje się ostatecznie w dziennikarzu i żyją sobie długo i szczęśliwie.
Niestety tutaj nie widzę żadnej opcji na happy end.
O orientacji X wiedziałam jeszcze zanim zaczęłam w firmie pracować (jesteśmy w podobnym wieku a w naszej branży wieści szybko się rozchodzą) i robiłam wszystko żeby do tego uczucia nie dopuścić a później je zbagatelizować. W życiu nie pomyślałabym, że można pokochać geja.
Cóż. Moje życie jest smutne.
....Może ostatecznie pojawi się jakiś dziennikarz na białym koniu?
#3AQQ5
Jego ciało wyglądało na tyle tragicznie, że został skremowany.
Pechowo mieszkał naprzeciwko cmentarza w małej wsi.
Aktualnie mieszka naprzeciwko domu.
#DqiXt
Parę dni temu pod prysznicem zacząłem ją drapać pumeksem i wyszły z niej setki maleńkich pajączków.
Chyba zostałem dziadkiem!
#zjGIZ
Za jakiś czas coś zaczęło śmierdzieć. Okazało się, iż on serio myślał, że tam można załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne i po prostu nasrał babci za łóżko.
#6Ml0R
#f29XI
Pewna pani zadała mi pytanie.
- Przepraszam, czy to radio mówi po polsku?
Skąd się biorą ci ludzie?
#kHzBi
No cóż, od pół roku raz w tygodniu jestem wyręczana w tej czynności.
#I9gyy
Mój kuzyn (Janek) mieszkał jako student ze swoją mamą i jej partnerem (Marcinem), z którym miał bardzo dobry kontakt. Oboje lubili rozmawiać na filozoficzne tematy, które nigdy się nie kończyły, pewnie dlatego, że oboje mieli dusze artystów (Marcin był zawodowym malarzem). Mieli także w domu świeczkę z ozdobnymi motylami, która po zapaleniu dawała cień wyglądający jakby na ścianie siedziało kilkanaście czarnych motyli. Natchnęło ich to do rozmowy, dlaczego motyle po przepoczwarzeniu się nie wracają do swoich dawnych krewnych gąsienic i nie mówią im, że życie w nowym wcieleniu to coś cudownego i nie mają się czego bać. Janek stwierdził, że to dlatego, że gąsienice i tak nie uwierzyłyby im, nie poznałyby ich i pewnie jeszcze przestraszyłyby się ich. A w swoim czasie gąsienice i tak poznają piękny, nowy świat. Było to metaforą odpowiadającą na pytanie, dlaczego dusze ludzkie nie wracają na ziemię i nie mówią żyjącym o życiu po śmierci.
Niedługo później, w listopadzie, Janek miał śmiertelny wypadek, zginął na miejscu. Był naprawdę złotym chłopakiem, nie było osoby, która by go nie lubiła, więc każdy bardzo to przeżył i starał się z tym pogodzić na własny sposób. Marcin wyrzucił swój smutek poprzez malowanie nowego obrazu. Był grudzień, gdy kończył, więc zdziwił się bardzo, gdy nagle na rogu obrazu usiadł mu czarny motyl. Marcin zaczął mu się przyglądać, bo po długim czasie motyl wciąż nie odlatywał. I nagle przypomniał sobie dawną rozmowę z Jankiem przy świecy. Wyciągnął powoli rękę i powiedział "Janku, usiądź mi na nadgarstku, wiesz, że nic ci nie zrobię". I motyl bez wahania przeleciał z obrazu na jego rękę. Siedział tam dopóki Marcin nie skończył malować, po czym odleciał, choć w pokoju drzwi i okna były zamknięte.
Janku, wiedz, że nigdy Cię nie zapomnimy.