Każdego wkurza co innego. Jednych wkurzają wyzwiska, innych moda. Mnie najbardziej wkurzają hasła motywacyjne. Czemu?
"Możesz wszystko, jeśli tylko chcesz!" - z założenia brzmi fajnie i wielu osobom może pomóc ruszyć się z kanapy i zacząć realizować marzenia. Ja nigdy nie miałam problemu z realizacją swoich marzeń, dążyłam do nich konsekwentnie. Uwielbiałam zwiedzać, być w ruchu, uczyć się, byłam ciekawa świata. Do czasu.
Zaczęło się od drobnego osłabienia, potem doszły zawroty głowy, drgawki, omdlenia. Objawy nasilały się pod wpływem wysiłku. Musiałam przerwać studia, bo nie dawałam rady. Lekarze rozkładali ręce, odsyłając mnie do innego specjalisty. Neurolog do kardiologa, kardiolog do endokrynologa, endokrynolog do psychiatry, psychiatra do neurologa... Trwało to ponad 7 lat. Mimo to znalazłam w sobie siłę, żeby skończyć niełatwe studia, zorganizować ślub, podjąć pracę.
Obecnie podjęłam bardzo radykalne leczenie. Po 5 miesiącach L4 wróciłam do pracy na pół etatu, bo na więcej nie mam siły. Wracam do domu wykończona, nie stać mnie na obejrzenie czegokolwiek bardziej wymagającego niż Mam talent czy Master Chef, a "Gra o tron" czeka od dawna ;) Nie mam nawet siły na emocje, dopóki nie odpocznę nie jestem w stanie powiedzieć, czy coś mnie cieszy lub mam na coś ochotę. Musiałam zrezygnować z czytania książek, bo to za duży wysiłek, podróże czekają na lepsze dni, rozwój osobisty stoi w miejscu.
Mimo to nie uważam się ze pechowca. Mam świetnego męża, który się mną opiekuje, rodziców, którzy mnie wspierają, znajomych, którzy akceptują ograniczenia i planują czas tak, żebym mogła spędzić go z nimi. Mam szefową, która wspiera mnie i dopinguje, nie robi problemów, nawet kiedy zasłabnę na dyżurze. Leczenie zaczyna przynosić efekty, a choć mogę nie odzyskać pełnej sprawności, idę naprzód, cierpliwości mam aż nadto.
I tylko te hasełka zatruwają życie. Nie macie pojęcia, jak długo mierzyłam się z łatką osoby leniwej, bo mój dom nie jest posprzątany na błysk, a ja niewiele robię. "Jakbyś chciała, to byś dała radę!", "Jak to, nie pojedziesz z nami w góry? Nie zasłaniaj się chorobą, po prostu nie chcesz!". I jak tu powiedzieć im, że kocham góry tak jak przed chorobą, ale prawdopodobnie musieliby mnie z tej góry znosić. Jestem osobą pozytywną, nie zgadzam się na swoją słabość i dopóki mogę, idę naprzód z podniesioną głową, ale to, że ludzie nie widzą choroby nie znaczy, że jej nie ma. "Możesz wszystko, jeśli tylko chcesz". Ja chcę bardzo. I co z tego?
Będzie to jedno z wyznań trochę obrzydliwych.
Zawsze, kiedy jestem poważnie chora (najczęściej jest to zapalenie gardła) i muszę siedzieć tydzień w domu, to nie myję się w ogóle. Tylko twarz i zęby. Włosy i ciało myję dopiero wtedy, gdy zdrowieję i mogę już wychodzić z domu. W ciuchach również tych samych chodzę po mieszkaniu i śpię, czasami może raz w ciągu chorobowego tygodnia zmienię.
Ot, takie anonimowe wyznanie.
Jestem dziewczyną dość wstydliwą. Jak mam się rozebrać przed lekarzem, wolę żeby to była kobieta (ma podobne części ciała, większy komfort). Będąc w wieku gimnazjalnym zauważyłam podczas kąpieli guzek między pachą a piersią. Niestety, w mojej przychodni wszystkie kobiety obsługujące mammolog były na urlopie, został pan lekarz. Sam guzek był wystarczającym stresem, który miał być wzmocniony przez konieczność rozebrania się przed mężczyzną (dziecko w gimnazjum, zaznaczam). No trudno, zapisałam się.
