Odchudzałam się licząc każdą kalorię. Studiowałam kaloryczność każdego zjadanego produktu, ważyłam go i obliczałam ile mogę zjeść, by nie przekroczyć dziennej dawki.
Zachciało mi się zupki chińskiej. Oczywiście zaczęłam czytać tabele i widzę, że w 100 g gotowego produktu zupka ma około 70 kcal. Mówię do męża: to ja dam połowę mniej wody, będzie mniej ważyć, a to mniej kalorii.
Patrzył na mnie jak na debila. Staliśmy w tym bezruchu chwilę, aż spytał, czy ja tak na poważnie.
Trochę mi zajęło, aż zrozumiałam, jaka ze mnie Grażyna dietetyki.
Narzeczona zostawiła mi na łóżku płytę CD. Włożyłem ją do komputera i zobaczyłem tam film, na którym bzyka się z jakimś gościem w naszym łóżku.
Tak, to był jej sposób na to, żeby mi powiedzieć, że jestem pizdowaty i że z nami koniec.
Historia o pieniądzach z komunii.
Po prostu po komunii zabrałem rodzicom 100 zł i zakopałem w piaskownicy.
Pieniądze na szczęście się znalazły, ale już wtedy wiedziałem, że ich więcej nie zobaczę.
Aby szybciej awansować w obecnej pracy, zadzwoniłem do biura podając się za rekrutera konkurencji i poprosiłem o referencje mojej osoby.
Referencji nie wysłano, ale awans dostałem tego samego dnia :)
Wychowałam się w małym mieszkaniu, w którym nie było toalety. Potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy przy pomocy wiaderka. Ale co miało zrobić dziecko, kiedy chciało kupę, a w mieszkaniu akurat przebywali goście? Musiało wstrzymywać. Miałam taki patent, że chowałam się w kącie i przysiadałam na pięcie, żeby powstrzymać nieuchronną defekację. Czasami się udawało, a czasami kawałek kupy wielkości groszku wychodził na zewnątrz. W takim przypadku wyciągałam go z majtek i dyskretnie wyrzucałam przez okno. Potrzeba wypróżnienia na jakiś czas odchodziła.
Nie róbcie sobie dzieci, jeśli nie potraficie zapewnić im podstawowych wygód.
Jestem rodziną jednego z bohaterów "Kamieni na szaniec". Nikomu o tym za bardzo nie mówiłem, wie o tym zaledwie kilka osób.
W gimnazjum z kartkówki z tej lektury dostałem 2.
Babci nie przyznałem się do dzisiaj.
Ostatnio po seksie mój chłopak powiedział mi, że mam tyłek jak tygrysica. Cała nakręcona i zadowolona spytałam, co dokładnie miał na myśli. No to mi powiedział, że jest jak tyłek tygrysicy, bo jest cały w paski od rozstępów.
Moje życie jest do dupy...
Jedząc przed chwilą banana, przypomniałem sobie moją nieudaną próbę samobójczą. Miałem wtedy około osiem lat, gdy młodsza siostra zniszczyła moją kolekcję narysowanych przeze mnie Pokemonów. Stwierdziłem wtedy, że świat jest zbyt okrutny, więc postanowiłem ze sobą skończyć. Niestety wszystkie tabletki były schowane przed nami, dziećmi. Jednak przypomniało mi się, że mama zawsze mnie ostrzegała przed zjedzeniem "jadu żmii", który znajduje się na końcu bananów. Tak więc przed snem, a po pożegnaniu wszystkich maskotek, zjadłem całego banana, włącznie z tym "jadem". Później jednak odechciało mi się umierać, wiec nie mogłem zasnąć przez pół nocy. Jednak nikomu nic nie powiedziałem, bo bałem się, że rodzice będą na mnie źli.
Wiem, że Anonimowi nie lubią niedokończonych historii. Więc, by nie trzymać Was w niepewności powiem, że nie umarłem :D
Gdy byłem jeszcze małym demonem nazywanym potocznie dzieckiem, miała miejsce pewna sytuacja. Grzecznie jechałem z moją babcią do sklepu, gdy nagle jakiś mężczyzna zaczął narzekać, że starsi ludzie nie powinni jeździć komunikacją miejską, ponieważ zajmują zbyt wiele miejsca. Do dziś nie wiem w jakim kontekście to mówił, ponieważ autobus był prawie pusty, a poza tym przecież każdy zajmuje tyle samo miejsca (i nie, babcia nie jest ani nigdy nie była otyła, a wręcz przeciwnie).
W każdym razie myślę, że facetowi zdecydowanie odechciało się takich przemów, gdy ugryzłem go w nogę na tyle mocno, że zostawiłem w niej swojego mleczaka.
Przez większość mojego dzieciństwa wychowywałam z rodzicami na obrzeżach aglomeracji, którą śmiało można by nazwać zadupiem. Miało to swoje plusy i minusy, no ale mniejsza o to. Miałam wtedy jakieś czternaście lat. Zima tego roku była wyjątkowo mroźna i sroga.
Pewnej nocy obudził mnie dźwięk z salonu na dole. Wyraźnie słyszałam szuranie, jakby ktoś chodził. Mało tego - towarzyszył temu bełkot, jakiś dziwny potok zdań, cichych pokrzykiwań, a nawet śmiechu.
Początkowo myślałam, że to jeszcze jakieś resztki snu, które trzymały się moich powiek, ale nie! Zapaliła światło, przyłożyłam ucho do drzwi. Trzask! Te ktoś tam był i własnie wpadł z łomotem na stół zrzucając z niego wazon. Serce mi stanęło. Tymczasem hałas obudził moich rodziców...
Co się okazało? Na dole był człowiek. Mężczyzna, koło 50-tki. Wszedł drzwiami, których moja mama zapomniała zamknąć, gdy wracała z pracy. Rzadko jej się to zdarza, ale tym razem akurat stało się. Człowiek był w szoku, miał odmrożenia, a pół jego twarzy wyglądało jak mięso siekane.
Kiedy czekaliśmy na karetkę, tata dowiedział się, że nasz gość miał wypadek, paręnaście kilometrów dalej, na jakimś absolutnym odludziu - drodze, którą zimą praktycznie nikt nie jeździ. Później okazało się, że mężczyzna ten parę godzin przeleżał we wraku, nieprzytomny, w towarzystwie swojego martwego kumpla, wkomponowanego w kokpit.
Paradoksalnie - trzaskający mróz spowolnił wykrwawienia się z okrutnie pokiereszowanej twarzy i kilku innych poważnych ran. Szybka akcja sanitariuszy, którzy dowieźli tego człowieka do szpitala, uratowała mu życie.
Nazywa się Krzysiek i teraz jest dobrym kumplem mojego ojca, z którym jak się okazało - chodził do tej samej klasy w podstawówce!
Dodaj anonimowe wyznanie