Dorastałam w normalnej polskiej rodzinie. Wszystko było dobrze, rodzice mnie kochali, dziadkowie również. Był tylko jeden problem, moi rodzice nie wstydzili się mówić przy mnie o seksie, w filmach bez problemu oglądali ze mną sceny erotyczne.
Może to nie wydaje się takie dziwne, ale muszę zaznaczyć, że rodzice myśleli, że nie rozumiem o czym mówią, że nie wiem co się dzieje na ekranie. A ja zakłopotana całą sytuacją udawałam, że nie zauważam w tym nic złego, że nie wiem o czym mówią kiedy ojciec proponuje, żeby mama zrobiła mu wieczorem loda.
Teraz pozostaje mi tylko pilnować, by takie coś nie działo się przy mojej córce.
Swojego obecnego partnera poznałam dopiero mając trzydzieści lat. Rodzina bardzo się ucieszyła, zwłaszcza że jest nie tylko porządnym i przemiłym człowiekiem, ale także lekarzem.
No właśnie. Byłam jego pacjentką i tak się poznaliśmy. Romantyczne? Nieetyczne? Być może. Rzecz w tym, że nigdy nie przyznaliśmy się do tego, że tak zaczęła się nasza znajomość. Mój luby jest... proktologiem. Nie chciałam, by rodzina wiedziała, że poznaliśmy się od dupy strony. Wszystkim opowiadamy zupełnie wyssaną z palca historię, której dla zachowania pełnej anonimowości wolę nie zdradzać.
Tak czy siak - miłość nie zna dnia ani godziny :D
Mój szef to straszny sknera. Potrafi przy minusowych temperaturach na weekend "w ramach oszczędności" wyłączyć nam ogrzewanie w całym biurze. Potem przez kilka dni wszystko musi się znowu nagrzewać i ciepło mamy dopiero w połowie tygodnia.
Jednak nie wie o tym, że w toalecie nie ma normalnego kaloryfera, tylko elektryczny, i regularnie łażę "do kibla" się dogrzać, nabijając mu rachunek za prąd :D
Ostatnio dziadek przyszedł do nas do salonu i oznajmił, że pierwszy raz w życiu je taki świetny pasztet i spytał, gdzie teraz robię zakupy, że znalazłam coś tak wyśmienitego.
Zrobił sobie cały talerz kanapek...
Teraz pytanie: Podać mu adres tego sklepu zoologicznego, czy powiedzieć, żeby więcej nie wyżerał psiego jedzenia?... Pomocy!
Będzie krótko.
Rodzice są po rozwodzie 2 miesiące, mój ojciec ma już dziecko, które ma... 4 miesiące. Nikt nie wiedział, że ma dziecko, dowiedzieliśmy się niedawno, z tydzień temu.
Teraz ojciec chce połączyć rodziny.
Mam nadzieję, że śnię, a to wszystko to tylko jakiś kabaret.
Czytałam dużo wyznań na temat oprawców w szkole i nauczycielach mających to gdzieś, dlatego opowiem swój własny przykład.
Do mojej klasy chodzi chłopak, który chorował w wieku 5 lat na białaczkę. Na początku gdy do nas przyszedł (chodzimy z nim od 1 klasy podstawówki, czyli 7 lat) był troszkę większy, a rodzice nam tłumaczyli, że to po chemioterapii - wiadomo, nikomu nie przeszkadzała jego waga i nikt się z niego nie naśmiewał. Chłopak jest z rodziny patologicznej, jego rodzice pili, matka na początku września zapiła się na śmierć, a nim i jego siostrą zajmuje się babcia. Przykre, wiadomo. Ale wszyscy wiedzieli, jaka jest sytuacja, a nikt nic z tym nie zrobił.
Zawsze jednak gdy chłopaki coś nabroili, on był ofiarą, a oni oprawcami. Do tej pory, gdy podczas szarpaniny (zainicjowanej przez niego) uderzy się gdzieś - wyzywa nas od kurw niemyślących, a nikt nie reaguje, bo my będziemy mieli kłopoty.
Chłopak jest agresywny oraz niezbyt inteligentny. Gdy się zdenerwuje, potrafi podejść do dziewczyny i dać jej z „piąchy” (do chłopaków nie podchodzi, bo wie, że dostanie 4 razy mocniej).
Raz moi rodzice zostali wezwani do szkoły, ponieważ zdecydowałam się mu oddać, i to mocniej. Na szczęście wszyscy bronili mnie i nie odniosłam żadnych konsekwencji oprócz straconych nerwów.
Ostatnio zamknęłam się w szkolnym kiblu (historia na inne wyznanie). Siedziałam dobre 20 minut, woźna powiedziała „że jak się sama zamknęłam, to mam sama wyjść”. Koniec końców koleżanki (po odczytaniu wiadomości na messengerze) przybiegły mi z pomocą i pomagały mi przełazić przez murek (jestem za niska, żeby przejść sama, a w dodatku jestem przed operacją stawu skokowego).
Po jakimś czasie chłopak nie mógł wyjść z toalety, ponieważ inny kolega oparł się o drzwi toalety. Siedział w tej toalecie 30 sekund i w tym czasie zdołał rozwalić sobie okulary, bo miał napad agresji.
Gdy pedagog przyszła do nas w tej sprawie, powiedziała, że wszyscy mamy przeprosić jej słoneczko (tak na niego mówi), bo nikt z nas nie wie, jak to jest być zamkniętym. Gdy zaczęłam się uśmiechać pod nosem ze swojej sytuacji sprzed kilku dni, zostałam zwyzywana.