Moja mama śmiała się ze mnie, że przecież to żadna różnica kto przyjmuje, wszyscy to profesjonaliści, którzy widzą codziennie milion damskich cycków i nikogo już to nie podnieca. Poszłam.
Wchodzę do gabinetu, pierwsze co mi się rzuciło w oczy to wielki kalendarz na ścianie z panią w seksownej pozie, z balonami jak arbuzy. Usiadłam przy biurku, na którym leżała podkładka - wielkie cyce. Zadzwonił telefon, zerknęłam na telefon leżący obok, domyślając się, co tam zobaczę - kobieta z pięknymi piersiami. Albo raczej piękne piersi z kobietą...
Powtarzałam sobie w głowie, że przecież to jeszcze nic nie znaczy, pacjenta pewnie traktuje jak zwykły przypadek.
Rozebrałam się, kładę się na łóżku przy USG, pan się nade mną nachyla i widzę ten koszmarny uśmiech, którego tak się obawiałam i mówi: OBIECUJĄCE CYCUSZKI.
Myślałam, że może będę pierwszą gimnazjalistką, która przywaliła mu w łeb. Jednak byłam zbyt zestresowana. Moja matka czekająca w poczekalni po moim wyjściu chciała zrobić awanturę, ale uważałam, że jeszcze by nas wyśmiali, nie miałam nic godnego uwagi... ale tej żenującej wizyty nigdy nie zapomnę.
Guza nie miałam, tylko powiększony węzeł chłonny. Pan znalazł za to półpaśca na moich plecach. Pojawia się po przejściu ospy, najczęściej u starszych ludzi.
Może nie byłam pierwszą gimnazjalistką, która panu przywaliła, ale za to pierwszą z półpaścem w tak młodym wieku, o której pan słyszał.
Dalej umawiam się tylko do kobiet.
Mój tata jest tak okropnym fleją, że mimo że mam już 19 lat i wcale niemało znajomych, nigdy nie zaprosiłam nikogo do domu na dłużej niż pół godziny - nawet jeśli cały dom jest - w granicach normy - ogarnięty, nigdy, ale to nigdy, pod żadnym warunkiem nie wolno wejść do toalety. Nie mam pojęcia, jak on to robi, ale odkąd tylko pamiętam, ZAWSZE po jego wyjściu z łazienki cała toaleta jest tak, kolokwialnie mówiąc, obsrana, jakby dosłownie każdego dnia przez ostatnie kilkadziesiąt lat miał sraczkę. Można spłukiwać 10 razy i nic, naprawdę nic to nie da. Jasne, można przepchać, pomęczyć się trochę i po problemie, ale czy naprawdę trzeba to po nim robić za każdym razem, kiedy wyjdzie z toalety? Oczywiście o smrodzie nic nie wspominam.
Sama jestem w miarę do tego faktu przyzwyczajona, ponieważ było tak od niepamiętnych czasów, ale mogę się tylko domyślać, co pomyślałby sobie jakiś mój kolega czy koleżanka.
Rozmawialiśmy o tym z tatą już wiele, wiele razy, ale oczywiście bezskutecznie, a jako że nie jest on największą oazą spokoju na świecie, dla naszego dobra wolimy nie drążyć tematu zbyt długo.
Wiecie, jakie to niesamowicie ch*jowe uczucie nigdy nie zapraszać do domu znajomych ani chłopaka, ani nikogo, tylko i wyłącznie z tego powodu, że ma się tak okropnie obsraną przez ojca toaletę? I wymyślać wymówki w stylu "moi rodzice nie pozwolili", tylko dlatego, że wstyd powiedzieć "mój ojciec uwielbia zostawiać obsrany kibel i chcę ci oszczędzić tych widoków/zapachów"? No k*rwa.
Czwartek, niby zwyczajna lekcja wf-u...
Tego dnia graliśmy w kosza, gdy nagle jeden z kolegów potknął się
i próbując się mnie złapać, ściągnął mi gacie.
Wszyscy zauważyli busz, który hoduję w majtkach,
niestety mój mały jest tak mały, że ledwo go widać.
Myślę nad ucieczką i zmianą szkoły...
Razem z moją życiową partnerką postanowiłyśmy kupić samochód. O dziwo, ludzkości się to bardzo nie podoba...