Nie pozostałam dłużna i odpowiedziałam jej z pełną kulturą. Tak się zawstydziła, że nie raczyła mi odpowiedzieć.
Sytuacji z chłopakiem jest wiele. Ma napady agresji, ale nikt z nim nie pójdzie do psychologa. Co do wagi - mówi, że ma otyłość genetyczną i spowodowaną przez chemię, a jednocześnie wpierdala na jednej przerwie trzy paczki czipsów (nie przesadzam).
Czekam tylko na kolejne sytuacje, które zajmą nam godzinę wychowawczą, bo ich przebieg zawsze jest ten sam.
Historia z wczesnego dzieciństwa, kiedy jeszcze byłam jedynaczką.
W przedszkolu, jak co roku, był organizowany Dzień Babci. Każde dziecko robiło coś od siebie - naszyjniki, portrety.
Wszystkie koleżanki chwaliły się, że ich babcie przyjadą. U mnie było inaczej - obydwie mieszkały daleko i nie miały jak przyjechać. Pamiętam, że próbowałam namówić rodziców, żeby zostać w domu, ale to nie było możliwe, gdyż oboje pracowali w tym czasie do wieczora.
Nadszedł ten wyczekiwany dzień - stoliki pięknie zastawione słodkościami i „prezentami” dla babć. Zaczęli się wszyscy schodzić. Ja, z racji, że nie wiedziałam co ze sobą zrobić, zaczęłam się bawić zabawkami. Trochę zgłodniałam, więc postanowiłam sobie pójść po jedno ciasteczko ze stołu. Kiedy już je wzięłam, podeszła do mnie nowa przedszkolanka i powiedziała:
- Przykro mi, ale nie możesz zjeść nic z tego stołu, bo nie ma twojej babci.
Możecie sobie wyobrazić, jak się czuje kilkuletnie dziecko po takim „tekście”. Oczywiście popłakałam się i wybiegłam do przedsionka sali.
Wtem przyszła pani dyrektor przedszkola i zapytała się czemu płaczę. Opowiedziałam jej historię, a ona wypowiedziała najpiękniejsze zdanie:
- Chodź, pójdziemy razem. Dzisiaj ja będę twoją babcią.
Z tego co wiem, nowa przedszkolanka została niedługo później zwolniona.
Jednak to wspomnienie pani dyrektor zostanie mi do końca życia.
Mieszkam na przeciętnym dresiarskim osiedlu. Wśród Sebastianów panują różne profesje - głównie dilerka i kradzieże radiów samochodowych. Nie są to już jednak lata 90. i większość z nich dorobiło się na tyle, że auta se kupiło - beemki, merce i tymże podobne marki.
Jeden z nich, znany z licznych biznesów i najbogatszy, ma mercedesa za ponad 220 tysięcy. Ostatnio ktoś zawinął mu radio, z czego chichrali wszyscy - ktoś, kto ukradł setki radiów sam stracił i szybę, i radio. Ale najlepsze jest to, że on potem zawalił radio z innego wozu. Zamiast iść na policję czy kupić sobie nowe, ten kretyn ukradł radio...
Jak widać, Seba z dresu wyjdzie w garnitur, ale dresiarstwo z Seby nigdy.
Studiuję pielęgniarstwo i odbywam praktyki w jednym ze szpitali wojewódzkich. Przez jakiś czas miałam dyżury na pediatrii i to co tam zobaczyłam po prostu mnie załamało.
Coraz więcej dzieci trafia do szpitala z chorobą, na którą teoretycznie nie powinny zapaść lub którą powinny łagodnie przechodzić. Powód - moda na nieszczepienie dzieci. Pewnie podniesie się wielkie larmo, że szczepienia szkodzą, bo mój siostrzeniec, syn koleżanki czy córka wujka mojego szwagra od strony sąsiada miała po tym powikłania.
Jeżeli szczepi się zdrowe dziecko, to nic się nie stanie. Czasami mam ochotę wziąć tych wszystkich rodziców antyszczepionkowców i pokazać im dziecko z krztuścem, które dusi się i ładują w niego hektolitry leków.
Niektórzy twierdzą, że to ich sprawa, czy dziecko zachoruje czy też nie. No nie do końca, bo to dziecko ma kontakt z innymi dziećmi w przedszkolu czy szkole i może przenosić te choroby. Obawiam się, że za kilkanaście lat będziemy mieli epidemie chorób, na które mamy szczepionki.
Dla nieszczepionego dziecka zwykła ospa wietrzna może się skończyć zapaleniem opon mózgowych. A jeśli kogoś to nie przekonuje, to gwarantuję, że po lekach jakie władujemy w dzieciaka, żeby go odratować, powikłania są gwarantowane.
Jedno z moich najgorszych przeżyć?
Kilka lat temu, lato, upał niemiłosierny, podjeżdżam do krzyżówki w centrum miasta i staję przed pasami.
W pewnym momencie przez otwartą szybę od strony pasażera do mego auta wleciał gołąb! Problem w tym, że szyba od strony kierowcy była zamknięta...
I teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: tłum ludzi na pasach, ja wrzeszcząca w aucie i walcząca z oszalałym ze strachu i szamoczącym się po aucie ptakiem, który mnie (dosłownie!) co chwilę obsrywa.
Zanim zdołałam odpiąć pasy i wylecieć na ulicę, byłam cała czerwona na twarzy, rozczochrana i zasrana.
Widok chyba niekiepski, bo swoje zażenowanie i rechot ludzi pamiętam do dziś.
Dodaj anonimowe wyznanie