Jej rodzice: "Dlaczego nie chcesz mieć tego auta na współwłasność z matką, tylko z nią? Przecież matka ma zniżki na OC!".
To nic, że to nie matka zarobiła na to auto, tylko my dwie. A jak się na siebie auta nie ma, to i zniżek nigdy się nie będzie miało.
Jej niebawem szwagier: "Przecież wy jako kobiety nie umiecie zmienić żarówek!".
A ty jako mężczyzna urodziłeś się z żarówką w dupie i cię teraz boli.
Moi rodzice: "Ale to nie jest taka prosta sprawa, jak ci się wydaje! Wiesz, że to nie wystarczy kupić, ale jeszcze trzeba ubezpieczenie zapłacić? Paliwo nie jest za darmo!".
Nie, nie wiem. Urodziłam się wczoraj, a prawo jazdy znalazłam pod choinką.
Biurwa w wydziale komunikacji: "Ale po co współwłaściciel? Przecież można zarejestrować na jedną osobę".
Bo tak jest na umowie i tak masz wpisać w papiery, a nie dopytywać.
Biurwa w urzędzie skarbowym: "Ale jak to 50% samochodu pani sprzedała? Czemu nie cały?".
Zaparz kawusię, to ci opowiem całą tę historię. Zaczniemy od momentu, w którym mój ojciec zapłodnił moją matkę, żeby ci nic nie umknęło.
Biurwa w ubezpieczalni: "Ale czy ta pani musi być wymieniona w umowie ubezpieczenia? Przecież ma dopłatę za wiek i prawo jazdy zaledwie od dwóch lat. Czemu w ogóle tak? Żadna z pań nie ma zniżek, nie jesteście rodziną ani nie prowadzicie razem firmy...".
Jesteśmy rodziną, tylko durne polskie prawo udaje, że nie. Zresztą choćbym chciała mieć auto z przypadkowym menelem, to tobie nic do tego.
A dzisiaj znalazłam za wycieraczką stek obelg i gróźb, bo ''złe'' województwo na rejestracji...
Ludzie! Odwalcie się i spróbujcie seksu!
Wychowywałem się na blokowisku, jak spora część ludzi. Całe dzieciństwo i młodość nie przepadałem za policją i w sumie do tej pory nic się nie zmieniło. Jednak teraz to nie ja muszę się im tłumaczyć, tylko na odwrót.
Pracuję w służbach zajmujących się kontrolą ''niebieskich". Śledzę ich działania/interwencje, kontroluję itp., takie rutynowe sprawy. W razie wykrycia czegoś nieprawidłowego dostają naganę lub czasem nawet wylatują ze służby.
Mimo kilku lat pracy w tym zawodzie nadal mam dziką satysfakcję za każdym razem, jak ud*pię jakiegoś winnego policjanta.
Jestem osobą, która jako jedna z nielicznych tutaj, otrzymała swój hajs z komunii. :) Moim rodzicom się nie przelewało, ale uznali, że jeśli ja dostałam tę kasę, to mam prawo ją wydać na co ja chcę. Była to suma ok. 1000 zł.
Mądrzy rodzice chcieli dla mnie jak najlepiej, powiedzieli, że dołożą mi pieniądze i będę mogła kupić komputer (u mnie w domu komputera wtedy nie było, ale większość dzieciaków już go miała).
I co zrobiła mądra córeczka? Posłuchała swoich dwóch braci i KAZAŁA sobie kupić PlayStation2. Resztę kasy wydałam na chipsy dla siebie i braci, za ich namową oczywiście, ponieważ była akurat w Laysach promocja i w jednej paczce można było wygrać następną.
Brawo ja.
Od 5 miesięcy byłam wegetarianką. Dziś postanowiłam z tym skończyć.
W barze zamówiłam schabowe, ziemniaki i surówkę. Po chwili przyszło zamówienie. Okazało się, że zamiast schabowego dostałam placki ziemniaczane.
Życie mnie nie lubi.
Mam 20 lat i 2-letnią siostrę, którą czasem się zajmuję.
Gdy mała wpada w atak histerii, wyciągam telefon i mówię, że wstawię jej zdjęcie na Facebooka.
Działa.
Dodaj anonimowe wyznanie